O mnie/metoda SENTO
Nazywam się Anka Hostyńska. Jestem trenerką personalną, zaawansowaną Providerką TRE®, absolwentką szkoły fizjoterapii. Od ponad 22 lat zawodowo pracuję z ciałem, ale moja droga do tego, jak pracuję dzisiaj, była naprawdę kręta.
Uczyłam się, eksperymentowałam, pracowałam z ruchem, tańcem, głosem, masażem, akupunkturą, końmi, a przede wszystkim — z własnym ciałem. Każde z tych doświadczeń dołożyło coś do tego, jak dziś patrzę na człowieka, ruch i trening.
Dlatego zamiast klasycznego CV zapraszam Cię w trochę inną podróż. Pokażę Ci kolejne cegiełki, z których powstał mój sposób pracy i moja autorska metoda SENTO.
A jeśli nie masz ochoty poznawać całej historii, możesz od razu przeskoczyć do SENTO.
Nie zawsze ćwiczyłam tak, jak uczę dzisiaj
Dziś dużo mówię o słuchaniu ciała, zauważaniu zmęczenia, odpuszczaniu, ale nie zawsze tak było. Przez większość życia ćwiczyłam bardzo mocno i bardzo dużo. Potrafiłam trenować nawet kilkadziesiąt godzin w tygodniu, a ruch był dla mnie przede wszystkim sposobem na odcinanie się od nadmiaru emocji i uciekaniem od tego, co działo się we mnie. Poprzez ćwiczenia walczyłam też z własnym ciałem, bo miałam poczucie, że jest przeciwko mnie (żyłam na co dzień z bólem i objawami chorób autoimmunologicznych utrudniających codzienność).
I dokładnie tak samo pracowałam z innymi. Byłam dumna z tego, że jestem trenerką, która umie „zmotywować” każdego do zrobienia całego treningu, nawet jeżeli nie ma już siły. Im więcej, mocniej i intensywniej, tym lepiej. Co więcej, długo sama nie zauważałam, jak bardzo przekraczam swoje granice.
Potem wydarzył się wypadek. 14 września 2011 roku samochód wjechał we mnie i uszkodził mi kręgosłup. Można by pomyśleć, że to właśnie wtedy wszystko się zmieniło. Tyle że tak nie było. Wypadek był początkiem, ale bardzo długiego procesu, a nie magicznym momentem, po którym następnego dnia zaczęłam żyć inaczej.
Dopiero kolejne doświadczenia, TRE, terapia i przede wszystkim własne obserwacje sprawiały, że krok po kroku zaczęłam inaczej patrzeć na ruch, ciało i na siebie. I właśnie dlatego dzisiejsze podejście nie jest dla mnie kolejną metodą, którą przeczytałam w książce. To efekt wielu lat uczenia się, doświadczania i uczenia się – najpierw na sobie, a później również w pracy z innymi.
Cegiełki, z których powstało moje podejście do ciała
Moja przygoda z ruchem zaczęła się dużo wcześniej, niż zaczęła się moja praca zawodowa. Ćwiczyłam praktycznie od zawsze. W podstawówce trafiłam na zajęcia aerobiku, a później z koleżankami ćwiczyłyśmy w domu. To ja zazwyczaj byłam tą, która prowadziła „zajęcia”. Miałyśmy nawet plan, że kiedyś założymy własne centrum odnowy, a ja będę tam prowadzić zajęcia ruchowe. Jak na początek lat 90tych przystało, ćwiczyłyśmy w legginsach i jednoczęściowych kostiumach kąpielowych. 🙂
W 2002 roku przeszłam operację kolana. To było jedno z pierwszych doświadczeń, które pokazało mi bardzo namacalnie, jak wiele może odebrać człowiekowi niesprawność i jak ogromne znaczenie ma możliwość swobodnego poruszania się.
Do dziś pamiętam moment, kiedy po operacji pierwszy raz zrobiłam krok bez kuli. To było dla mnie ogromne wzruszenie, bo bardzo wyraźnie poczułam, ile tracimy, kiedy nie można robić tego, co wcześniej było oczywiste.
Przekonałam się też, jak ważne są rehabilitacja, ćwiczenia i własne zaangażowanie w powrót do sprawności. Ta lekcja została ze mną na długo: sprawność nie jest czymś oczywistym i warto o nią dbać.
Po maturze planowałam studiować fizjoterapię na AWF-ie, ale życie potoczyło się inaczej. Przez 3 miesiące byłam zwolniona z W-fu, co sprawiło, że na świadectwie maturalnym, wg ówczesnych zasad, miałam napisane zwolniona z wychowania fizycznego, co zamknęło mi drogę na AWF. W ten sposób całkiem przypadkiem trafiłam na Akademię Rolniczą.
A jednak praca z ludzkim ciałem nadal gdzieś za mną chodziła. Kiedy już wróciłam do pełnej sprawności po operacji kolana, zapisałam się na kurs instruktora fitness. I tak zaczęła się moja zawodowa przygoda z ruchem, która trwa już ponad 22 lata.
Zaczynałam od prowadzenia zajęć aerobiku w mojej rodzinnej wsi, Regulicach. Zastanawiałam się czy to ma sens, ale szybko okazało się, że chętnych jest znacznie więcej niż mogła pomieścić sala. Musiałam zacząć wynajmować halę sportową, ponieważ przychodziło nawet 40 kobiet i zdarzało się, że ćwiczyły ze mną całe pokolenia – mamy, córki i babcie.
To był dla mnie nie tylko początek pracy instruktorskiej. Zobaczyłam wtedy, że ruch może być czymś znacznie większym niż wykonywaniem ćwiczeń. Może ludzi łączyć, dawać im radość, poczucie wspólnoty i być po prostu przyjemną częścią życia, jak i okazją do spotkań.
Już wspominałam, że na Akademię Rolniczą trafiłam trochę przypadkiem. Plan był taki, że zostanę rok, a potem zdecyduję, co dalej. Ostatecznie spędziłam tam 11 lat, łącznie ze studiami doktoranckimi.
To był dla mnie bardzo ważny czas również dlatego, że uczelnia dawała studentom dużo przestrzeni na działalność artystyczną. Śpiewałam w chórze, pisałam teksty i występowałam w kabarecie, tworzyłam oprawę sceniczną, założyłam grupę teatralną, która później przekształciła się w Teatr Tańca, a nawet czytałam własne wiersze na 150lecie Ogrodu Botanicznego we Lwowie!
