159240834786271

Zbliżał się koniec roku. Najpierw były święta, które w końcu zdecydowałam się poświęcić tylko sobie. Kolację wigilijną zjadłam z rodziną, ale później zamknęłam się w mieszkaniu i napawałam się byciem samej ze sobą. Już nie było tak jak wcześniej. W mieszkaniu pomimo najkrótszych dni w roku już nie panowała ciemność. Te święta wspominam jako bardzo jasne, świetliste i radosne. Spędziłam dwa cudowne dni. Owszem każdego dnia na chwilę wyszłam z domu, bo już mi się odleżymy tworzyły :). W pierwszy dzień świąt wyskoczyłam na chwilę na siłownię, w drugi było tak ciepło i bez smogu, że poszłam pobiegać nad Wisłę. Jednak całą resztę czasu spędziłam śpiąc, czytając książki, gotując i robiąc po prostu nic. Gdy przyszedł Sylwester tradycyjnie postanowiłam przespać północ. W łóżku jednak zamierzałam jeszcze zrobić sobie podsumowanie minionego roku. I pomimo wielu upadków jakich zdarzyło mi się doświadczyć stwierdziłam, że to był najlepszy rok w moim dotychczasowym życiu. Zdarzyło się tyle dobrego, tylu spraw zaczęłam być świadoma, nareszcie zaczęłam pracować nad sobą we właściwy sposób. Zasypiałam prawdziwie szczęśliwa z uśmiechem na ustach i postanowieniem, że kolejny rok będzie jeszcze lepszy…

Wtedy jeszcze nie do końca rozumiałam, że właśnie na scenie jestem sobą…

Początkiem roku brałam udział w kursie Suchego igłowania, czyli metody opracowywania punktów spustowych za pomocą igieł. Jest to cudowna metoda, bez której teraz nie wyobrażam sobie pracy, ale nie o tym miałam pisać. W pierwszy dzień mieliśmy dodatkowe zajęcia dla osób, które jeszcze nie wbijały igieł. Po wprowadzeniu byłam już blada i było mi niesamowicie słabo. Te wszystkie opowieści o igłach sprawiły, że gdyby nie to, że zapłaciłam sporo za ten kurs to bym wtedy wstała i wyszła i nie chciała mieć z tym nic wspólnego. Jednak na szczęście jakimś cudem przemogłam się i zostałam. Po wprowadzeniu mieliśmy się dobrać w pary, żeby potrenować wbijanie igieł. Oprócz mnie na sali były chyba tylko dwie dziewczyny, które od razu się razem dobrały. Nie znałam nikogo, kto był na kursie, więc nie zostało mi nic innego, tylko obrócić się do chłopaka, który siedział obok mnie i zapytać czy nie chciałby być moją parą. I tak przypadkiem spotkałam wspaniałego człowieka, który od tamtej chwili zagościł w moim życiu. Ale nie w taki sposób jaki Wam zapewne przyszedł jako pierwszy do głowy :P. Okazało się, że nadajemy na tych samych falach, mamy takie samo poczucie humoru i takie same zainteresowania. Trzeciego dnia kursu byliśmy ze sobą już tak zżyci, że się okazało, że jeden chłopak był pewien, że jesteśmy małżeństwem. Dużo czasu spędziliśmy dyskutując na temat psychosomatyki i to właśnie od niego dowiedziałam się dlaczego nie mam już potrzeby śpiewać, czy zajmować się moją grupą teatralno-taneczną. Usłyszałam, że jeśli ktoś nie jest w stanie wyrazić, wypowiedzieć swoich emocji, chowa je głęboko w sobie i nie jest w stanie ich pokazać światu, to podświadomie decyduje się wyrazić je w inny sposób. Często w rozmaity artystyczny sposób. I wtedy zaczynało mi się wszystko układać. Przecież na przykład większość poetów, pisarzy była nieszczęśliwa i próbowali na papier przelać całą swą tęsknotę za swoją ukochaną czy za utraconą ojczyzną… tylko w ten sposób umieli wyrazić swój żal. Ja podobnie, od zawsze miałam ciągoty do wszelkich artystycznych spraw. Już w podstawówce występowałam w przedstawieniach teatralnych, Mini playback show (byłam m.in. Kubą Sienkiewiczem z Elektrycznych Gitar 🙂 ). Cały czas pisałam też wiersze. Ciągnęło mnie strasznie do sceny. Już na studiach w Krakowie zaczęłam tańczyć, potem pojawił się chór, gdzie mogłam w końcu wyśpiewać wszystkie moje emocje. Później przyszedł kabaret, grupa teatralna… Scena to było moje drugie życie. Nie wyobrażałam sobie jak ja bym mogła kiedykolwiek żyć bez tego. Na scenie robiłam już chyba wszystko: śpiewałam, tańczyłam, aktorzyłam, czytałam swoje wiersze, nawet będą w kabarecie czołgałam się po scenie w śpiworze jako gąsienica Tak naprawdę tylko na scenie miałam szansę być sobą. Tylko tam mogłam pokazać swoje prawdziwe emocje… kiedyś moja koleżanka pisała pracę magisterską na temat tancerek. Jeśli dobrze pamiętam chodziło o to, czy taniec zmienia ludzi i w jaki sposób. Spędziłyśmy trochę czasu na wywiadzie na temat mojego życia, tańca itp. I pamiętam, że padło pytanie „Dlaczego lubisz występować?” Odpowiedziałam „Bo na scenie mogę być kimś innym, niż jestem na co dzień”. Wtedy jeszcze nie do końca rozumiałam, że właśnie na scenie jestem sobą. Bez żadnych masek, żadnego udawania. To byłam po prostu prawdziwa ja i moje prawdziwe emocje. Jedyne miejsce, gdzie nie bałam się, nie wstydziłam się ich pokazać, bo i tak wiedziałam, że wszyscy wezmą to za wyraz sceniczny. Ale wróćmy do psychosomatyki. No więc dowiedziałam się, że osoby nie umiejące wyrazić swoich emocji zaczynają je wyrażać na artystyczny sposób, np. właśnie śpiewając wydobywają emocje poprzez gardło, co można uznać za jakiś sposób terapii. Ja od jakiegoś czasu uczyłam się końcu mówić o tym co myślę, co czuję. Nie bać się uzewnętrzniać nie tylko na scenie, ale przede wszystkim w normalnym życiu. No i co było najważniejsze dla mnie, być świadomym tych swoich emocji i już nie pakować ich na siłę w siebie, tylko dawać im upust na zewnątrz. Dlatego też przestałam mieć potrzebę wyrażania się artystycznie. Zamknęłam moją grupę po dziesięciu latach działalności i po dwunastu latach śpiewania definitywnie opuściłam chór. I co najdziwniejsze porzuciłam scenę bez żadnego żalu. Był to po prostu kolejny etap w moim życiu. No i moja tarczyca nie musiała już chorować. Nie musiała się tak wysilać, żeby pomóc mi wywalić przez gardło moje emocje, przez co nie miała już siły na nic innego. Teraz nie musiała mnie już do niczego zmuszać, więc mogła w końcu zacząć pracować prawidłowo….

Dodaj komentarz