159240834786271

Bez pszenicy i mleka czułam się naprawdę dobrze. Nawet parę kilo poleciało w dół przy okazji. Na co dzień nie było większego problemu z takim odżywianiem. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu całkiem szybko i sprawnie się zaszły zmiany w kuchni. Nie miałam ochoty po tym miesiącu już wracać do zakazanych produktów. Zdrowie i dobre samopoczucie było ważniejsze. Wszędzie nosiłam ze sobą pojemniki z jedzeniem, pokochałam czarną kawę, do owsianki dodawałam maślanki. Owszem większość produktów w sklepach zawierała składniki, których nie mogłam jeść, ale dzięki temu poznałam nowe smaki. Pamiętam, gdy pierwszy raz zrobiłam ciasto z fasoli, okazało się, że można zjeść słodko i zdrowo. Nawet podczas imprezy z okazji 10lecia chóru, w którym śpiewałam nie zjadłam tortu, a na wszystkich poprzednich urodzinach wcinałam kilka porcji tych smakowitości. Po raz pierwszy w życiu kupiłam też boczek i o dziwo ze smakiem go zjadłam. Zaczęłam też odkrywać nowe produkty: olej kokosowy, mleko kokosowe, najlepiej zrobione samemu z wiórków. Okazało się, że po odrzuceniu pszenicy już tłuszcz mi nie szkodzi. Byłam w stanie zjeść tak po prostu sam boczek czy łyżkę oleju. Coś co jeszcze chwilę wcześniej skończyło by się sprintem do wc. Czyli tak naprawdę to nie tłuszcz mi szkodził, tylko właśnie pszenica i to nietolerancja na nią objawiała się w dziwny sposób, bo m.in. nietolerancją na tłuszcz. Cały czas też kombinowałam co zrobić, żeby jadać moje ukochane mączne potrawy. Najlepiej nadawał się orkisz, ale okazało się, że to przecież też jest pszenica… więc zaczęłam eksperymentować przede wszystkim z mąką żytnią i gryczaną. Wówczas jeszcze za nic nie chciałam odpuścić mącznych rzeczy, cały czas wymyślałam bezpszeniczne zamienniki.

Święta bez pszenicy

Jednak największy sprawdzian przyszedł w Święta Bożego Narodzenia, czyli wszystkie ciasta, słodkości, pierogi, uszka… Moje pierwsze Święta Bez Pszenicy. Okazało się, że większość potraw muszę przygotować osobno. Po raz pierwszy zdarzyło się więc, że przygotowywałam potrawy świąteczne tylko dla mnie, że cała reszta rodziny jadła zupełnie coś innego. Udało mi się na szczęście wygrzebać w internecie przepis na żytnie pierniczki, sernik bez ciasta, czy bezpszenne uszka (już nawet nie pamiętam z jakiej mąki je robiłam). Zapakowałam więc wszystkie moje potrawy i pojechałam najpierw na wigilię do brata, potem w drugi dzień świąt do domu rodzinnego. Nie zapomnę tego zdziwienia, że przyjeżdżam z własnym jedzeniem i nic innego nie chcę włoży do ust. Ciągłe tłumaczenie dlaczego tak wydziwiam „przecież całe życie jadłaś i nic Ci nie było”. Miałam wrażenie, że chyba nikt nic nie wiedział o moich wcześniejszych uciążliwych problemach lub bardzo szybko zapomnieli, że je miałam. Jednak wydaje mi się, że chyba wszyscy przechodzący na dietę eliminacyjną słyszą takie rzeczy od znajomych czy rodziny. Wtedy jeszcze zażarcie wszystkim tłumaczyłam, wałkowałam wciąż w kółko, że tak czuję się lepiej. Jednak to nic nie pomagało. Dziś już nie chce mi się nikomu tłumaczyć dlaczego jem tak jak jem, co mi się stanie jak zjem coś co mi szkodzi. I myślę, że już wszyscy się do tego przyzwyczaili, że ja zawsze i wszędzie jestem ze swoimi pojemnikami i generalnie mnie się niczym nie częstuje, bo i tak odmówię, bo nie znam składu.