Były też bardzo różne, czasem naprawdę dziwne pomysły sceniczne – łącznie z czołganiem się w śpiworze w roli dżdżownicy. 🙂
Dziś widzę, że ta część mojego życia nauczyła mnie czegoś bardzo ważnego: ruch nie musi służyć tylko poprawianiu sprawności. Może być też sposobem wyrażania siebie, emocji i tego, czego nie zawsze potrafimy powiedzieć słowami.
W 2003 roku zaczęłam śpiewać w chórze i zostałam w nim przez 12 lat, tyle że niestety nie miałam słuchu muzycznego. Ponoć przez pewien czas dyrygentka zastanawiała się nawet, jak powiedzieć mi, że tak fałszuję, że lepiej, żebym przestała przychodzić na próby.
Zaczęłam bardzo intensywnie pracować nad głosem i słuchem – na indywidualnych zajęciach z emisji głosu i samodzielnie w domu. Dzięki czemu osiągnęłam swój cel, z czasem nauczyłam się śpiewać czysto. Były koncerty w całej Polsce i Europie, występy w Filharmonii Krakowskiej, brałam udział w nagraniu dwóch płyt, a nawet zaśpiewałam dwa koncerty z raperem Tadek Firma.
Dla mojej obecnej pracy najważniejsze jest jednak to, czego nauczyłam się o głosie, oddechu i ciele. Do dziś wykorzystuję elementy rozśpiewki i emisji głosu w ćwiczeniach – między innymi po to, żeby aktywować określone struktury ciała, poczuć pracę przepony, a czasami również mięśni dna miednicy. W czasie, kiedy śpiewałam w chórze, prowadziłam też dla chórzystów zajęcia pilatesu, dzięki czemu jeszcze bardziej zgłębiałam temat przepony, oddechu i świadomości ciała.
Na pierwsze warsztaty tańca trafiłam w podstawówce, ale z uwagi na brak regularnych zajęć próbowałam uczyć się różnych kroków z książki! Takie to były czasy przed internetem ;). Dopiero na studiach zaczęłam naprawdę eksperymentować z różnymi stylami. Próbowałam tańca towarzyskiego, współczesnego, nowoczesnego i różnych innych stylów, aż w 2006 roku trafiłam na taniec orientalny. To było to.
W krótkim czasie zaczęłam prowadzić zajęcia, występować i zarabiać tańcem. Występowałam na różnych wydarzeniach i prowadziłam warsztaty w całej Polsce, między innymi z anatomii dla tancerek i Pilatesu wspierającego zdrowy taniec.
Przez wiele lat taniec był też sposobem na odcięcie się od ciała, był mechaniczny, wysiłkowy, a bycie na scenie było dla mnie wyzwalaczem tak dużej ilości adrenaliny, iż zdarzało się dopiero w garderobie zauważyć, że mam krwawiącą stopę czy też występować z poważnymi kontuzjami.
Dopiero z czasem, dzięki metodzie TRE®, zaczęłam odczuwać taniec inaczej i zaczęłam mniej dbać o kroki, a bardziej czerpać z tego, że mogę nim wyrazić siebie, wytańczyć emocje.
W 2006 roku ukończyłam kurs instruktora Pilates. To był pierwszy moment, kiedy zetknęłam się z pracą z mięśniami dna miednicy i jednocześnie odkryłam jak dużo jeszcze nie wiem o anatomii i fizjologii ludzkiego ciała. Zamiast mnie to zniechęcić, raczej uruchomiło potrzebę dalszego uczenia się.
Kilka lat później, w 2011 roku, ukończyłam kurs prowadzenia zajęć dla kobiet w ciąży. Coraz więcej kobiet, które przychodziły na moje zajęcia, zachodziło w ciążę i chciało nadal ćwiczyć, więc musiałam nauczyć się, jak bezpiecznie je prowadzić. Ten kurs dał mi dużo więcej wiedzy o mięśniach dna miednicy, ale przede wszystkim po raz pierwszy mocno wybrzmiało dla mnie, że nie powinno się tylko wzmacniać, że ćwiczenia coraz mocniej mogą, szczególnie w przypadku kobiet, przynieść wiele niepotrzebnego napięcia. Zrozumiałam, że równie ważna jak siła, jest umiejętność rozluźnienia i odpuszczenia napięcia.
Później ćwiczyłam z setkami kobietami w ciąży, a około 2014 roku prowadziłam również zajęcia dla kobiet w ciąży w szkole rodzenia. To doświadczenie do dziś wpływa na moje podejście do pracy z ciałem – szczególnie jeżeli chodzi o pracę z mięśniami wewnętrznymi, gdzie potrzeba więcej subtelności, niż siły.
W 2007 roku założyłam swój fitness klub Strefa Ruchu. Własne miejsce dało mi coś bardzo ważnego, kontynuowanie w Krakowie tego, co rozpoczęłam u mnie w Regulicach – możliwość prowadzenia zajęć całkowicie po swojemu.
Jestem osobą, która lubi testować, doświadczać i łączyć rzeczy, które na pierwszy rzut oka niekoniecznie do siebie pasują. Mogłam więc wprowadzać do zajęć to, czego uczyłam się gdzie indziej – na przykład elementy tańca, pracy z oddechem czy emisją głosu. Jednocześnie bardzo dużo uwagi poświęcałam technice i bezpieczeństwu wykonywania ćwiczeń.
To był chyba jeden z pierwszych momentów, kiedy zaczęłam świadomie odchodzić od myślenia, że istnieje jeden właściwy sposób prowadzenia zajęć fitness, że mogę je tworzyć po swojemu. Czym innym było dla mnie eksperymentowanie na zajęciach w Regulicach, gdzie prawdopodobnie nikt nie wiedział, jak wyglądał fitness, a czym innym było ośmielić się robić to w Krakowie.
Dodatkowo Strefa Ruchu to było miejsce spotkań towarzyskich, zawiązywania się przyjaźni, z niesamowitą atmosferą tworzoną przez Strefowiczki. Co ciekawe, kiedy nie miałam gdzie mieszkać, to klientki zaproponowały mi wsparcie i wynajęcie pokoju, kiedy zmieniałyśmy lokal, wspólnie go remontowałyśmy. To była prawdziwa wspólnota i coś, za czym tęsknię najbardziej myśląc o Strefie.
W tamtym czasie intensywnie się uczyłam. Zrobiłam między innymi kurs indoor cycling i kurs instruktora nordic walking, z których też czerpałam mocno inspirację do zmian w zajęciach fitness.
