159240834786271

Usłyszałam o 30dniowym wyzwaniu. 10 zasad żywieniowych dzięki którym można schudnąć i poprawić zdrowie. Stwierdziłam, że spróbuję. W końcu to tylko jeden miesiąc. Jednak po wysłuchaniu zasad miałam pewne wątpliwości czy dam radę… oto dwie zasady, które wzbudziły we mnie wówczas największe kontrowersje:

Bez pszenicy – jak żyć?

Bez pszenicy

Wiedziałam, że za pieczywem tęsknić nie będę, bo i tak niewiele go jadłam. Dodatkowo koleżanka piekła mi w razie potrzeby chleb żytni na zakwasie, więc tu nie upatrywałam żadnych problemów. Okazało się jednak, że prawie wszystko co najbardziej lubię zawiera pszenicę. Naleśniki, racuchy, makaron, pierogi ciasta… jak ja będę bez tego żyła? Dla mnie mięso wówczas mogło nie istnieć, bez warzyw może też bym sobie jakoś poradziła, ale wszelkie produkty mączne uwielbiałam od zawsze. Lubiłam na obiad zrobić naleśniki czy racuchy. I nawet nie przeszkadzał mi fakt, że zawsze po takich mącznych, smażonych potrawach było mi mocno niedobrze. Mimo wszystko je regularnie jadłam. Ta miłość była zbyt mocna, nie mogły nas rozdzielić takie błahostki jak zgaga czy wymioty. A tu nagle mam porzucić te moją miłość mojego życia i to na całe 30 dni. Musiałam się z tą decyzją przespać kilka nocy. Wreszcie doszłam do wniosku, że spróbuję przez ten miesiąc. A potem na pewno wrócę do dawnych nawyków. Przecież to tylko cztery tygodnie. Pomyślałam, że jakoś dam radę.

Bez mleka

I tu pojawił się drugi wielki problem. Jak wypić czarną kawę? Przecież żołądek mi nie wytrzyma. Moja babcia zawsze śmiała się, że ja pijam mleko z wodą, cukrem i małym dodatkiem kawy. I choć już od jakiegoś czasu po wypiciu kawy miałam problemy żołądkowe, nie wyobrażałam sobie życia bez niej. Nawet żebym mogła na co dzień w domu pić porządną kawę, kupiłam sobie na trzydziestkę dobrej jakości ekspres ciśnieniowy. Co prawda potem spłacałam go przez kilka miesięcy, ale zakup był tego wart. Jednak właśnie ze względu na moje problemy żołądkowe dodawałam do kawy mleko, żeby miała łagodniejszy wpływ na mnie. Nie wyobrażałam sobie jak mogę pić kawę bez mleka. Dlatego też podjęłam decyzję, żeby przez ten miesiąc nie pić kawy w ogóle. Przecież jakoś bez niego wytrzymam.

Postanowiłam, że jak zawsze, wszystkie diety rozpocznę od poniedziałku. I jak zawsze dzień wcześniej się objadłam zakazanych produktów, było nawet tiramisu :).

Poniedziałek, pierwszy dzień wyzwania przeszedł gładko. Problemy zaczęły się we wtorek. Nastąpiła nagła zmiana pogody, zrobiło się zimniej i deszczowo. Od zawsze byłam meteopatą i szczególnie na tego typu zmiany pogody od razu reagowałam bardzo złym samopoczuciem fizycznym i psychicznym. Często w takich momentach nie mogłam normalnie funkcjonować. Najlepszym antidotum była kawa, a ja postanowiłam przez ten miesiąc jej nie pić. Jednak czułam się na tyle źle, że zrobiłam sobie czarną kawę. Jakaż ona była niedobra. Męczyłam się przeogromnie, żeby ją wypić. Zrozumiałam, że mleko i cukier zagłuszały straszny smak tej kawy, że tak naprawdę piję jakieś wstrętne świństwo. Niewiele myśląc poleciałam do palarni kupić inną kawę. Była lepsza, ale nadal brakowało mi bardzo w niej mleka i cukru. Jednak stwierdziłam, że dla dobra mojego samopoczucia podczas wahań pogody będę piła czarą kawę, poświęcę się. Przyznam szczerze, że przez pierwsze mniej więcej trzy tygodnie dosłownie wykręcało mi twarz jak ją piłam i w żaden sposób nie można było tego nazwać przyjemnością. Lecz później nastąpiła zmiana. Zaczęłam odczuwać dlaczego czarna kawa przewyższa białą… po prostu smakuje i pachnie kawą :). Okazało się, że po tym przełomie dość szybko pokochałam tę prawidłową wersję czarnego napoju i nie mogłam uwierzyć, jak przez tyle lat maskowałam prawdziwy, przepyszny smak kawy mlekiem i cukrem.

