159240834786271

Nadszedł luty. W końcu włączyli ogrzewanie, przyszła ciepła woda, więc jako tako zaczęłam się aklimatyzować w nowym miejscu zamieszkania. Choć tak naprawdę chyba nigdy nie czułam się tam jak u siebie. Dodatkowo nie miałam zbyt wiele czasu na przebywanie w mieszkaniu. Praca zajmowała mi więcej życia niż bym chciała i jak już mi się wydawało, że będzie lżej znów następowało coś co wymagało załatwienia. Owszem dbałam o to, żeby mieć czas dla siebie, jednak było go zdecydowanie za mało, jak na moje ówczesne potrzeby.

Pamiętam dokładnie datę czternastego lutego, to była niedziela i myślę, że początek wielu dobrych zdarzeń, ale również jak się okazało początek porządków w moim życiu. Od tego czasu dziwnym trafem znikały osoby, które nie miały dobrych zamiarów, intencji wobec mnie, którzy życzyli mi źle lub wykorzystywali mnie do własnych celów czy zaspokajania własnej przyjemności, potrzeb własnego ego, o czym jeszcze nie wiedziałam, bo niestety byłam jeszcze znacząco ślepa na takie sygnały. Jednak jeśli idziemy w dobrym kierunku, to życie samo układa się tak jak powinno, choć często niektóre zdarzenia są dla nas ciężkim przeżyciem, to jednak są niezbędnym przystankiem na drodze do lepszego i dziś między innymi o takich przypadkach chciałam napisać.

Wróćmy jednak do daty czternastego lutego. Jak wiadomo Walentynki. Szczerze powiedziawszy obchodziłam ten dzień jedynie za czasów szkolnych, gdy wielką zabawa było naklejanie chłopakom serduszek na plecach, przesyłanie sekretnych liścików itp. Później z niewiadomych przyczyn znienawidziłam ten dzień. Mam pewne podejrzenia dlaczego, ale jeszcze nie jestem ich do końca pewna, więc nie będę o tym pisać. Zaczęłam ostentacyjnie wypierać Walentynki, twierdząc, że my mamy swoją Noc Kupały i to jest nasze Święto Zakochanych i to właśnie je powinniśmy obchodzić, a nie na siłę jakąś modę zza oceanu. Jednak tamtego roku porozmawiałam ze znajomą mieszkającą na stałe w Stanach i zapytałam jak tam wygląda to święto. Czy tez jest takie komercyjne jak u nas. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że tylko w Polsce Walentynki obchodzi się jako święto zakochanych, czyli jedynie stosunków partnerskich, damsko-męskich. Za oceanem ten dzień traktuje się jako okazję, że powiedzieć bliskim osobom jak wiele znaczą w naszym życiu, że cieszymy się, że są w nim obecne. I tak dzieci dają rodzicom laurki, przyjaciołom mówi się, że są dla nas ważni. Takie świętowanie Walentynek bardzo przypadło mi do gustu. Gdy obudziłam się czternastego lutego postanowiłam napisać do wszystkich osób, które były ważne dla mnie w poprzednim roku, dzięki którym, jak uważałam wówczas, mogłam pójść o krok dalej. I tak też zrobiłam. Podziękowałam przede wszystkim znajomemu, od którego po raz pierwszy usłyszałam o miłości do samego siebie, jako o najważniejszej rzeczy w życiu. Choć patrząc teraz z perspektywy czasu, wówczas jeszcze nie do końca rozumiałam tę ideę, ale dzięki znajomemu kierowałam w dobrą stronę i w konsekwencji w końcu pokochałam samą siebie, taką jaka jestem, ale to wydarzyło się później. Po napisaniu wiadomości do wszystkich ważnych dla mnie osób, przyszedł czas na pewną refleksję. Była w moim życiu pewna osoba, z którą dobrze się czułam, która też po trosze pomogła mi w ukształtowaniu siebie i lepszym podejściu do życia, jednak parę miesięcy wcześniej poprzez zbieg różnych dziwnych wydarzeń zawodowych, weszła między nas bardzo zła atmosfera i w konsekwencji przestaliśmy się do siebie odzywać… Żałowałam bardzo tej znajomości. Nie chciałam, żeby się ona kończyła i na pewno nie w taki sposób. Zbierałam się do tej wiadomości długo, ale stwierdziłam, że ta znajomość jest warta walki o nią. Poza tym tak naprawdę znałam tylko mój punkt widzenia w różnych sytuacjach, a nie wiedziałam jak widziała to wszystko ta druga strona. Przecież wiele rzeczy mogło się stać nie z niczyjej winy. Postanowiłam więc pozostawić przeszłość za sobą i wyciągnąć rękę jako pierwsza. I to okazało się bardzo dobrym pomysłem. Ta druga strona też chciała się do mnie odezwać, tylko nie wiedziała jak. Naprawdę warto czasem włożyć dumę do kieszeni, wyciągnąć rękę na zgodę i napisać od siebie kilka szczerych, miłych słów. Teraz nasza znajomość trwa dalej w najlepsze. Nadal nadajemy na tych samych falach i dobrze się rozumiemy. A gdyby nie Walentynki, pewnie dalej każdy by siedział w swoim świecie bojąc się odezwać, bo nie wiadomo jak ta druga strona zareaguje. Postanowiłam, że już zawsze będę mówić bliskim mi osobom, że cieszę się, że są w moim życiu i nie będę bała się zostawiać przeszłości za sobą, bez rozdrapywania. Ważniejsze jest Tu i Teraz, niż to co było wcześniej. I będę pamiętać, że ja mogę całkiem inaczej widzieć daną sytuację niż ta druga osoba Każdy ma inny kąt patrzenia, odczuwania. Trzeba go szanować i nie analizować wszystkiego tylko przez pryzmat własnych doświadczeń.