Dużo szkoliłam się również odnośnie terapeutycznych, z osobami posiadającymi wadami postawy. Co ciekawe, działo się to w czasie, kiedy sama nadal ćwiczyłam bardzo mocno i nie miałam świadomości, że tak często przekraczam własne granice. Z jednej strony trenowałam, więc jeszcze bardzo przemocowo, a z drugiej coraz bardziej interesowało mnie, jak można ćwiczyć zdrowiej i bezpieczniej.
14 września 2011 roku samochód wjechał we mnie i uszkodził mi kręgosłup. Można by pomyśleć, że to właśnie tego dnia wszystko się zmieniło. Że nagle zrozumiałam, że trzeba zwolnić, zacząć słuchać ciała i żyć inaczej.
Tylko że tak nie było.
To był początek bardzo długiego procesu. Jeszcze długo próbowałam funkcjonować tak jak wcześniej. Dopiero kolejne miesiące i lata, zamknięcie mojego klubu, ograniczenie aktywności i to, co zaczęło się wtedy odsłaniać w moim życiu, sprawiły, że krok po kroku zaczęłam inaczej patrzeć na siebie i swoje ciało.
W szkole choreografii scenicznej miałam okazję poznać bardzo różne formy tańca, uczyć się kompozycji tańca, ale najważniejsze okazało się dla mnie coś zupełnie innego. Poznałam tam Iwonę Olszowską, opiekunkę mojego spektaklu dyplomowego, która prowadziła w ramach studium m.in. zajęcia świadomej pracy z ciałem (oparte na metodzie BMC).
Początkowo kompletnie nie rozumiałam, co taka praca ma wspólnego z tańcem i z tym, co robiłam na co dzień. A jednocześnie dawała mi ogromnie dużo przyjemności, swobody i radości. I to wtedy po raz pierwszy pozwoliłam sobie po prostu być w ruchu i doświadczać go, bez zastanawiania się, do czego jeszcze kiedyś mi się przyda.
Po wypadku musiałam znacząco ograniczyć prowadzenie zajęć fitness, więc zdecydowałam, że zacznę pracować indywidualnie i zapisałam się na kurs trenera personalnego.
Dla osoby, która miała już wtedy sporo doświadczenia, był on ciekawym uzupełnieniem. Każde zajęcia pokazywały inne możliwości pracy z człowiekiem – od treningu na basenie, przez bieganie, po elementy sztuk walki. To poszerzyło moje spojrzenie na to, czym w ogóle może być trening i jak wiele różnych rzeczy można wykorzystać w pracy z drugim człowiekiem.
Po zamknięciu własnego klubu nadal prowadziłam zajęcia fitness, tylko w mniejszej ilości, pracując w fitness klubach w Krakowie i Chrzanowie. I dzięki pracy dla innych, gdzie w każdy klub dysponował innym sprzętem, mogłam zwiększyć różnorodność zajęć, które prowadziłam. Były zajęcia dla seniorów, dla kobiet w ciąży, klasyczny fitness, zdrowy kręgosłup, Pilates, stretching, trening terapeutyczny, sztangi, rowery…
Od 2013 roku prowadziłam również indywidualne treningi na siłowni. To był więc czas ogromnej różnorodności i bardzo dużej liczby doświadczeń z różnymi ludźmi i ich ciałami.
Aż przyszedł czas, kiedy poczułam, że wraz ze zmianami, które zachodziły we mnie, przestałam pasować do tego fitnessowego świata. Ale o tych zmianach w kolejnych cegiełkach.
Ukończyłam policealne studium, na kierunku fizjoterapia. Już wtedy miałam spore doświadczenie w ruchu i ćwiczeniach, więc nie szłam tam po to, żeby ktoś nauczył mnie podstaw. Chciałam przede wszystkim uporządkować i pogłębić wiedzę.
Byłam chyba dość upierdliwą słuchaczką. 🙂 Jeśli zajęcia kończyły się wcześniej, miałam jeszcze tysiąc pytań. Dopytywałam o osoby, z którymi pracowałam, o ich schorzenia, o to, co mogę z nimi robić, a czego nie. Chciałam rozumieć i od razu przekuć w doświadczenie, a nie tylko zapamiętać. Nie raz zdarzyło się, że przyszłam jako jedyna na wykład czy zajęcia praktyczne i to właśnie wtedy otrzymywałam największą dawkę praktycznej wiedzy, dostosowaną do tego, czego potrzebowałam i co mogłam na bieżąco wykorzystać w pracy.
Już będąc na studium miałam świadomość, że polskie prawo wkrótce się zmieni i nie będę mogła ani tytułować się fizjoterapeutką, ani wykonywać oficjalnie takiej pracy. Jednak ważniejsze dla mnie było zdobycie bezcennej wiedzy i doświadczenia, szczególnie, że uczyli mnie również znakomici wykładowcy z AWF-u, więc poniekąd było to spełnienie marzeń o fizjoterapii, trochę tylnymi drzwiami ;).
W 2013 roku przez cały rok pracowałam w Domu Pomocy Społecznej w Krakowie. Formalnie był to wolontariat, ale w praktyce wykonywałam zadania związane z fizjoterapią i masażem. Pracowałam między innymi z osobami po udarach, leżącymi, z dużymi ograniczeniami ruchowymi. Ćwiczyłam też z moją najstarszą pacjentką, panią Olą, która miała wtedy 100 lat.
To właśnie praca z osobami leżącymi była dla mnie szczególnie rozwijająca. Kiedy ktoś zasypiał podczas ćwiczenia czy masażu, nie mogłam przecież zapytać go, czy właśnie przekroczyłam jego granicę. Musiałam nauczyć się obserwować ciało drugiego człowieka i wyczuwać, kiedy ruchu jest za dużo, kiedy za mało i jak organizm reaguje na to, co robię.
To było jedno z doświadczeń, które bardzo mocno nauczyło mnie, że ciało potrafi powiedzieć więcej niż wypowiedziane słowa.
Przez kilka lat pracowałam również jako masażystka i wykonywałam terapię manualną. To było kolejne doświadczenie, które bardzo mocno nauczyło mnie czucia ciała – tym poprzez dotyk.
Zaczęłam lepiej rozumieć zależności pomiędzy różnymi strukturami, anatomię i fizjologię, ale przede wszystkim przekonałam się, że miejsce, w którym boli, rzadko jest miejscem, od którego warto zacząć pracę. Napięcie w jednym obszarze może mieć związek z tym, co dzieje się zupełnie gdzie indziej.
