Podobno sport do zdrowie.  Owszem ruch, aktywność fizyczna jest nam potrzebna do zachowania zdrowia. Jednak bardzo ważne jest tutaj inne przysłowie „Co za dużo, to niezdrowo”.

Czy aktualna modą na bycie fit, bycie aktywnym ma więcej wspólnego ze zdrowiem czy z  uzależnieniem? Czy na pewno lepiej uprawiać sport niż palić papierosy? Czy w ogóle istnieje coś takiego jak uzależnienie od sportu? I czy na pewno jest dla nas szkodliwe?

 

Do napisania tego tekstu zbierałam się już od dawna. Szczerze mówiąc trochę się go boję. Jednak dziś rano przeczytałam wywiad z pewnym sportowcem, który mnie przeraził. A raczej to, że większość osób podziwia poddawanie swojego ciała ze swojej własnej woli na niewyobrażalne tortury.

Oczywiście nie dotyczy to wszystkich sportowców. Przynajmniej taką żywię nadzieję.

 

Postanowiłam, że najlepiej będzie jeśli opisze mój punkt widzenia na podstawie mojego doświadczenia. Mając szczerą nadzieję, że takie podejście do sportu miałam tylko ja, że to jest odosobniony przypadek. A może komuś po przeczytaniu tego tekstu zapali się w głowie czerwona lampka? 

 

Ta historia tak naprawdę miała ujrzeć światło dzienne dopiero w pisanej przeze mnie książce. Jednak zdecydowałam się udostępnić dziś jej fragment:

 

„Życie bez sportu przerażało mnie. Byłam od niego dosłownie uzależniona. Od kiedy pamiętam miałam w sobie bardzo duże pokłady złości i agresji. Często te emocje mnie po prostu rozsadzały, nie byłam w stanie z nimi wytrzymać. Jakbym miała w sobie wulkan, który owszem czasem jest uśpiony, ale też często zaczyna się wzburzać i chce eksplodować. Te erupcje moich emocji pamiętam aż nazbyt dokładnie. Pamiętam jak się czułam, kiedy we mnie wszystko buzowało, każda komórka ciała krzyczała, wręcz wrzeszczała. Za każdym razem byłam pewna, że tego nie wytrzymam, że takiego czegoś nie da się przeżyć. Teraz mam aż łzy w oczach, gdy o tym piszę. Nic dziwnego, że moje ciało krzyczało do mnie bólem całe życie, gdy musiało sobie radzić z utrzymaniem w środku takiej ilości, tak mocno eksplodujących emocji. Musiała być mi dana jakaś nadludzka siła, żeby to wszystko znieść. Żeby z tym wszystkim być w stanie żyć. Wiedziałam dokładnie, co najlepiej rozładowuje tę agresję, ale ta wiedza przerażała mnie od zawsze. Robiło mi się lepiej tylko kiedy kogoś uderzyłam. Wówczas erupcja wulkanu znajdowała ujście. Za czasów podstawówki często po szkole razem z chłopakami układaliśmy z plecaków ring i dosłownie się w nim tłukliśmy. To był mój niezawodny sposób na rozładowanie emocji. Dzięki temu lżej mi było samej ze sobą. Jednak moje sumienie nie bardzo chciało pozwolić na ten sposób. I tak pojawił się w moim życiu sport. Był bezkonfliktowy. Nikogo nim nie krzywdziłam. Za każdym razem kiedy byłam tak wściekła, że nie mogłam wytrzymać sama ze sobą, brałam skakankę i skakałam dopóki nie zabrakło mi sił i nie padłam. Lub brałam rower i jechałam przed siebie dopóki nie zaczynałam czuć, że we mnie się luzuje. Najczęściej jednocześnie oznaczało to całkowite wyczerpanie organizmu. Dopiero wtedy odczuwałam ulgę. Zamieniłam wyładowywanie agresji na innych, na wyładowanie agresji na swoim ciele… Całe życie szczyciłam się, że nie wpadłam w żaden nałóg. Że moje jedyne uzależnienie, to sport. Jakie to zdrowe i piękne uzależnienie. Teraz już wiem, że uzależnienie, to uzależnienie. Wysiłek fizyczny dawał mi ucieczkę od problemów, od emocji które się we mnie kotłowały. Ucieczkę do nieczucia. Był czas, że trenowałam nawet 50 godzin tygodniowo. Mój organizm wydawał mi się wówczas nie do zajechania. Im więcej i mocniej, tym lepiej. Pamiętam szkolenie z Indoor Cycling. Dwa dni pełne treningów na rowerkach stacjonarnych. Teraz bym nawet połowy takiego dnia nie wytrzymałam. A wtedy czułam się w siódmym niebie. I żal mi było, że tyle czasu poświęcaliśmy na gadanie, podczas gdy można było ćwiczyć jeszcze więcej. Nawet, gdy miałam jakąkolwiek kontuzję to ćwiczyłam. Wiedziałam, że inaczej nie wytrzymam sama ze sobą. Sport to była moja codzienność.”

