Ważny dzień, kiedy trafiłam na szkolenie „Dietetyka i suplementacja”

No i nadeszła jedna z najważniejszych dat w moim życiu. Dzień w którym trafiłam na szkolenie „Dietetyka i suplementacja” (świadomie w moich opowieściach nie podaję imion ani nazwisk osób, o których piszę, więc i tym razem nie będę pisać kto prowadził szkolenie). Wcześniej miałam wrażenie, że odżywiam się zdrowo i myślę, że to określenie jest bardzo adekwatne „miałam wrażenie…”. Jak wyglądało zatem moje wcześniejsze żywienie? Patrząc na to z perspektywy mogę przyznać, że naprawdę drastycznie. Przez wiele lat niby nie jadłam mięsa, tzn. jeśli ktoś przygotował dla mnie potrawę z mięsem z miłą chęcią je zjadłam. Jednak sama nigdy nie gotowałam sobie takich posiłków. Byłam mało świadomym wegetarianinem. Nie zwracałam uwagi na to, żeby jeść pełnowartościowe białko, żeby czymś konkretnym zastępować produkty mięsne. Wiele osób chwaliło moją kuchnię i owszem było smacznie, ale do zdrowego menu było mi bardzo daleko. Z powodów o których pisałam w poprzedniej części nie jadłam nic tłustego. Zamiast śmietany używałam jogurtu naturalnego, zero masła, smażyłam na oleju rzepakowym lub słonecznikowym, bo wydawało mi się, że tak było zdrowiej. Starałam się jeść pełnoziarniste pieczywo. Więcej w mojej diecie było owoców niż warzyw i uważałam, że te produkty są tak samo wartościowe. Zdarzało mi się przez parę dni nie zjeść przez kila dni warzyw. Do tego gdy nie miałam czasu lub ochoty gotować bywało, że moim obiadem była bułka z jogurtem. No właśnie nabiał… jadłam w wielkich ilościach i w każdej postaci. Mleka wypijałam przynajmniej 3 litry w tygodniu, przecież „pij mleko będziesz wielki”. Jogurt czy maślankę zawsze miałam w lodówce i mogły mi z powodzeniem zastąpić każdy posiłek. Nie stroniłam też od produktów mącznych. Uwielbiałam przede wszystkim racuchy, naleśniki i makarony. Uważałam, ze makaron ze szpinakiem to bardzo zdrowa opcja na obiad.

Na szkoleniu moje myślenie o jedzeniu zostało wywrócone o 180°. Wiele przedstawianych na nim faktów było dla mnie wręcz szokujących- jak to w Muszyniance jest więcej wapnia niż w mleku… dlaczego nie powinnam go dodawać do kawy… jednak grzyby nie są takie bez wartości, to „mięso lasu”… Największym szokiem była dla mnie dieta paleo. Zastanawiałam się jak tak można jeść? Odrzucić cały nabiał, pszenicę, chlebek, pierogi, naleśniki, racuchy, makaron (czyli większość mojego dotychczasowego jadłospisu) i zajadać się mięsem smażonym na smalcu- wtedy tak postrzegałam tę dietę i stwierdziłam, że tylko szaleni i bardzo zdeterminowani ludzie muszą się na nią porywać. Po szkoleniu w niedzielę wieczór poszłam tradycyjnie na zakupy do supermarketu, kupić żywność na cały tydzień. Zanim włożyłam cokolwiek do koszyka dokładnie studiowałam każdą etykietę i okazało się, że większość kupowanych dotychczas przeze mnie produktów… nadaje się do kosza, ma tyle konserwantów, syropów glukozowo-fruktozowych itp. Byłam przyzwyczajona, że patrzyłam na etykiecie jedynie na kalorie i na ilość tłuszczu bądź węglowodanów, ale nigdy wcześniej o dziwo nie przyszło mi do głowy czytać składu. Na zakupy zeszło mi wtedy aż dwie godziny.