To doświadczenie bardzo mocno wpłynęło na moje późniejsze patrzenie na ciało jako na całość, a nie zbiór niezależnych kawałków.
W latach 2013–2016 pracowałam w szkole policealnej Gloker w Krakowie. Pomagałam tam tworzyć ramę programową rocznego kursu instruktora fitness i program części przedmiotów, a później prowadziłam dużą część zajęć – zarówno teoretycznych, jak i praktycznych. Uczyłam przyszłych instruktorów fitness, a część zajęć prowadziłam również na kursie instruktora odnowy biologicznej.
Dodatkowo przez parę lat również prowadziłam blok, jak ćwiczyć z kobietami w ciąży, na kursie instruktora fitness w Klubie Podwawelskim oraz prowadziłam warsztaty z zakresu ćwiczeń profilaktycznych na kręgosłup dla instruktorów i trenerów dla Reebok University.
Bardzo lubiłam tę pracę, bo nauczanie zawsze było dla mnie czymś więcej niż przekazywaniem tego, co już wiem. Kiedy trzeba komuś w prosty sposób wytłumaczyć własną wiedzę i doświadczenie, nagle okazuje się, że trzeba ją jeszcze lepiej poukładać, zadawać sobie więcej pytań, szukać odpowiedzi, testować i doświadczać. Uczenie innych samo w sobie zmusza mnie więc do dalszego uczenia się.
I choć dziś już nie uczę profesjonalistów, to prowadzę wiele warsztatów i webinarów z zakresu zdrowego ruchu i oddziaływania na układ nerwowy.
W latach 2013–2014 uczestniczyłam w szkoleniach z zakresu przygotowania motorycznego, dzięki czemu pracowałam później ze sportowcami – zarówno zawodowymi, uprawiającymi różne dyscypliny, jak i bardzo mocno trenującymi amatorami. Łączyłam ćwiczenia, z pracą manualną i masażem.
To było dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie, bo z bliska mogłam zobaczyć, co dzieje się z organizmem człowieka, kiedy ruchu i treningu jest po prostu za dużo. Jak przeciążenia wpływają na stawy, kręgosłup i całe ciało. To dało mi do myślenia, ponieważ mogłam obserwować u innych takie podejście do ruchu, które towarzyszyło mi przez większość życia. To było mocne zderzenie z rzeczywistością i uświadomienie sobie jak dużo jeszcze potrzebuję zmienić w moim podejściu do ruchu, żeby był zdrowy.
Ale ta praca pokazała mi też coś zupełnie innego. Zdarzało mi się przygotowywać osoby z dużymi wadami postawy czy po skomplikowanych operacjach do powrotu do aktywności, o której wcześniej mogły tylko marzyć – na przykład do biegania czy zajęć pole dance. Odpowiednio dobrany i prowadzony proces ćwiczeń potrafił otworzyć przed nimi możliwości, które wcześniej wydawały się poza zasięgiem.
Od 2013 roku zaczęłam też dużo więcej uczyć się o chorobach autoimmunologicznych i wsparcia w ich leczeniu czyli dietetyce, stylu życia, śnie, rytmie dobowym i różnych sposobach wspierania zdrowia poza samym treningiem. Robiłam to z uwagi na własne choroby autoimmunologiczne, które swoimi objawami utrudniały mi codzienne życie.
Zaczęłam wprowadzać w życie wszystkie wskazówki, które poznawałam na szkoleniach. To były ogromne zmiany i pierwsze próby zadbania o siebie i łagodniejszego podejścia do siebie. Nie było to łatwe, ale skutkowało zmniejszeniem objawów i z czasem wprowadzeniem wszystkich chorób w remisję.
Własne doświadczenia sprawiły też, że lepiej rozumiem osoby, które na co dzień funkcjonują z przewlekłymi chorobami i ograniczeniami. I tak też się stało, że odkąd sama zaczęłam się interesować tym tematem, to co coraz więcej miałam klientów z chorobami autoimmunologicznymi, dla których praca ze mną, była wsparciem konwencjonalnego leczenia.
W Szkole Terapii Naturalnych we Wrocławiu po raz pierwszy zetknęłam się z medycyną chińską, masażem Shiatsu, relaksacją i wizualizacją. To właśnie tam zaczęło się moje zainteresowanie innym niż zachodnie spojrzeniem na człowieka.
W ramach pracy dyplomowej przeprowadziłam badania dotyczące wpływu technik relaksacyjnych i wizualizacyjnych na objawy u kobiet z Hashimoto. Przez 41 dni uczestniczki poświęcały codziennie 10–15 minut na słuchanie przygotowanych przeze mnie nagrań. Po zakończeniu praktyki objawy się zmniejszyły, a kiedy po badaniu uczestniczki przestały regularnie korzystać z nagrań, po pewnym czasie zaczęły wracać.
Dla mnie najważniejsza była lekcja dotycząca regularności. Zobaczyłam, jak duże znaczenie może mieć codzienna higiena radzenia sobie ze stresem i że jednorazowe zrobienie czegoś dla siebie nie wystarcza.
Dla transparentności dodam, że ukończyłam wszystkie zajęcia w ramach Studium Terapii Naturalnych, napisałam pracę dyplomową, która została sprawdzona i zatwierdzona, ale z różnych powodów ostatecznie nie podeszłam do egzaminu końcowego i obrony. Zatem ukończyłam szkołę pełna nowej wiedzy i doświadczeń, ale bez oficjalnego jej ukończenia.
Poszłam dalej w kierunku medycyny chińskiej. Uczyłam się między innymi dietetyki chińskiej, ziołolecznictwa i akupunktury, a następnie kontynuowałam naukę w kolejnych szkołach w Krakowie i Katowicach. Ukończyłam również roczną szkołę Akupunktury Shen, czyli pracą za pomocą igieł jako wsparcia przy problemach emocjonalnych, depresji, po traumach.
W latach 2017–2024 pracowałam jako akupunkturzystka.
To doświadczenie dało mi kolejną mapę patrzenia na człowieka. Zaczęłam jeszcze bardziej dostrzegać połączenia pomiędzy różnymi częściami ciała i zależności, których nie zawsze widać, kiedy patrzymy tylko na jeden mięsień czy jeden staw.