Jednak wróćmy jeszcze do tych świąt, gdyż wtedy stało się coś dla mnie niezwykłego. Przyznaję to szczerze i otwarcie: od wielu, wielu lat nie trawię Świąt Bożego Narodzenia. Wiem, że większość uwielbia tę atmosferę, tę magię itp. Ja tego nie czuję. Wolę, żeby żyć w zgodzie przez cały rok, a nie tylko przez te parę dni. Zresztą nic na siłę. Tak czy tak zawsze święta w całości spędzałam w domu rodzinnym. Zazwyczaj jak w większości polskich domów jadło się, oglądało telewizję i spało, w przerwach jeżdżąc do rodziny w odwiedziny, gdzie się znowu jadło. Męczyło mnie takie spędzanie czasu. Teraz uważam, że to nie był przypadek, że moje pierwsze Święta Bez Pszenicy były pierwszymi świętami kiedy powiedziałam „Dość. Ja bardzo lubię swoje towarzystwo i chciałabym choć część świąt spędzić sama.” Tak też się stało. Wróciłam z kolacji wigilijnej do pustego mieszkania, no może nie całkiem pustego, bo czekał na mnie królik :). I wigilijny wieczór i cały następny dzień spędziłam sam na sam z sobą i Helikopterem (tak ma na imię mój królik, chyba jego imię będzie jedynym wymienionym w tej opowieści). Dopiero w drugi dzień świąt pojechałam do domu rodzinnego. Muszę przyznać, że to był cudowny czas. W końcu poczułam, że prawdziwie odpoczywam. Na początku położyłam się do łóżka z książką, kawą, całą blachą sernika i łyżeczką i nie wstawałam przez długi czas. Nikomu nie musiałam się tłumaczyć dlaczego wyjadam ciasto wprost z brytfanki i dlaczego pochłaniam je prawie w całości za jednym posiedzeniem. Potem pojechałam na rower, na rolki (wiem, że to był grudzień, ale było ciepło). Czułam się naprawdę szczęśliwa. Chyba naprawdę potrzebowałam oczyścić organizm z tego co mi najbardziej szkodziło, żeby móc w końcu postawić na swoim i na tyle oczyścić umysł, żeby nauczyć się odpoczywać. Tak prawdziwie odpoczywać, bez żadnych wyrzutów sumienia. I to nie dlatego, że jestem zmęczona, niewyspana, nie mam siły. Odpoczywać dlatego, że mogę, że mi się to należy. I móc odpoczywać tak jak mam na to ochotę. Wtedy po raz pierwszy przyznałam się sama przed sobą, że dobrze się czuję tylko w swoim towarzystwie. Zawsze zabiegałam o uwagę innych. Wydawało mi się, że po tym też ocenia się wartość człowieka: ile osób jest w jego otoczeniu, czy jest w związku, czy jest lubiany, ile czasu spędza z innymi ludźmi, jak często gdzieś wychodzi z innymi, jak często jest gdzieś zapraszany. Wydawało mi się, że to wielka porażka spędzać samotnie czas w domu, być samemu w święta czy na wyjeździe wakacyjnym. Wydawało mi się, że tak postępują tylko osoby odtrącone, nic nie warte, nie znajdujące miłości, przyjaźni. Że nie mają z kim spędzić tego czasu, że nikt ich nie chce, nikt nie lubi, nikt nie kocha. Są same, bez nikogo… W te święta w końcu zrozumiałam, że wcale tak nie jest. Naprawdę byłam szczęśliwa i zadowolona. Owszem, w wieczór wigilijny przyszło mi do głowy „a może nie przyznawać się komukolwiek, że spędzam ten wieczór i pierwszy dzień świąt sama. Pewnie wszyscy pomyślą, że jestem do niczego, że nikt mnie nie chce”. Tak więc jeszcze przez jakiś czas miałam tego typu opory, żeby się przyznać do takich rzeczy innym. Ale dla mnie w tamtym czasie najważniejsze było, że przyznałam to przed samą sobą i że nauczyłam się prawdziwie spędzać czas w swoim własnym towarzystwie. Choć niektórych rzeczy jeszcze wtedy nie byłam świadoma, jednak to był pierwszy malutki krok naprzód. Tak naprawdę doceniać własne towarzystwo nauczyłam się jakieś 2 lata później, ale o tym kiedy indziej.

Dodaj komentarz