159240834786271

Jeszcze w poprzednim roku stanęłam przed trudną decyzją. Poprzez naukę na kierunku Terapie Naturalne zostałam zarażona fascynacją wschodnim podejściem do człowieka i wszystkiego co nas otacza. Medycyna chińska wydawała mi się taka oczywista i naturalna. Im więcej wiedziałam, szczególnie na temat wschodniego podejścia do dietetyki tym bardziej mnie ciągnęło w tamtą stronę. Postanowiłam więc pójść o krok dalej i zacząć się kształcić stricte w zakresie TCM (Tradycyjna Medycyna Chińska). Rozpoczęłam, więc intensywnie szukać szkoły, w której mogłabym rozpocząć naukę. Na moje szczęście okazało się, że mamy całkiem niezłą placówkę w Krakowie. Po długiej rozmowie z dyrektorem szkoły byłam już pewna, że to jest to miejsce, którego szukałam. Decyzja niby była oczywista, ale po pierwsze musiałam zrezygnować z innych rzeczy, żeby mieć wolne weekendy na zjazdy, po drugie szkoła nie należy do najtańszych, a miałam w planach w końcu zacząć coś odkładać na własne mieszkanie, o którym marzyłam… Nie było łatwo, ale jednak zadecydowałam, że potrzebuję tej wiedzy. Zresztą mogłam w każdym momencie zrezygnować, gdybym jednak uznała, że to nie jest to. A odnośnie mieszkania postanowiłam grać w Toto Lotka :). Zajęcia w szkole rozpoczęłam od dietetyki wg TMC i już od pierwszego dnia wiedziałam, że trafiłam dokładnie tam, gdzie trzeba.

Chłonęłam wiedzę całą sobą i na ile umiałam wykorzystywałam ją od razu w pracy układając jadłospisy dla podopiecznych. Dopiero podczas trzeciego zjazdu z dietetyki dostałam jakby obuchem w łeb: dlaczego ja stosuję uzyskaną wiedzę jedynie dla innych, a sama u siebie w swoim żywieniu nic nie zmieniam?? Owszem wprowadziłam już kasze i ryż, więc miałam większe pole w zakresie węglowodanów. Jednak cały czas codziennie jadłam mięso. Szczególnie uwielbiałam kiełbasę. Kupowałam ją bezpośrednio od wytwórców i miałam pewność, że jest w niej głównie mięso. Mając tę kiełbasę nie potrzebowałam jeść słodyczy, dzięki niej w końcu je odrzuciłam. Śmiałam się, że jak mam ochotę na coś dobrego to biorę w jedną rękę marchewkę, w drugą kiełbasę i już jestem szczęśliwa. Była to moja ukochana przekąska przez ostatnie miesiące, jeśli nie przez ostatni rok. Potrafiłam 1,5kg bez problemu zjeść w dwa dni. Specjalnie się tym nie przejmowałam, bo przecież kiełbasa była naturalna, bez żadnych ulepszaczy czy chemii. Uważałam, że to samo zdrowie. I nagle na zajęciach z dietetyki uświadomiłam sobie, co mięso robi w moim organizmie. Nie będę tu wchodzić w szczegóły, bo musiałabym wyłożyć podstawy medycyny chińskiej, żeby było to zrozumiałe, a nie ma tu na to miejsca. Przecież moje wzorce patologii, aż proszą się o wegetarianizm, przynajmniej na jakiś czas, a potem spożywanie mięsa w mniejszej ilości czyli 2-3 razy w tygodniu. Przeraziła mnie myśl, co ja zrobiłam mojemu ciału wchodząc na AIP, gdzie przecież jadłam mięso przynajmniej 2 razy dziennie, a powinnam je jeść nie częściej niż 2 razy w tygodniu… Dopiero gdy zaczęłam rozumieć dokładniej fizjologie wg TMC wiedziałam, że w moim przypadku AIP to był dosłownie gwóźdź do trumny, że tylko mocno pogorszył mój stan zdrowia i nic dziwnego, że mój organizm się buntował, nie chciał już więcej takiego jedzenia, a ja na siłę trwałam w tym przez 3 miesiące. Nie dziwne, że wpadłam w depresję, skoro całą sobą krzyczałam, że nie chcę tak jeść, że to mi szkodzi, ale ja uparcie wpychałam dalej to wszystko w siebie, często dosłownie na siłę, wierząc ślepo, że to mi pomoże. Organizm próbował ze wszystkich sił pokazać mi, że nie tędy droga, a ja go zignorowałam. Dopiero wówczas na zajęciach z dietetyki odkryłam jakie moje ciało jest mądre. Ono lepiej wiedziało czego potrzebuję, a co mi szkodzi niż mój uparty mózg, który miał mocne klapki na oczach. Postanowiłam wówczas, że już będę słuchać siebie i sygnałów płynących z organizmu, a nie zawierzać innym, że wiedzą lepiej co będzie dla mnie dobre.

