Dla wielu moich znajomych jest sprawą niezwykle intrygującą dlaczego wcześniej jadłam „wszystko”, a teraz nagle mi czegoś nie wolno, że po produktach, którymi wcześniej się zajadałam, teraz mam jakieś problemy zdrowotne. Postanowiłam, więc odsłonić kulisy rewolucji żywieniowej w moim życiu.

 

10 miesięcy wcześniej….

Wszystko zaczęło się 11 maja 2013r. – to jedna z najważniejszych dat w moim życiu. W ten dzień poznałam Iwonę Wierzbicką trafiając do niej na szkolenie „Dietetyka i suplementacja”. Wcześniej miałam wrażenie, że odżywiam się zdrowo i myślę, że to określenie jest bardzo adekwatne „miałam wrażenie”… Iwona wywróciła moje myślenie o jedzeniu o 180°, wiele przedstawianych przez nią faktów było dla mnie wręcz szokujących- jak to w Muszyniance jest więcej wapnia niż w mleku… dlaczego nie powinnam go dodawać do kawy… jednak grzyby nie są takie bez wartości, to „mięso lasu”… Największym szokiem była dla mnie dieta paleo- zastanawiałam się jak tak można jeść? Odrzucić cały nabiał, pszenicę, chlebek, pierogi, naleśniki, racuchy, makaron i zajadać się mięsem smażonym na smalcu- wtedy tak postrzegałam tę dietę i stwierdziłam, że tylko szaleni i bardzo zdeterminowani ludzie musza się na nią porywać. Po szkoleniu w niedzielę wieczór poszłam tradycyjnie na zakupy do supermarketu, kupić żywność na cały tydzień. Zanim włożyłam cokolwiek do koszyka dokładnie studiowałam etykiety i okazało się, że większość kupowanych dotychczas  przeze mnie produktów… nadaje się do kosza, ma tyle konserwantów, syropów glukozowo-fruktozowych itp. Wybór kefiru, który rzeczywiście był „naturalny” zajęło mi dużo czasu, a na zakupy zeszło mi … dwie godziny.

Zaczęłam się stosować wiedzę zdobytą na szkoleniu, powoli małymi kroczkami- wyrzuciłam z domu wszystko co zawierało chemię, zamieniłam ziemniaki, ryż czy makaron kaszą gryczaną niepaloną, jaglaną, komosą ryżową, amarantusem, odrzuciłam słodycze i na ile się dało ograniczyłam mączne potrawy… Nie byłam jednak w stanie zrezygnować z białej, słodkiej kawy, więc piłam ją tuż po posiłku, żeby nie była przez organizm traktowana jako posiłek dodatkowy. Po odrzuceniu wszelkich konserwantów niesamowicie polepszył mi się smak- byłam w stanie po smaku rozpoznać jaka to woda mineralna, no i potrawy zaczęły smakować tak jak powinny, a nie zalatywać glutaminianem sodu. O dziwo niejedzenie słodkiego całkiem dobrze mi wychodziło, do czasu… W międzyczasie odbyło wesele mojego brata, w taki dzień przecież nie mogłam się ograniczać. Objadłam się okropnie i to głównie słodkim, za to prawie nie piłam alkoholu. Następnego dnia dopadł mnie kac gigant, trwający ponad 24 godziny i niepohamowana chęć zjedzenia czegoś słodkiego, która ciągnęła się jeszcze przez tydzień, dopóki nadludzkim wysiłkiem silnej woli powiedziałam „dość”. I tak było przez parę miesięcy- jeśli skusiłam się na słodkie, to nie mogłam przestać- wpadałam w ciąg cukrowy i nic nie mogło mnie powstrzymać, do tego ten bezalkoholowy kac… starałam się, więc jak mogłam nie kusić się na słodkie.

Krok drugi- 30dniowe wyzwanie

Kolejne zmiany w moim odżywianiu nastąpiły 30 września 2013r. Iwona opublikowała filmik z 30 dniowym wyzwaniem 10 zasad. Po pierwszym oglądnięciu stwierdziłam, że bez białej słodkiej kawy to ja nie wyżyję, więc nie ma szans. Jednak po paru dniach w głowie zaczęła kołatać myśl: „Co mi zależy? To tylko 30 dni, jak mi nie będzie pasować to po tym czasie wrócę do „normalnego” odżywiania”. Postanowiłam spróbować i po prostu nie pić kawy przez ten miesiąc. Pierwsze dni były naprawdę trudne, szczególnie, że już w drugim biometr był wyjątkowo niekorzystny, ciśnienie niskie, a ja musiałam zaśpiewać z chórem i uległam… wypiłam czarną, gorzką kawę. Jakaż ona była niedobra. Z miejsca udałam się do palarni kawy po coś lepszego- „coś przecież muszę pić przez ten miesiąc” pomyślałam. Było lepiej, ale nie powiem, żebym była zachwycona smakiem takiej kawy. Dopiero po paru tygodniach nauczyłam się delektować czarną, gorzką kawą. Teraz absolutnie nie wyobrażam sobie zabijać jej smaku cukrem czy mlekiem. Po tych 30 dniach:

  • przestały mnie boleć stawy (prawie wszystkie stawy miałam kiedyś kontuzjowane i zawsze na jesień, na zmiany pogody miałam wielkie problemy ze stawami, a to była moja pierwsza jesień bez bólu J ),
  • migreny zniknęły (a ostatnimi czasy miałam napady migrenowe naprawdę często),
  • zwykłe bóle głowy odeszły (kiedyś prawie codziennie bolała mnie głowa, teraz należy to do wielkiej rzadkości)
  • sprawy żołądkowo-jelitowe się uregulowały,
  • nie miałam żadnego stanu zapalnego (a mam Atopowe Zapalenie Skóry),
  • miałam więcej energii,
  • spodnie zrobiły się luźniejsze :),
  • skóra stała się gładsza (pomimo, że nigdy nie miałam z nią jakiś specjalnych problemów).

Podsumowując bilans zysów i strat postanowiłam zostać przy 10 zasadach. Czasami zdarzały się oczywiście odstępstwa, ale szczególnie te pszenicowe mocno odchorowywałam- nawet jeden kęs produktu z pszenicą wywoływał migrenę, bóle stawów, biegunki itp.i co najdziwniejsze dosłownie w parę godzin po zjedzeniu pszenicy tak puchłam, że musiałam rozpinać spodnie, bo się zwyczajnie w nich już nie mieściłam.

Krok trzeci- paleo

Okazało się w międzyczasie, że przy chorobach autoimmunologicznych nie powinnam jeść roślin strączkowych (całe zapasy cieciorki i soczewicy oddałam klientce), ani co gorsza nabiału (zrobiłam sobie ostatnią wieczerzę- smażony camembert, którym zajadałam się z namaszczeniem i od tamtej pory nabiału w ustach nie miałam). Doszłam do wniosku, że jak i tak musiałam już tyle produktów odrzucić, to może przejść na paleo… przynajmniej będę miała konkretne zasady co do mojego jadłospisu. No i stało się od końca lutego jestem stricte na diecie paleo… i jest mi z tym dobrze :), choć jeszcze 10 miesięcy temu myślałam, że tylko szaleńcy mogą w taki sposób się odżywiać.

P.S. Aktualnie nie jestem już na diecie paleo. O mojej drodze w dopasowywaniu jedzenia do moich dolegliwości możecie przeczytać w serii „Biografia mojej atoimmunologii”

Dodaj komentarz