159240834786271
Przez długi czas cierpiałam na pracoholizm…

Zamknięcie klubu było dla mnie silnym przeżyciem nie tylko psychicznym, ale również całkowitą dezorganizacją sposobu życia. Przez długi czas cierpiałam na pracoholizm. Mniej więcej od piątego roku studiów zaczęłam okres z wiecznie napiętym grafikiem. W celu zarobienia na wydrukowanie pracy magisterskiej zaczęłam pracować w drukarni, pomimo że studiowałam dziennie i jednocześnie prowadziłam zajęcia fitness, śpiewałam w chórze i prowadziłam grupę teatralną. Wtedy zaczęło się sypianie po cztery godziny na dobę, bo ani nie miałam czasu na sen, ale nie widziałam wówczas potrzeby zwiększania jego ilości. Potem na pierwszym roku studiów doktoranckich drukarnia została zamieniona na pracę w centrum handlowym po 8 godzin dziennie, do tego każda sobota 16 godzin, niedziela 16 godzin w pracy i o dziwo miałam jeszcze czas na życie osobiste. Oczywiście wszystkie poprzednie aktywności dodatkowe zostały zachowane. Tylko na sen brak było czasu, ale nieszczególnie mi to przeszkadzało. Wtedy miała miejsce moja najdłuższa dniówka w życiu: 36 godzin… Potem doszły badania do pracy doktorskiej i pisanie doktoratu. Na uczelni pojawiałam się z samego rana, dopóki jeszcze nikogo nie było i mogłam spokojnie pracować, czyli najpóźniej o 6:30. Z uczelni prosto do klubu poprowadzić kilka godzin zajęć fitness. Do domu wracałam najwcześniej o 22 i siadałam z powrotem do pisania pracy dopóki dosłownie nie zasnęłam na komputerze. I tak w kółko. Największe wyczerpanie organizmu czułam podczas organizacji Dni Owada (wystawa żywych krajowych i egzotycznych owadów razem z szeregiem zajęć, wykładów dla dzieci). Było to na tyle praco- i myślochłonne wydarzenie, że na kilka tygodni przed nim, już totalnie wyczerpywaliśmy nasze wszelkie siły witalne. A samo wydarzenie, pomimo że sprawiało mi wiele radości i satysfakcji łączyło się praktycznie z brakiem snu od czwartku do niedzieli. Jednak nie umiałam przestać angażować się w coraz to owe projekty. Obraz ówczesnego wyczerpania mojego organizmu oddaje fakt, że raz zasnęłam prowadząc zajęcia fitness, a raz zasnęłam jadąc rowerem… Takie wyczerpujące życie prowadziłam przez około 6 lat. Nie zważałam na uwagi innych, że powinnam zacząć się oszczędzać, dbać o siebie. Czułam się potrzebna i spełniona tylko kiedy byłam w takim pędzie.

Jednak zawsze gdy zdarzał się w końcu wolny dzień mój organizm wymyślił coś, żebym musiała zostać w łóżku i nie przemęczać się, zmuszał mnie do bezczynności najczęściej potwornymi migrenami lub takimi zawrotami głowy, że za każdym razem, gdy próbowałam wstać z łóżka mdlałam do niego z powrotem.