Ważna była dla mnie również obserwacja związku człowieka z rytmem natury, który tak bardzo jest podkreślany w medycynie chińskiej. Za wskazówką wykładowców przez rok świadomie obserwowałam zmiany pór roku, co się działo w przyrodzie i dostosowywałam do tego moje odżywianie, długość dnia pracy, sen, aktywność i odpoczynek. Poczułam, jak bardzo nadal jesteśmy częścią natury i jak trudno bez konsekwencji udawać, że jej rytm nas nie dotyczy.
Po raz pierwszy zetknęłam się z masażem shiatsu w ramach letnich praktyk w Szkole Terapii Naturalnych w 2014 roku. I właściwie byłam nim rozczarowana. Nie mogłam zrozumieć, jak taki delikatny dotyk może jakkolwiek wpłynąć na ciało. Sama pracowałam wtedy z innymi dosyć intensywnym dotykiem, masażem i terapią manualną. Miałam więc przekonanie, że żeby rzeczywiście oddziaływać na mięśnie czy inne tkanki, trzeba konkretnego bodźca. A tutaj było takie pitu-pitu ?
Wzięłam udział we wszystkich zajęciach, ale nie zamierzałam wprowadzać shiatsu do swojej pracy, bo po prostu nie wierzyłam, że to może działać.
Dwa lata później przypadkiem ponownie trafiłam na dokładnie ten sam kurs. Tyle że wtedy byłam już po doświadczeniu TRE® i mój układ nerwowy zaczął funkcjonować trochę inaczej. Odkryłam, jak wielką moc może mieć delikatny dotyk. Zrozumiałam, że nie chodzi o siłę – delikatny dotyk może zupełnie inaczej oddziaływać na układ nerwowy. Tym razem shiatsu mnie zachwyciło. Ukończyłam również kurs z shiatsu terapeutyczne i wprowadziłam je do swojej pracy.
Później uczyłam się również Dotyku Motyla, czyli kolejnej metody wykorzystującej bardzo delikatny kontakt z ciałem. Te doświadczenia, połączone z tym, czego zaczęłam uczyć się o układzie nerwowym, sprawiły, że w 2019 roku pożegnałam się z mocną pracą manualną i klasycznym masażem. Jeżeli dziś pracuję masażem, jest to przede wszystkim jest to delikatny dotyk.
Do dziś wykorzystuję go również podczas treningów. Jeżeli ktoś przychodzi bardzo zestresowany i pobudzony, czasem zaczynamy od delikatnego masażu szyi i głowy, żeby się wyciszyć i ugruntować, a dopiero potem przechodzimy do ćwiczeń. Innym razem na koniec treningu wykorzystuję Dotyk Motyla, żeby pomóc organizmowi przejść z pobudzenia w wyciszenie.
W 2016 roku poznałam TRE®. Najpierw praktykowałam na sesjach grupowych i samodzielnie w domu, a we wrześniu tego samego rozpoczęłam szkolenie. 4 grudnia 2017 roku uzyskałam tytuł Providerki TRE®, a w czerwcu 2019 roku zostałam zaawansowaną Providerką. Od tego czasu regularnie asystuję również na szkoleniach TRE®, głównie w Polsce, ale zdarzało się również za granicą.
TRE® bardzo mocno zmieniło moje życie i moje podejście do ćwiczeń. Właściwie to dzień poznania tej metody odczuwam jako pierwszy dzień mojego nowego życia. Wcześniej używałam określenia świadomość ciała, ale tak naprawdę nie wiedziałam jeszcze, co ono oznacza. Dopiero kiedy sama zaczęłam doświadczać tego, co dzieje się w ciele, zrozumiałam różnicę pomiędzy wiedzeniem o ciele, perfekcją w wykonywaniu nawet najtrudniejszych ćwiczeń, a czuciem ciała.
TRE® „zepsuło” mnie jako instruktorkę i trenerkę. Już nie byłam w stanie zmuszać innych do mocnych ćwiczeń. To proces jaki przeszłam i cały czas przechodzę dzięki tej metodzie sprawił, że porzuciłam świat fitnessu i przeszłam od wcześniejszego, mocnego podejścia, do pracy, w której zaczęło być miejsce na słuchanie, odczuwanie i układ nerwowy.
Od 2017 roku regularnie uczestniczę w superwizjach TRE®, zarówno indywidualnych, jak i grupowych. Początkowo było to związane przede wszystkim z moją pracą w TRE®, ale bardzo szybko zobaczyłam, jak mocno to co zobaczę na superwizji przekłada się to również na sposób, w jaki pracuję podczas treningów.
Jedną z ważniejszych rzeczy, których się nauczyłam, było to, że mój własny komfort ma znaczenie. Wcześniej słyszałam na szkoleniach, że klient jest najważniejszy, że trzeba dawać z siebie 100%, być pełną energii i pozytywnego nastawienia. Superwizje pokazały mi coś zupełnie innego: kiedy sama jestem bardziej w kontakcie ze sobą i dbam o swój komfort, mogę zaoferować drugiej osobie zupełnie inną jakość obecności.
Superwizje uczą mnie też zauważać własne automatyczne reakcje i rzeczy, których wcześniej nie byłam świadoma. To z kolei pomaga mi lepiej obserwować, co dzieje się podczas pracy z drugim człowiekiem.
TRE® stało się również początkiem mojego dużego zainteresowania neurobiologią. Od 2017 roku zaczęłam dużo czytać oraz uczestniczyć w wykładach i szkoleniach z zakresu neurobiologii, układu nerwowego i teorii poliwagalnej.
To, czego się dowiaduję, najpierw sprawdzam na sobie: jak dana wiedza może zmienić moje własne ćwiczenia, a później, oczywiście za zgodą osób, z którymi pracuję, testowałam, jak można wykorzystać ją w treningach.
Dzięki temu coraz wyraźniej się przekonuję, że podczas ćwiczeń nie pracujemy wyłącznie z mięśniami i stawami. Czy chcemy czy nie pracujemy również z układem nerwowym. Będąc tego świadomym, można wpłynąć na regulację układu nerwowego poprzez ruch. I właśnie ten sposób patrzenia jest dziś jednym z ważnych elementów mojego podejścia.
Po wypadku musiałam zakończyć swoją karierę taneczną, ale taniec wcale nie zniknął z mojego życia. Nadal prowadziłam warsztaty pilatesu i anatomii dla tancerek, a później, już po poznaniu TRE® i głębszym wejściu w temat świadomości ciała, zaczęłam pracować z tancerkami i tancerzami z Polski i innych krajów Europy nad tym, jak tańczyć zdrowiej, ale również jak poprzez taniec wyrażać siebie.