Te walentynkowe wiadomości rozpoczęły piękny okres w moim życiu, w którym tak naprawdę zostały tylko te osoby, które miały zostać, a pozostałe mające nieczyste intencje zaczęły w dziwny sposób znikać. Dziwnym zbiegiem okoliczności te osoby, które od razu odpisały na moje wiadomości w pozytywny sposób, do tego czasu są przy mnie i są mi naprawdę bliskie. Osoby, które w ogóle nie zareagowały, już w żaden sposób nie uczestniczą w moim życiu i to nie dlatego, że ja je wyrzuciłam. Zrządzeniem pewnych przypadków (wiecie, że według mnie nic nie dzieje się bez przyczyny 🙂 ) nasze drogi się całkowicie rozeszły, a ja też przejrzałam na oczy i zrozumiałam, że te znajomości rzeczywiście nie były warte kontynuowania. To ja sama nadałam im bardzo wysoką rangę, choć takie wcale nie były. Tylko chciałam, żeby je takimi widzieć, więc przez długi czas raczej hodowałam sobie wyobrażenie o tych znajomościach, nie dostrzegając rzeczywistości. Jednak nie jestem na te osoby w ogóle zła, nie mam do nich żalu. Raczej jestem teraz wdzięczna za wszystkie wspomnienia, wspaniałe przeżycia. Za to, że były przez pewien czas dużą częścią mojego życia i wtedy było mi to bardzo potrzebne. Jednak ja poszłam do przodu i mam inne potrzeby. Dlatego też rozdział musiał zostać zamknięty, ale to nie znaczy, że nie zdarza mi się wspominać tych znajomości z uśmiechem na ustach, bo kiedyś były rzeczywiście dla mnie bardzo ważne.

Mniej więcej miesiąc później szczerze mówiąc byłam przemęczona, przepracowana, lecz jakby starałam się tego nie dostrzegać, myśląc cały czas, że jeszcze chwila i już będzie spokojniej, odpocznę. Jednak jak mi życie już nie raz pokazało, że jeśli sama nie mogę się zdecydować na zwolnienie obrotów to ono zwolni je za mnie. Pewnego dnia w pracy zrobiła się niemała afera, która wybuchła całkowicie nie z mojej winy, jednak wszystko zostało zrzucone na mnie. Zaczęłam się wtedy naprawdę poważnie zastanawiać czy to mi jest naprawdę potrzebne w życiu. Dlaczego mam odpowiadać za czyjeś błędy, poświęcać dla kogoś moje nerwy, moje zdrowie, które tak pieczołowicie próbuję odzyskać. Zastanawiałam się w jaki sposób mogę się z tego wywinąć. Nie miałam pojęcia jak zrobić to spokojnie, delikatnie, bez niepotrzebnych kłótni i konfliktów. Nie widziałam takiego rozwiązania. Położyłam się więc spać z nadzieją, że nowy dzień może coś przyniesie. Obudziłam się rano z potwornym bólem kręgosłupa. Dokładnie takim samym jaki miałam tuż po wypadku, gdy leżałam na asfalcie i nie mogłam się ruszyć. Tym razem też zwleczenie się z łóżka graniczyło z cudem, a ból wyciskał łzy z oczu. Przestraszyłam się nie na żarty. Zrozumiałam przesłanie mojego ciała, które krzyczało całym sobą: ZWOLNIJ!!! Zrozumiałam, że ta praca, to absolutnie nie miejsce dla mnie. Że jeśli czegoś nie zrobię, to znów życie mnie zmusi do zwolnienia obrotów. Byłam przerażona. Nie chciałam, żeby po raz drugi wjechał we mnie samochód, żeby mnie zmusić do odpoczynku. Przyparta do muru przez własny organizm zrobiłam to co powinnam zrobić już dużo wcześniej. Godzinę później już nie pracowałam w tej firmie. Nie spodziewałam się, że poczuję tak wielką ulgę. Jednak jak się okazało wyplątanie się z tych pętów wcale nie było tak proste, przecież nadal mieszkałam w pracowniczym mieszkaniu…

Dodaj komentarz