Wróćmy jednak do początków wyzwania. Dzień trzeci. Śpiewaliśmy z chórem na inauguracji roku akademickiego. Jak zawsze inauguracja kończyła się czymś, na co każdy chórzysta z niecierpliwością czekał, czyli bankietem w uczelnianej stołówce. Jak ja uwielbiałam te bankiety. Na nich umiałam udowodnić, że mam żołądek bez dna. Potrafiłam nałożyć sobie jedzenia nawet na sześć talerzy i wszystko dosłownie pochłonąć. A na deser ciasta… przepyszne ciasta w niewyobrażalnej ilości. Moi znajomo się śmiali, że mam osobny żołądek na słodkie, gdyż nawet jak byłam napchana, moje ukochane słodkości zawsze się jeszcze gdzieś zmieściły. Na tych bankietach opracowałam strategię szybkiego jedzenia, tak żeby do mózgu zbyt wcześnie nie doszła informacja, że jestem już pełna. Pamiętam jak po wszelkich tego typu imprezach wprost turlałam się do domu i miałam wrażenie, że nie muszę już nic jeść przez najbliższy tydzień.

No więc trzeciego dnia mojego wyzwania miał się odbyć taki bankiet, na którym wiedziałam, że niewiele będzie produktów, które będę mogła zjeść, za to bardzo dużo takich, które będą niepotrzebnie kusić. Dlatego też uznałam, że tym razem po prostu na bankiet nie pójdę. Jak sobie jeden odpuszczę przecież nic się nie stanie, jeszcze w wielu będę w przyszłości uczestniczyła. Pamiętam do dziś to zdziwienie wszystkich, że ja odpuszczam bankiet. Nikt nie mógł uwierzyć, że właśnie ja postanowiłam zrezygnować z tej cudownej, darmowej wyżerki. Takie zdziwienie towarzyszyło mi potem przez cały okres wyzwania, gdy odmawiałam zjedzenia czegokolwiek z pszenicą czy mlekiem. Wszyscy nie dowierzali, że ja sobie czegoś odmawiam, bo przecież zawsze byłam jak odkurzacz. Jak ktoś czegoś nie mógł zjeść to dawał mi.

Na szczęście w okresie wyzwania znalazłam wiele innych potraw, które mi smakowały. Starałam się poświęcić czas wyzwania na eksperymentowaniu w kuchni, szukaniu nowych smaków. Wszystko było dobrze aż do dnia trzynastego… chyba nigdy nie przeczyściło mnie tak jak wtedy. Przez około 30 godzin dosłownie mieszkałam w łazience, a jak z niej wychodziłam to słaniałam się na nogach i wprost czołgałam się do łóżka. W tamtych czasach nie miałam lustra w łazience i akurat wtedy było to dobre rozwiązanie, bo jak przypadkiem zobaczyłam się w lustrze w pokoju to się przeraziłam. Zrozumiałam co znaczy być białym jak ściana. Wyglądałam dosłownie jak cień człowieka. Aż zastanawiałam się czy nie jechać do szpitala, ale gdy tylko zaczęłam poważniej o tym myśleć, to tak samo szybko jak wszystkie dolegliwości przyszły, tak samo szybko odeszły. Było dla mnie to coś niepojętego, gdyż dzień wcześniej nie zjadłam nic innego niż w poprzednich dniach. Nic co mogłoby mi zaszkodzić. Nie miałam również kontaktu z nikim chorym na tzw. jelitówkę. A jednak wymęczyło mnie tak, jak nigdy wcześniej. Miałam wrażenie że wyszła ze mnie dosłownie cała zawartość organizmu. I jak się okazało później dokładnie tak było. Mój organizm widocznie widząc, że odrzuciłam najbardziej mu szkodzące produkty postanowił się dokładnie oczyścić z wszelkich resztek syfu, które w nim były. Od tego dnia jak za dotknięciem magicznej różdżki odeszły regularne biegunki i wymioty. Zniknęły też bóle głowy i migreny. Kawę zaczęłam pić dla przyjemności, nie z przymusu. Nie powiem, żeby zniknęły wszystkie moje dolegliwości, ale czułam się o niebo lepiej. Pomimo, że w tamtym miesiącu przeszłam bardzo poważny stres, nie pojawiło się atopowe zapalenie skóry, ani w późniejszym czasie nie pojawiło się łysienie plackowate (łyse placki na głowie zwykły mi się powiać na około miesiąc-dwa po ostrym stresie).

W ostatnich dniach wyzwania zostałam zaproszona na pożegnalną imprezę mojego dobrego kolegi, który wyjeżdżał na roczny staż. Przez cały wieczór nie tknęłam alkoholu. Za to dałam się skusić po długich namowach na jeden nieduży kawałek szarlotki. Uznałam, że po pierwsze niektórym ludziom się nie odmawia, po drugie, że przecież jeden mały kawałek mi nie zaszkodzi. Jakże mocno się myliłam. Następnego ranka dosłownie nie byłam w stanie się zwlec z łóżka, bo miałam tak mocną migrenę. Ze wszystkimi dodatkowymi atrakcjami jakie może migrena ze sobą nieść. Niestety po tylu dniach życia bez bólu głowy (co wcześniej, jak sięgnę pamięcią, nie zdarzało się w ogóle) to był istny wulkan bólu i wszelkich nieprzyjemności. Wtedy też postanowiłam, że do pszenicy nie będę wracać. Już nigdy więcej nie miałam zamiaru tak cierpieć. Jednak to był dopiero początek zmian w moim menu…

Dodaj komentarz