Dodatkowo na zajęciach z dietetyki dowiedziałam się, dlaczego aż tak bardzo ciągnęło mnie do tej kiełbasy, szczególnie po odrzuceniu słodkiego. Niestety kiełbasa działała na mój organizm dokładnie tak samo jak słodkie, szczególnie tak samo jak czekolada. Wiem, że może się to wydawać dziwne, bo w jaki sposób tłuste naturalne białko może oddziaływać dokładnie tak samo jak przetworzone tłuszcze z dużą ilością cukru. I tu ukłon w stronę wschodniego wzorca myślenia, które patrzy bardziej na całość. Nie na poszczególne składniki, ale na tak zwaną termikę produktu i jego smak, a dzięki temu wiadomo co dany produkt zrobi w naszym organizmie i w jakich sytuacjach będzie wskazany, a w jakich będzie szkodził. Jeśli ktoś będzie ciekaw bliższych wyjaśnień to pytacie osobiście na wizytach, zajęciach, treningach czy wykładach. Z miłą chęcią spróbuję Wam to wytłumaczyć.

Po tych przemyśleniach jeszcze siedząc na sali podczas zajęć podjęłam decyzję: na dwa miesiące przechodzę na wegetarianizm, a potem wrócę do mięsa, ale w bardzo ograniczonej ilości. Była to bardzo trudna decyzja, szczególnie jeśli chodzi o tę nieszczęsną kiełbasę. Nie wiedziałam, czy będę w stanie bez niej funkcjonować. Poza tym oznaczało to, że miałam wrócić do jedzenia strączków, bo przecież musiałam jakoś dostarczać białko. I wtedy przyszła mi do głowy myśl, która mnie trzymała przy życiu podczas tych dwóch miesięcy wegetarianizmu. Mniej więcej taki okres dzielił mnie od Świąt Wielkanocnych. Postanowiłam, że skoro będę jeść strączki, to na święta zrobię sobie fasolkę po bretońsku, której nie jadłam całe lata. Nakupię wtedy do tej potrawy mojej ukochanej kiełbasy, boczku i to będzie moja nagroda za życie bez mięsa, a po świętach będę je jadła w bardzo ograniczonej ilości, ale jednak będę. Tak więc zaczęłam być wegetarianką, przynajmniej chwilowo. Pamiętam jak wszyscy wokół się dziwili, że wcześniej jadłam samo mięcho, a teraz nagle je odrzuciłam, a mi nie było tak prosto wytłumaczyć dlaczego. Jednak okazało się, że czułam się lepiej. Coraz lepiej. Nawet spróbowałam sera owczego i koziego i okazało się, że w rozsądnych ilościach mogę je spożywać, nie szkodzą mi. To było coś cudownego wrócić do nabiału po takim czasie. Pamiętam jak kupiłam sobie jogurt kozi i na początku w ogóle nie miałam pomysłu z czym go zjeść. Tak dawno nie jadłam jogurtu, że zapomniałam jak i z czym :).

Okazało się, że te dwa miesiące wcale nie były takie ciężkie pod kątem żywieniowym, jak mi się wydawało. Prawie bez problemu je przetrwałam, ale cały czas miałam w myślach tę moją nagrodę: fasolkę po bretońsku. Zbliżały się już wielkimi krokami święta, więc postanowiłam w końcu iść i zakupić w moim sprawdzonym miejscu tak bardzo wyczekiwane kiełbasę i boczek. Jednak gdy podeszłam do lady stało się coś zupełnie nieoczekiwanego…

Dodaj komentarz