 

Całe życie uciekałam w sport od moich emocji, których nie wolno mi było pokazywać na zewnątrz. Do tego wyrzut dopaminy i endorfin. To naprawdę uzależnia. Na początku wystarczał mniejszy wysiłek. Jednak jak to jest z każdym nałogiem później człowiek potrzebuje więcej i więcej. A gdy nie ma dostępu do swojego „dopalacza”, to jest na głodzie. Jeśli miałam dwa dni bez jakiegokolwiek sportu, to byłam na głodzie. Myślę, że niewiele różniącym się od głodu narkotykowego. Ze wszystkimi objawami, zarówno fizycznymi, jak i psychicznymi.

 

To był wielki paradoks. Przez większość życia trzymałam się w kupie, nie zwariowałam tylko poprzez sport. Jednocześnie doprowadziłam moje ciało do totalnej ruiny. W wieku 29 lat mój organizm ledwo dyszał. Pomimo, że z zewnątrz wyglądałam ponoć na zdrową, to w środku już dawno się rozsypałam. Tylko moja zewnętrzna zbroja, którą oddzieliłam się od świata, trzymała mnie w całości.

Teraz siedem lat później czuję się dużo zdrowsza. Czuję, że w końcu żyję. Owszem nadal jestem aktywna fizycznie. Już wiele razy wspominałam o tym, że teraz każdy trening to rozmowa z moim ciałem. To czucie ile mogę dziś zrobić. Odczuwanie w jakiej kondycji dziś jestem. Na co dziś moje ciało ma siłę i ochotę. W przeciwieństwie do tego co robiłam kiedyś. Czyli jeśli głowa da rady, to ciało też musi nadążyć za nią. To był jednostronny monolog.  No pain No gain.

 

 

Trudno w to uwierzyć, że wcześniej nie miałam czucia przede wszystkim w moich udach… Owszem umiałam napiąć każdy mięsień, czułam że pracuję, ale nie czułam ich zmęczenia. Nigdy. Tak jakby sygnały szły tylko z mózgu do mięśni. Jakby w drugą stronę sygnały nie były przewodzone. Tak jakby mózg mógł mówić, a raczej wydawać rozkazy do ciała. A był głuchy. I nie słyszał żadnych sygnałów zwrotnych. Nie było dla mnie problemem robić naprawdę wiele, wiele powtórzeń przysiadów mając na sztandze obciążenie równe wadze mojego ciała.  Nigdy, ale to nigdy nie miałam po nich zakwasów. Zawsze zastanawiało mnie dlaczego ludzie się męczą przysiadami. Przecież to jest tak proste i lekkie ćwiczenie.

Gdy moje czucie wróciło, głównie za sprawą uwalniania emocji z mojego ciała, okazało się, że przysiady nie są takie proste. Że teraz nie jestem w stanie wykonać nawet w 50% tego, co kiedyś mogłam robić codziennie. Przeraża mnie jak bardzo można się odciąć od własnego ciała.

 

 

Oczywiście uprawianie sportu po ciężkim dniu, dla rozluźnienia jest ok. Jednak nie powinno być to zajeżdżanie ciała. Niech występuje tam oddech. Dzięki niemu będziesz słyszeć co mówi Twoje ciało. Niech sport będzie uzupełnieniem radzenia sobie ze stresem, ale niech nie wiedzie prymu. Rób coś oprócz tego. Jeśli masz zbyt dużo stresu w swoim życiu i już sobie z nim nie radzisz, to poproś o pomoc specjalistę.

 

Potrzebujemy ruchu, aktywności, żeby żyć. Ruch to życie. Ale wszystko z umiarem. Tak jak lampka wina od czasu do czasu nie czyni nas alkoholikiem, tak aktywność fizyczna uprawiana ze słuchaniem ciała, nie będzie uzależnieniem. A będzie często wręcz zbawieniem.

 

Czy uzależnienie od sportu dotyczy także Ciebie?

A teraz pomyśl sobie, że przez najbliższe 5 dni nie możesz ćwiczyć. Lub po prostu postanawiasz, że z powodu upałów zawieszasz wszystkie swoje treningi na ten czas… 

Jak się z tym czujesz? 

 

Dodaj komentarz