Stworzyłam również zajęcia grupowe „Rozluźnianki Anki”, w których łączyłam oddziaływanie na układ nerwowy poprzez ruch oraz ruch do muzyki, dzięki czemu można puścić napięcia mięśniowe. Był również czas, kiedy prowadziłam zajęcia z tańca intuicyjnego. W tańcu coraz mniej chodziło o to, żeby wykonać konkretny krok, a coraz bardziej o to, żeby poczuć siebie i wyrazić siebie poprzez ruch.
Z tańca została mi również bardzo praktyczna zasada: najpierw naucz się zrobić ruch wolno. Dopiero kiedy naprawdę go czujesz i potrafisz wykonać go świadomie, przyspieszaj. Do dziś wykorzystuję to w treningach.
Przez kilka lat pracowałam jako ekspertka w firmie produkującej kubeczki menstruacyjne. Odpowiadałam na pytania kobiet, które już korzystały z kubeczków, ale też tych, które dopiero chciały zacząć i miały rozmaite pytania, wątpliwości czy obawy.
To doświadczenie pokazało mi, jak niewielka jest świadomość własnego ciała u wielu kobiet, szczególnie jeśli chodzi o mięśnie dna miednicy. Przekonałam się również, jak wiele kobiet ma różnego rodzaju problemy związane z ich nieprawidłowym funkcjonowaniem, a jednocześnie często żyje z przekonaniem, że to
tylko ich wstydliwy problem i że nie powinny o nim mówić.
Bardzo mocno uświadomiło mi to, że o mięśniach dna miednicy trzeba mówić otwarcie i normalnizować rozmowy o nich. Że warto dbać o mięśnie dna miednicy w każdym wieku i że problemy z nimi nie są czymś wstydliwym ani czymś, co trzeba po
prostu zaakceptować i przemilczeć.
W styczniu 2018 roku założyłam firmę o nazwie Głęboki Oddech. I znów mam swoje miejsce, gdzie mogę pracować o swojemu. Prowadzę treningi indywidualne w swoim własnym, spokojnym miejscu, gdzie nie trzeba przekrzykiwać muzyki ani dzielić sali z innymi osobami. Praca, ćwiczenia w ciszy, to całkiem inny wymiar treningu, na którym łatwiej usłyszeć siebie.
To była kolejna zmiana jakości pracy. Zamiast prowadzić grupę według z góry ustalonego planu, mogłam jeszcze mocniej skupić się na jednej osobie, jej potrzebach i tym, co dzieje się z nią właśnie tego dnia. Jednocześnie dbając o własny komfort pracy z małą ilością bodźców.
W 2019 zaczęłam więcej czasu spędzać z końmi, których wcześniej bardzo się bałam, a okazały się świetnymi nauczycielami. To doprowadziło mnie do ukończenia kursu hipoterapii. Nauczyłam się jak pracować z dziećmi z niepełnosprawnościami i mogłam to przetestować w praktyce. Jednak z uwagi na to, że nie miałam i nadal nie mam w planach pracować w tym zarodzie, to kurs ukończyłam, ale nie podeszłam do egzaminów końcowych. Ważniejsze było dla mnie to czego się nauczyłam, niż papierek.
Przez 4 lata dużo czasu spędziłam w stajni i ogromnie dużo nauczyłam się od samych koni. Uczyłam się między innymi masażu relaksacyjnego konia i obserwowania, kiedy jego ciało naprawdę się rozluźnia, po jakich sygnałach mogę to zobaczyć. I wtedy zaczęłam zauważać coś bardzo ciekawego: podobne reakcje widzę u ludzi. Ciało może pokazać, że napięcie właśnie puściło, zanim człowiek w ogóle świadomie to zauważy.
Konie nauczyły mnie też, że nie reagują na to, co mówię, tylko na to, co pokazuję, często nieświadomie, własnym ciałem. Ciekawie było wykonywać ćwiczenia z koniem, kiedy wszystko musiałam tłumaczyć całą sobą. To mocno zwiększyło moją uważność na nieświadomą komunikację ciała – również na to, co ja sama pokazuję drugiej osobie, nawet jeśli nie zdaję sobie z tego sprawy.
W latach 2018–2025 korzystałam z psychoterapii poprzez ciało – indywidualnie, w nurcie analizy bioenergetycznej, również z elementami Life Force, oraz grupowo w nurcie Life Force. Pragnę zaznaczyć, że to była moja własna droga i nie jestem psychoterapeutką.
To doświadczenie bardzo dużo zmieniło w moim sposobie patrzenia na siebie, napięcia mięśniowe, oddech i to, co nieświadomie pokazujemy własnym ciałem.
Zobaczyłam jeszcze wyraźniej, jak wiele historii może być obecne w ciele i jak bardzo sposób, w jaki się poruszamy, oddychamy czy utrzymujemy napięcie, może być związany z naszym doświadczeniem. To również mocno wpłynęło na moje podejście do ruchu i pracy z ciałem.
Jogę zaczęłam praktykować w 2010 roku. To nadal był ten czas, kiedy podchodziłam do ruchu bardzo przemocowo, ale bardzo trudny emocjonalnie czas w moim życiu sprawił, że w każdy poniedziałkowy poranek zaczynałam tydzień zajęciami z jogi. Ta jedna godzina jogi w tygodniu była dla mnie ważną przestrzenią zwolnienia, choć tuż po niej miałam zajęcia Capoeiry, więc jak widać nie byłam w stanie zbyt długo wytrwać w spokojnym ruchu.
Przez wiele lat to wracałam do jogi, to od niej odchodziłam. Aż w 2024 roku rozpoczęłam kurs nauczycielski jogi. Obecnie jestem na trzecim roku i jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, ukończę go w lipcu 2027 roku.
To dla mnie kolejna perspektywa patrzenia na człowieka, oddech, ruch i relację pomiędzy nimi. Nie po to, żeby zamienić trening na jogę, ale żeby znowu zobaczyć, że ten sam człowiek może być oglądany z wielu różnych stron – i każda z nich może wnieść coś wartościowego.
Od 2023 roku zaczęłam chodzić w barefootach czyli butach minimalistycznych, które pozwalają stopie pracować tak, jakby chodziło się boso.Jednak moja przygoda z pracą stóp zaczęła się dużo wcześniej. Miałam liczne problemy ze stopami i stawami skokowymi, które były spowodowane między innymi dużą ilością tańca i występowaniem pomimo aktywnych kontuzji stóp (tańczyłam zawsze boso). Zanim zaczęłam chodzić w barefootach, już pracowałam nad tym, żeby poprawić ich funkcjonowanie. Już podczas treningów na siłowni często zdejmowałam buty, żeby lepiej czuć podłoże i stabilizować się stopami. Od wielu lat również moi klienci podczas treningów ćwiczą boso albo w skarpetkach, bo bardzo ważne jest dla mnie to, co robią stopy i jak ich praca wpływa na resztę ciała.
