159240834786271

Po świętach nastał czas kolejnych zmian. Najpierw, jeszcze w grudniu dowiedziałam się, że przy chorobach autoimmunologicznych nie powinno się jeść roślin strączkowych. Myślę, że to była zmiana, która przeszła u mnie najmniej burzliwie. Nie opierałam się. Po prostu oddałam bez żalu koleżance moje zapasy cieciorki i już więcej jej nie jadłam, tak jak i wszelkich innych strączkowych. Może trochę mi było żal fasolki po bretońsku, ale stwierdziła, że to nie jest wielki problem, bo i tak jadałam ją raz do roku.

W połowie stycznia wyprawiłam huczne obchody 10lecia prowadzenia przeze mnie zajęć fitness. To były niesamowite dwa dni (maraton fitness i wielka impreza). Miałam okazję spędzić je z wieloma osobami, które przez te dziesięć lat ćwiczyły ze mną. Zapowiedziałam wcześniej, że na imprezę należy przynieść ze sobą coś do jedzenia lub picia, koniecznie bez pszenicy. O dziwo wszyscy dostosowali się do zaleceń: były sałatki, owoce czy nawet ogórki kiszone :), Mi udało się zrobić pierwszy w życiu tort bez pszenicy. Pamiętny tort czekoladowy, jak zwykle wyjadany przez wszystkich łyżeczkami z tortownicy. Okazało się, że nikt nie negował tego, że zaczęłam jeść inaczej, nikt nie dopytywał dlaczego teraz tak jem. Po raz pierwszy poczułam pełną akceptację mojej decyzji przez otoczenie. Myślę, że wówczas było mi to bardzo potrzebne. Tego wieczoru, tej imprezy bawiłam się jak nigdy w życiu. Poczułam się zaakceptowana, szczęśliwa, w otoczeniu ludzi, którzy mi dobrze życzą. To była naprawdę niesamowita noc, której nie nigdy nie zapomnę, a raczej uczucia, które wtedy mnie ogarniało. Niby nie potrzebowałam innych ludzi do szczęścia, ale fakt, że było wokół mnie tyle osób, które przyszły tam tylko z mojego powodu. Ludzi, którzy dobrze mi życzyli i okazywali to na każdym kroku, jest wprost nie opisania. Tamtego wydarzenia i wszystkiego co z nim związane, tych wszystkich emocji i uczuć chyba nic, nigdy nie zdoła przebić.

Dziś w wielu miejscach można się dowiedzieć, że osoby z chorobami autoimmunologicznymi nie powinny jeść glutenu, nabiału i roślin strączkowych. Wtedy nie było to takie oczywiste. Te wieści przychodziły do mnie stopniowo. A może to i dobrze, bo mogłam powoli krok po kroku wprowadzać kolejne zmiany w moim jadłospisie. Nie działo się wszystko na raz. Tak więc niedługo po mojej imprezie dowiedziałam się, że powinnam odrzucić nabiał i cały gluten. Postanowiłam rozpocząć od nabiału, gdyż wydawało mi się, że ten krok będzie łatwiejszy, choć kiedyś potrafiłam się zajadać tylko jogurtami. W dodatku przede wszystkim smakowymi. Jednak wówczas nabiał starałam się jeść tylko naturalny, nie częściej niż raz dziennie, ale i tak to rozstanie było bolesne. Pamiętam jak dziś moją ostatnią wieczerze… przygotowałam sobie na nią smażony ser Camembert. Jadłam go powoli z namaszczeniem i świadomością, że to ostatni kawałek nabiału jaki jem w moim życiu…

Natomiast odrzucenie glutenu zaplanowałam na czas po moim ukochanym święcie czyli Tłustym Czwartku. Co roku w ten dzień jadłam tylko i wyłącznie pączki. Żal mi było zjadać cokolwiek innego, a pączki zawsze wprost uwielbiałam. Bez najmniejszego problemu potrafiłam zjeść jednego dnia i piętnaście sztuk. Nigdy nie zapomnę pewnego Tłustego Czwartku, w który akurat wyjeżdżaliśmy z chórem na warsztaty. Zakupiłam trochę pączków, żebym miała prowiant na drogę i nie tylko. Okazało się jednak, że mam za mały plecak i sześć sztuk się do niego nie zmieściło. Ale co to dla mnie sześć pączków, idealna porcja na śniadanie. Zrobiłam więc sobie kawę, zabrałam łakocie i usiadłam na łóżku w celu delektowania się ich smakiem. Dziwnym zbiegiem okoliczności po zjedzeniu ostatniego pączka łóżko się załamało. Połamały się w nim deski. Tak więc był to już pierwszy znak, że nadmiar glutenu mi szkodzi 🙂 , ale wtedy go zignorowałam. Jedynie się uśmiałam i potraktowałam to wydarzenie jako fajną anegdotkę do opowiadania. Parę lat później stanęłam przed dylematem jak zrobić pączki bez pszenicy… na szczęście udało się znaleźć przepisy. Część usmażyłam, część upiekłam w piekarniku. Pamiętam, że było ich strasznie dużo, ale dla mnie nie było to żadnych wyzwaniem. Mogłam się do woli cały dzień napawać tym ostatnim glutenowym dniem…