No właśnie moje omdlenia… zawsze miałam tendencję do tego, że wszędzie mi za gorąco i za duszno, co sprawiało, że zdarzały się omdlenia, na szczęście nigdy bez utraty świadomości, ale zawsze z utratą gruntu pod nogami. W najgorszym czasie zdarzało mi się mieć takie stany nawet kilkanaście razy dziennie. Przemierzyłam wówczas wiele gabinetów lekarskich, nieskończoną ilość badań, w końcu będąc w liceum trafiłam do kardiologa. Założono mi Holtera (urządzenie badające puls przez całą dobę). Jedyne co mi wyszło z tego badania, to fakt, że gdy śpię tętno potrafi mi spać do 30 uderzeń na minutę i w ogóle mam bardzo niskie tętno (to wiedziałam bez badania 🙂 ). Jednak po otrzymaniu wyników usłyszałam od Pani kardiolog, że to przez okres dojrzewania, jak już z niego wyjdę, to się skończy. Pozostało mi zatem jedynie czekać. Jednak omdlenia wcale nie ustępowały, towarzyszyły mi cały czas. Gdy na studiach zaczęłam śpiewać w chórze, koncerty stały się nieznośnym przeżyciem. Cały czas myślałam tylko o tym, żeby nie zemdleć, co jednak nie zawsze się udawało. Jednak doszłam już do perfekcji w wyczuwaniu momentu omdlenia, wtedy musiałam się czegoś chwycić, napiąć mięśnie całego ciała i jedynie głowa delikatnie mi omdlewała, ale po chwili mogłam wrócić do „normalnego funkcjonowania”. Zdarzało mi się nie raz korzystać z tego sposobu podczas koncertów (stałam przeważnie na samym przodzie, więc byłoby na pewno widać, że zemdlałam w trakcie utworu, a nie chciałam psuć koncertu). Kiedyś usłyszałam od koleżanki, która zawsze stała na koncertach obok niej, po występie na Festiwalu we Włoszech, kiedy to zrobiło mi się mocno słabo, akurat w samym środku utworu: „śpiewam sobie spokojnie, nagle czuję, że ktoś łapie mnie za pośladek. Patrzę, a to Anka mdleje, więc spokojnie śpiewam dalej” :). Zaraz po studiach, gdy pracowałam w kiosku w jednym z centrów handlowych doskonale pamiętam dzień, gdy szefowa zostawiła mnie samą idąc do banku. Zrobiło mi się niesamowicie słabo. Nadludzką siłą woli próbowałam nie zemdleć, trzymając się wszystkimi siłami lady, żeby utrzymać pozycję pionową. Gdy zobaczyłam szefową wchodzącą z powrotem do sklepu z ulgi puściłam się lady i zemdlałam wprost za nią. No i żadne siły nie były mnie w stanie podnieść. Co wstawałam, to znów mdlałam. Dopiero po paru godzinach nabrałam na tyle sił, że byłam w stanie wyczołgać się zza lady i jakimś cudem dotrzeć do lekarza. Po zmierzeniu ciśnienia oraz tętna i moim potwierdzeniu, że takie niskie wartości są u mnie normą usłyszałam najbardziej denerwujący tekst jaki zapewne niejednokrotnie słyszeliście w gabinecie lekarskim „Taka Pani uroda” po czym, Pan dodał „możliwe, że po urodzeniu pierwszego dziecka Pani przejdzie”. Nie miałam ochoty sprawdzać teorii z dzieckiem :). Zostałam odesłana do domu z lekami pobudzającymi ciśnienie, po których owszem mdlałam mniej, ale czułam się paskudnie, więc ich nie zażywałam. Dopiero później trafiłam do kolejnego kardiologa, tzn. lekarza, który nie zdał egzaminu specjalizacyjnego z kardiologii, ale jest to jeden z najlepszych przedstawicieli służby zdrowia, na jakiego udało mi się trafić. Zrobił mi szereg badań, w tym znowu Holtera, w którym znów powtórzyły się spadki tętna do 30. Na początku dostałam leki, żebym mogła normalnie funkcjonować z moim niskim ciśnieniem (kiedyś zdarzyło mi się od innego lekarza po zmierzeniu tętna usłyszeć „dlaczego Pani jeszcze żyje?”). Równocześnie dostałam szereg dodatkowych wskazówek: m.in. wyznaczniki ile mam dziennie pić i jakiej wody, żeby nie wypłukiwać mikroelementów z organizmu, używać więcej soli, regularne korzystać z sauny itp. Po paru miesiącach przestrzegania tych zasad mogłam zacząć odstawiać leki i stosować je jedynie doraźnie, gdy czułam się gorzej. No i się okazało, że w naturalny sposób udało się zejść z kilkunastu omdleń dziennie, to paru miesięcznie, co było dla mnie niesamowitą poprawą komfortu życia.

Po zamknięciu klubu, nagle z kilkunastu godzin pracy dziennie i około 50 godzin treningów tygodniowo zeszłam do prowadzenia 8 godzin fitnessu tygodniowo. Muszę przyznać, że przez pierwsze tygodnie spałam… budziłam się tylko, żeby zjeść lub pójść na 1-2 godziny do pracy i znów zasypiałam. Generalnie spałam przynajmniej kilkanaście godzin dziennie i dopiero po około trzech tygodniach przestałam odczuwać ogromne zmęczenie. Jednak mój organizm zaczął wariować i rozregulowywać się na każdej możliwej płaszczyźnie. Ciśnienie skakało, raz było niskie, raz wysokie, co wcześniej nigdy się nie zdarzało. Znów powróciły częstsze omdlenia. Migreny zaczęły występować co tydzień i to ze zdwojoną siłą. Także problemy żołądkowe się nasiliły (o tym aspekcie mojego zdrowia napiszę innym razem). A od lekarki usłyszałam, że organizm jest zdezorientowany po tak drastycznej zmianie w życiu i potrzeba czasu, żeby się wszystko uregulowało. Teraz już wiem, że to nie do końca była prawda, jednak wtedy pozostało mi bezczynnie patrzeć, jak moje zdrowie dosłownie rozsypuje się z dnia na dzień. Również waga nagle zaczęła rosnąć w niewyobrażalnym tempie i w pół roku byłam o 20kg cięższa… z każdym dniem czułam się coraz gorzej, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Aż do dnia, kiedy trafiłam przypadkiem na pewne szkolenie, które odmieniło moje życie i było początkiem zmian na lepsze…

Dodaj komentarz