Barefooty były dla mnie kolejnym krokiem w tym kierunku. Przeniesieniem tego, co robimy na sali treningowej, do codziennego życia. Natomiast dzięki współpracy z firmami produkującymi buty minimalistyczne i sklepami z barefootami mogłam nie tylko więcej dowiedzieć się o wpływie obuwia na stopę, ale też przyjrzeć się samym butom – rozmawiać z konstruktorem, oglądać ich produkcję i porównywać konstrukcję barefootów z tradycyjnym obuwiem.
Dzięki temu, kiedy mówię o barefootach, patrzę na temat szerzej. Interesuje mnie nie tylko to, jak pracuje stopa i jak jej praca wpływa na resztę ciała, ale również to, w czym tę stopę wkładamy.
A to nadal nie jest koniec
Nadal próbuję, uczę się, czytam, szkolę się i sprawdzam różne rzeczy na sobie, a później wprowadzam je do mojej pracy. Nadal zdarza mi się zobaczyć jakiś ruch i pomyśleć: „O, to może być świetne ćwiczenie”.
Bo skoro przez ponad 20 lat pracy cały czas odkrywam nowe rzeczy, to nie chcę udawać, że już wszystko wiem. Dlatego mogę Ci obiecać, że nigdy nie będę trzymać się kurczowo swojego zdania i utrzymywać, że w 100% mam rację – cały czas się dokształcam i bazuję na aktualnej wiedzy, ale ona może się zmienić.
SENTO nie jest gotowym zestawem ćwiczeń
SENTO to moja autorska metoda pracy, ale nie metoda w rozumieniu kolejnego sztywnego systemu, który trzeba wykonywać według instrukcji.
To sposób, w jaki patrzę na człowieka, jego ciało i ruch.
Jeżeli pracuję z dwiema osobami, które przyszły do mnie z podobnym problemem, wcale nie oznacza to, że dostaną taki sam trening. Bo każda z nich ma inne doświadczenia, inne możliwości, inny poziom zmęczenia, inne napięcia i inny sposób reagowania na ruch.
Dlatego najpierw słucham i obserwuję, a dopiero później dobieram ćwiczenia.
Inspirację do stworzenia nowego ćwiczenia potrafię znaleźć właściwie wszędzie. Podczas różnych aktywności często wyłapuję jakiś ruch, sposób pracy ciała czy jego fragment i zaczynam się zastanawiać: „A co by było, gdyby wykorzystać to w treningu?”
Tak było na przykład z zabawą weselną, którą zobaczyłam i przerobiłam na ćwiczenie stabilizacyjne. Innym razem podczas zajęć Shakira Style zauważyłam ruch, który po odpowiednim zmodyfikowaniu świetnie sprawdza się jako ćwiczenie rozluźniające lędźwie. To nie są gotowe ćwiczenia przepisane z konkretnego systemu. Biorę to, co mnie zaciekawi, sprawdzam, jak działa, modyfikuję i zastanawiam się, dla kogo i w jaki sposób można to wykorzystać.
I właśnie z takiego zbierania doświadczeń, obserwowania ludzi i ich ciał oraz ciągłego sprawdzania, co działa, przez lata powstał mój sposób pracy, który dziś nazywam SENTO.
Dlaczego SENTO?
Sento po włosku oznacza „słyszę, czuję”, co idealnie odwzoruje to, jak podchodzę do ruchu. Ważniejsze od liczby wykonanych powtórzeń jest to, czy czujesz co robisz, czy słyszysz czego potrzebujesz. Podstawą mojej pracy jest uważność na Twoje ciało w ruchu i słuchanie co mówi, co pokazuje, jak się zachowuje.
A oto składowe tej metody:
S jak Słuchanie
Każdy trening rozpoczyna się od pytania „Jak się dziś czujesz?” i to Ty wsłuchujesz się w siebie, żeby otrzymać odpowiedź. Następnie w trakcie rozgrzewki obserwuję jak pracują danego dnia poszczególne obszary w Twoim ciele i jak się to wszystko łączy i na podstawie tego decyduję jak będzie wyglądał dany trening. Mamy ustalony cel, do którego dążymy treningami, ale to jak wyglądają poszczególne etapy tej drogi, zależy od tego, jak się czujesz danego dnia.
Słucham tego, co mówisz, ale obserwuję też to, co pokazuje Twoje ciało. Sposób, w jaki oddychasz, stoisz, chodzisz i wykonujesz ćwiczenie. Zwracam uwagę na to, gdzie pojawia się napięcie, kiedy ruch zaczyna sprawiać trudność i jak reagujesz na zmianę ćwiczenia.
Bo ciało cały czas przekazuje informacje. Nie zawsze wprost i nie zawsze świadomie.
Dlatego podczas treningu nie chodzi o to, żeby za wszelką cenę wykonać zaplanowane ćwiczenie. Chodzi o to, żeby zauważyć, co dzieje się podczas wykonywania tego ćwiczenia i ewentualnie dokonać potrzebnych modyfikacji.
E jak Elastyczność
Elastyczność nie dotyczy tylko mięśni. To również elastyczność mojego podejścia do treningu. Nie wierzę w jeden idealny plan, który trzeba zrealizować niezależnie od wszystkiego. To trening ma dopasować się do człowieka, a nie człowiek za każdym razem do treningu.
Jeżeli dzisiaj masz mniej energii, coś Cię boli albo jesteś po prostu przeciążona, to dopasuję do tego ćwiczenia. A jeśli masz dobry dzień i ciało daje Ci sygnał, że możesz zrobić więcej – też możemy z tego skorzystać. Może się zdarzyć, że zaplanuję świetny trening, a Ty masz okres lub migrenę i nagle jedyne możliwe ćwiczenia jakie jesteś w stanie wykonać, to te w leżeniu. Wówczas plan wyrzucam w kąt i sprawdzamy co jest możliwe danego dnia, a przede wszystkim czego potrzebujesz.
Jeżeli trzeba włączę na początek delikatny masaż szyi i głowy dla wyciszenia i rozluźniania, czasem zastosuję taping, żeby ułatwić prawidłową pracę mięśni czy odciążyć stawy.