Zaczęłam stosować wiedzę zdobytą na szkoleniu powoli, małymi kroczkami. Przede wszystkim wyrzuciłam z domu wszystko co zawierało chemię, zamieniłam ziemniaki czy makaron kaszą gryczaną niepaloną, jaglaną, komosą ryżową, amarantusem, Odrzuciłam słodycze i na ile się dało ograniczyłam mączne potrawy… Nie byłam jednak w stanie zrezygnować z białej, słodkiej kawy. Po odrzuceniu większości konserwantów niesamowicie polepszył mi się smak, potrawy zaczęły smakować tak jak powinny, a nie zalatywać glutaminianem sodu. Zaczęłam nawet rozróżniać smak wód mineralnych w zależności od producenta. Z tygodnia na tydzień czułam się coraz lepiej. Nawet centymetry powoli zaczęły znikać. O dziwo niejedzenie słodkiego całkiem dobrze mi wychodziło, ale jak to zawsze u mnie bywało, do czasu… W międzyczasie odbyło wesele mojego brata, w taki dzień przecież nie mogłam się ograniczać. Jadłam wszystko co widziałam, jakbym chciała się odegrać za te tygodnie z wyrzeczeniami. Objadłam się okropnie i to głównie słodkim. Za to prawie nie piłam alkoholu, jedynie lampkę wina przez całą noc. Następnego dnia dopadł mnie kac gigant, trwający ponad 24 godziny, niereagujący na nic. Pojawiła się również niepohamowana chęć zjedzenia czegoś słodkiego, która ciągnęła się jeszcze przez tydzień, dopóki nadludzkim wysiłkiem silnej woli powiedziałam „dość”. Nie mogłam uwierzyć, że istnieje coś takiego jak bezalkoholowy kac i że może być on tak mocny i tak uciążliwy. Jednak mam tak do teraz. Jeśli zdarzy mi się zjeść większą ilość węglowodanów, to dopada mnie między innymi straszliwy ból głowy.

Co najważniejsze zaczęłam stosować tłuszcz, wówczas głównie olej lniany do warzyw. Pokochałam też awokado. Jednak mimo wszystko starałam się nie przesadzać z tłuszczem, bo nadal czułam, że niekoniecznie dobrze oddziałuje na mój organizm. Zaczęłam też przygotowywać mięsne potrawy. Wtedy jeszcze nie codziennie i głównie z indyka, ale i tak był to krok naprzód jeśli chodzi o podniesienie wartości odżywczych w moim jadłospisie.

Przez pierwsze cztery miesiące po szkoleniu trzymałam się jedzeniowo całkiem dobrze. Przede wszystkim w porównaniu do tego co było wcześniej. Po wyskoku na weselu brata już takie się nie zdarzały. W ogóle ten czas to był jeden z najszczęśliwszych okresów w moim życiu, ale o tym będzie więcej w innej części. Aż nadszedł wyjazd z chórem na festiwal do Hiszpanii. Zarówno moje nowe nawyki żywieniowe, jak i całe moje szczęście jednocześnie wzięły w łeb. Naprawdę chciałam się zdrowo odżywiać, ale wtedy jeszcze nie miałam w sobie aż tyle samozaparcia, żeby na wyjeździe walczyć o swoje nawyki. Poddałam się i jadłam to co było, czyli duuużo węglowodanów, bo były one najbardziej zjadliwe dla mnie z tego, co nam podawali do jedzenia. Nie umiałam tak jak teraz wynaleźć zdrowszych odpowiedników, czy po prostu nie zjeść, ale za to pójść do sklepu i zrobić bardziej odpowiednie zakupy i żywić się samemu. No i spadłam z deszczu pod rynnę i znów miałam wielką, niepohamowaną chęć słodyczy. Z tego wszystkiego po około tygodniowym wyjeździe wróciłam z dodatkowymi kilogramami i ponownie popsutym porządnie krążeniem. Po powrocie autokarem do Polski w pierwszy dzień musiałam spędzić kilka godzin z uniesionymi nogami pionowo do góry, żebym była w stanie ich dotknąć bez bólu. Takiej sytuacji problemowej z krążeniem to jeszcze nigdy nie miałam.

Po powrocie przez około 1,5 tygodnia z moim zdrowiem i samopoczuciem znowu było źle. Aż w końcu zdecydowałam się na kolejny krok, który sprawił, że poczułam się dużo, dużo lepiej.

Dodaj komentarz