159240834786271

Coraz więcej zaczęło dochodzić do mnie informacji na temat tego, że osoby z chorobami autoimmunologicznymi mają większy problem z oczyszczaniem organizmu. Łatwiej w ich ciele akumulują się toksyny, a trudniej jest je usunąć. I właśnie te toksyny, metale ciężkie, chemia z pożywienia, które spożywamy, czy ta wszechobecna chemia wokół nas sprawia, że choroby auto są bardziej dokuczliwe. Już rok wcześniej zdecydowałam się na jeżdżenie i chodzenie po Krakowie w specjalnej masce przeciwpyłowej. Temat smogu krakowskiego myślę, że jest wszystkim dobrze znany, ale tak naprawdę mało kto coś robi w tej sprawie, wszyscy tylko chodzą i narzekają, że mamy zanieczyszczone powietrze i należałoby się stąd wyprowadzić. Gdy zaczęłam zgłębiać temat, okazało się, że wdychane wraz z powietrzem zanieczyszczenie jest bardziej dla nas szkodliwe niż mogłam się spodziewać. Wiele nie myśląc zamówiłam maseczkę. Na początku taką zwykłą, jednorazową, tzn. starczyła mi na około 3 tygodnie jeżdżenia po Krakowie. Dopiero później zdecydowałam się na zakup bardziej profesjonalnej, ciekawie wyglądającej, kolorowe maski z wymiennymi filtrami. Jeżdżąc w niej na rowerze, czy chodząc po ulicach słyszałam wiele niewybrednych komentarzy, uwag, zaczepek. Zawsze było to dla mnie nie do pojęcia. Wszyscy narzekają, że jest źle, a jak ktoś coś z tym robi, to już nie jest to powszechnie akceptowalne… bodajże dopiero w zeszłym roku ludzie zaczęli mnie zaczepiać na ulicy, ale nie po to, żeby mi dokuczyć, ale żeby się zapytać, gdzie kupiłam maskę, jak się w niej oddycha, czy to coś daje itp. Mam wielką nadzieję, że w tym roku będzie jeszcze lepiej, że jeszcze więcej Krakowian przekona się do dbania o swoje zdrowie i więcej osób będzie nosić maseczki. W końcu właśnie zaczyna się sezon grzewczy.

„Śmierć zaczyna się w jelitach. Leczenie postem”.

Jednak wróćmy do oczyszczania organizmu. Wpadła mi w ręce świetna książka „Śmierć zaczyna się w jelitach. Leczenie postem”. Przeczytałam w niej o dolegliwościach, które mnie dotykały i o tym, że można je wyleczyć postem. Nie zdecydowałabym się nigdy na przeprowadzenie bez nadzoru lekarskiego postu, dlatego też postanowiłam na początek przejść na dietę Dąbrowskiej, którą też nazywa się czasem postem warzywny. Pomimo, że ta dieta powinna trwać 42 dni, na pierwszy raz zaplanowałam dwutygodniowe oczyszczanie tym sposobem. W tym czasie mogłam jeść jedynie warzywa, wyłączając ziemniaki, bataty i rośliny strączkowe), niektóre owoce, takie jak cytrusy czy jabłka. Wszystko to bez tłuszczu. Nie wolno też pić kawy, ani herbaty i chyba to było dla mnie najtrudniejsze. Ogólnie, żeby ta dieta miała sens i była rzeczywiście postem dla organizmu nie wolno przekroczyć 800kcal.