Elastyczność nie oznacza przypadkowości. Żeby móc odejść od planu, trzeba najpierw wiedzieć, po co ten plan w ogóle był i w którym kierunku zmierzamy.
N jak Neuroregulacja
Podczas treningu oddziałujemy nie tylko na mięśnie i stawy, ale również na układ nerwowy. Może być to oddziaływanie przypadkowe, a może być zaplanowane i świadome. I nie chodzi tu o jakieś skomplikowane oddziaływanie, a jedynie sposób wykonywania ćwiczeń. Wystarczy odpowiedni oddech, tempo, skupienie, uważność i każde ćwiczenie może okazać się okazją do regulacji układu nerwowego.
Dlatego ruch może być nie tylko sposobem na budowanie sprawności. Może też pomóc w wyciszeniu, regulacji układu nerwowego, zauważeniu napięcia i nauczeniu się innego reagowania na to, co dzieje się w ciele. Odpowiednia praca z układem nerwowym otwiera drzwi do zmiany w organizmie i nowego sposobu funkcjonowania.
I właśnie dlatego układ nerwowy jest tak ważną częścią mojego sposobu pracy. Każdy trening ma znamiona gimnastyki neuronalnej.
T jak Trening
SENTO nie oznacza, że zamiast treningu będziemy tylko leżeć i spokojnie oddychać. Nadal wykonujesz ćwiczenia.
Budujesz siłę, sprawność, mobilność, wytrzymałość i koordynację. Czasami będzie intensywnie, a czasem łagodniej. Absolutnie nie uważam, że każdy ruch powinien być delikatny i relaksacyjny.
Różnica polega na tym, że nie ćwiczysz po to, żeby walczyć ze swoim ciałem, tylko żeby nawiązać/odzyskać z nim lepszą relację. W końcu ciało to Ty, Twoja cielesna część. I ruch może być niejako rozmową, dialogiem z własnym ciałem, czyli ze sobą, zamiast wydawaniem rozkazów.
Uważam, że trening, ruch, to świetna okazja, żeby w bezpiecznych warunkach potrafisz zauważyć, kiedy możesz zrobić więcej, kiedy warto zwolnić, a kiedy po prostu się zatrzymać i odpuścić.
O jak Oddech
Oddech jest jednym z najprostszych sposobów sprawdzenia, co się ze mną dzieje, jak się czuję, dlatego jest ważną częścią treningu. Nie chodzi o to, żeby kontrolować cały czas, czy oddychasz prawidłowo, ale zauważać czy i jak oddychasz.
Kiedy się stresujesz, oddech się spłyca. Kiedy się relaksujesz – staje się spokojnieszy i głębszy. Kiedy ćwiczenie jest za trudne, zbyt wymagające, zbyt mocne, oddech zanika. Często oddech powie Ci wcześniej jakie jest dla Ciebie dane ćwiczenie, czy jak się czujesz w danej sytuacji, zanim świadomie to zauważysz.
Oddech również może zmienić funkcję ćwiczenia. Od tego w którym momencie zrobisz wdech, a w którym wydech, zależy czy dane ćwiczenie będzie wzmacniać czy rozluźniać mięśnie. Czasem jeden sposób oddychania wspiera pracę mięśni stabilizacyjnych, a odwrotny wprowadza stres i napięcie do organizmu.
Dodatkowo oddech ułatwia czucie. Jeżeli wstrzymujesz oddech, to odcinasz się od sygnałów płynących z ciała, jak podczas sytuacji zagrożenia życia. A dopiero jeżeli oddychasz i słyszysz to co płynie z ciała, możesz poczuć czego potrzebujesz, co daje Ci dane ćwiczenie i kiedy jest już za dużo.
Dlatego też w logo mojej firmy znajduje się napis:
Weź Głęboki Oddech. Usłysz siebie. Zadbaj o siebie.
Jak wygląda to w praktyce?
Jeżeli przychodzisz do mnie na przykład z bólem lędźwi, nie dostajesz gotowego zestawu ćwiczeń na ból pleców i nie realizujemy z góry przygotowanego planu. Najpierw słucham tego, co mi mówisz, ale obserwuję też to, co pokazuje Twoje ciało – również w sposób, którego możesz sobie nie uświadamiać. Podczas rozgrzewki i kolejnych ćwiczeń patrzę na sposób, w jaki się poruszasz, jak pracują poszczególne obszary i jak na ruch reaguje całe ciało. To pomaga mi znaleźć odpowiedź na pytanie, co sprawiło, że Twoje lędźwie musiały zacząć boleć.
Na tej podstawie dobieram ćwiczenia albo tworzę je dokładnie pod Ciebie. Potem sprawdzamy, jak na nie reagujesz – co dzieje się z poszczególnymi obszarami ciała, jak pracują mięśnie, jak zmienia się Twoje czucie i jak reaguje układ nerwowy. Jeżeli coś nie działa tak, jak powinno, modyfikuję ćwiczenie albo szukam innej drogi czy też przyczyny dlaczego tak się dzieje. Mamy określony cel, w którym chcemy iść, ale nie ma z góry ustalonej trasy, którą musisz przejść bez względu na to, co dzieje się po drodze.
I cały czas uczysz się przy tym zauważać, co dzieje się w Twoim ciele. Czasem dobieram ćwiczenie nie tylko po to, żeby coś wzmocnić czy poprawić, ale również po to, żeby łatwiej było Ci poczuć konkretny ruch, zauważyć pracę mięśni albo zrozumieć, co właściwie robisz. Dzięki temu nie tylko łatwiej powtórzysz dane ćwiczenie w domu, ale z czasem coraz lepiej rozpoznajesz, co dzieje się w Twoim ciele i jak ono reaguje na ruch, poznajesz jego język.
Czyli w skrócie:
słucham → obserwuję → wybieram lub tworzę ćwiczenia → sprawdzam reakcję → modyfikuję → uczę Cię zauważać, co dzieje się w Twoim ciele
Chcesz wypróbować to podejście na sobie?
Wolisz pracować indywidualnie i w zakresie dopasowanym do Ciebie — treningi indywidualne będą dobrym rozwiązaniem.
Nie zawsze masz ochotę wychodzić z domu, a na godzinny trening trudno znaleźć czas? W BODY RESTART znajdziesz różnorodne treningi, które możesz dopasować do tego, ile masz czasu i jak czujesz się danego dnia, jak i zajęcia grupowe online.