Dieta Paleo zagościła w moim życiu

I tak przeszłam na paleo. Może nie takie całkiem czyste, bo zdarzało mi się jadać bezglutenowe kasze, ale nie na co dzień. Byłam święcie przekonana, że zrobiłam wszystko co mogłam, żeby moje autoimmunologie odeszły na zawsze, że już mogę o nich na dobre zapomnieć. Nie przypuszczałam, że kolejne dwie choroby szaleją w moim ciele i niekoniecznie mają ochotę tak szybko się poddać. Jednak ja czułam się coraz lepiej. Zapomniałam w ogóle o bólu głowy, o migrenach, bóle stawów się zmniejszyły. Po raz pierwszy na wiosnę nie cierpiałam tak jak zawsze z powodu zmieniającej się cały czas pogody. Owszem odczuwałam to, ale nie można było tego w żaden sposób porównać do tego, co było jeszcze rok wcześniej. Wówczas miałam wrażenie, że jestem już całkowicie uleczona. Przypałętało się jednak znowu zapalenie krtani… jedyna choroba, która mnie dotykała przynajmniej raz w roku. Od podstawówki w ogóle nie chorowałam, żadnej grypy czy przeziębienia. Jedynie regularne problemy z krtanią. Kilka lat wcześniej doznałam ich tak dotkliwie, że w końcu wylądowałam u laryngologa i finalnie u foniatry. Okazało się, że mam guzki na strunach głosowych. To był dla mnie szok i wielka obawa co dalej. Prowadziłam zajęcia fitness, wykładałam na uczelni, śpiewałam w chórze. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym z tego wszystkiego zrezygnować. Na szczęście trafiłam do bardzo mądrego foniatry. Oczywiście jak to w Polsce bywa dostałam do niego termin na NFZ za pół roku… na szczęście udało mi się do niego dostać prywatnie. Gdy usłyszał o moich problemach zgodził się mnie przyjąć już następnego dnia, po godzinach. Dokładnie mnie przebadał. Nawet wpuścił mi do gardła kamerę i obserwował jak zachowują się moje struny. Sprawdzał też jakie dźwięki są najbardziej naturalne dla mnie, a jakie szkodzą mojej krtani. Ku mojej wielkiej uciesze dostałam potwierdzenie na piśmie, że jestem altem i absolutnie nie wolno mi śpiewać wysokich dźwięków, których wprost nie znosiłam. Nie dostałam żadnych leków. Jedynie zalecenia co do diety, emisji głosu (miałam ją dobrą, gdy pracowałam, śpiewałam, ale okazało się, że zapominam o niej na co dzień, a że na pewno nie jestem małomównym człowiekiem, to miało duży wpływ na moje struny), no i bezwzględny nakaz przez przynajmniej dwa tygodnie zarzucenia wszelkich aktywności głosowej. Postanowiłam, że najłatwiej mi to będzie zrobić w okresie świątecznonoworocznym, kiedy mogę sobie pozwolić na taki okres wolnego czasu. Był to trudny okres, kiedy miałam się odzywać jak najmniej, ale na szczęście jakimś cudem go przeżyłam. Gdy trafiłam na kontrolę do lekarza za pół roku (na ten pierwotny termin z NFZ), okazało się, że guzków już nie mam. Dostałam jedynie wyznaczniki co mam robić, żeby się więcej nie pojawiły. I rzeczywiście guzków już więcej nie miałam, ale regularne zapalenia krtani niestety zostały…

I tak około półtora miesiąca po odrzuceniu glutenu znów dopadło mnie zapalenie krtani. Nawet nie szłam już z tym do lekarza, bo wiedziałam dokładnie, że żadne leki nie pomogą. Te problemy po prostu przychodziły i odchodziły same Jedyne co mogłam wtedy zrobić to oszczędzać głos. Dlaczego tak dokładnie pamiętam, że wtedy zachorowałam? Bo poszłam wówczas na pewne ważne spotkanie, które było kolejnym krokiem w mojej diagnostyce i pamiętam doskonale, że na tym spotkaniu miałam problemy z mówieniem. A może to i lepiej, bo mogłam na spokojnie wysłuchać wszystkich wokół? Było to bezglutenowe spotkanie przy kawie organizowane przez Polskie Stowarzyszenie Osób z Celiakią i na Diecie Bezglutenowej. Nie sądziłam, że takie niewinne spotkanie, na które trafiłam całkiem przypadkiem wniesie tyle zamętu do mojego życia.

Dodaj komentarz