Zaczęłam w niedzielę, gdyż miałam ją praktycznie całą wolną, jedynie prowadziłam rano jeden trening. Gdy przyjechałam rano na siłownię pierwsze słowa recepcjonistki brzmiały „nie spałaś dziś? Nie wyglądasz najlepiej”. Okazało się, że tak wyglądam bez tradycyjnego rozpoczęcia dnia, czyli kawy i jajek na śniadanie. Ten dzień był w całości bardzo trudny, nagle przestawić organizm na dużo mniejszą ilość pożywienia i do tego czułam, że organizm już zaczyna się oczyszczać. Cały dzień strasznie mnie bolała głowa i większość czasu przespałam. Cieszyłam się, że na pierwszy dzień wybrałam taki luźny dzień. W poniedziałek było już lepiej, ale nadal niekoniecznie dobrze. Ogólnie pierwsze trzy dni cierpiałam, ale z każdym dniem było coraz lepiej. Głowa odpuszczała, organizm zaczynał się przyzwyczajać do mniejszej liczby kalorii i braku kawy oraz pożywnych produktów. Odpuściłam przez ten czas moje osobiste treningi, starałam się też jak najmniej ćwiczyć na prowadzonych przeze mnie zajęciach fitness, żeby nie obciążać organizmu, który w tym czasie się oczyszczał, a nie odżywiał. Jednak miałam wrażenie, że z każdym dniem mam coraz więcej energii. Szóstego dnia nie wytrzymałam i na naprawdę wysiłkowych zajęciach ćwiczyłam równo z innymi. Czułam, że mogę wszystko i energia mnie wprost rozpiera, nie mogłam usiedzieć w miejscu pomimo że przecież prawie nic nie jadłam. Każdego dnia czułam się coraz lepiej. Jednak po około tygodniu moje samopoczucie i odczuwalne objawy zostały na tym samym poziomie. Miałam wówczas wrażenie, że lepiej już nie będzie. Dlatego też dotrwałam do 10 dnia i na tym zakończyłam pierwszą przygodę z postem Dąbrowskiej.

W tym miejscu wypada wspomnieć o jednej ważnej rzeczy, która miała miejsce podczas przeprowadzania postu. Zawsze miałam straszne problemy, że tak ładnie nazwę, kobiece. PMS miałam praktycznie na dwa tygodnie przed okresem. Wtedy nasilały się wszystkie moje problemy: zawroty głowy, wymioty, kłujący, ciągnący ból w podbrzuszu i w lędźwiach. Do tego jeszcze straszne huśtawki nastroju, najchętniej na każdego rzuciłabym się wtedy z siekierą. Moja agresja sięgała zenitu. A jak już okres przychodził to był armagedon przez pierwsze dwa dni. Nie było szans, żebym w tym czasie normalnie funkcjonowała z tym niesamowitym bólem, migrenami i dosłownie słaniałam się na nogach. Jedyną rzecz, jaką mi lekarze zaproponowali były tabletki antykoncepcyjne, które rzeczywiście odpowiednio dobrane zniwelowały większość tych objawów. Mój lekarz kazał mi jednak raz na rok odstawiać tabletki na miesiąc-dwa, żeby przez ten czas organizm mógł normalnie funkcjonować. Jednak dla mnie to odstawienie było dramatyczne, czas wyjęty z życia, ponieważ wtedy wracały wszystkie objawy, a czasem nawet miała wrażenie, że z nasiloną siłą. Zawsze z wybawieniem czekałam na czas, kiedy będę mogła powrócić do tabletek. Na początku moich zmian jedzeniowych nastąpiła miesięczna przerwa od hormonów. Bardzo źle wspominam ten miesiąc. Aż trafiłam do lekarza, gdyż dosłownie ledwie stałam na nogach i nie byłam w stanie normalnie pracować i żyć. Po tej przerwie broniłam się rękami i nogami, żeby już nie musieć robić kolejnej, gdyż miałam wrażenie, że jej już nie przeżyję. Dlatego też, gdy usłyszałam po półtorej roku, że czy chcę czy nie muszę znów odstawić choć na miesiąc postanowiłam, że zrobię to w momencie robienia postu. Jak już się źle czuć to na całego. I stał się cud. Okazało się, że praktycznie nie poczułam, kiedy dostałam okres. I owszem trochę bolało, ale to był tylko ułamek tego co normalnie przeżywałam. Stwierdziłam, że w taki sposób to ja mogłabym żyć. Jednak mimo wszystko miałam opory przeciwko odstawieniu leków na stałe. Bałam się, że to tylko chwilowa poprawa podczas postu, że to nie jest zmiana na stałe. Dlatego też póki co wróciłam do tabletek. Lecz jak się okazało już nie na długo…

Dodaj komentarz