159240834786271
Cieszyłam się, że ktoś jest ze mną i we mnie wierzy

Byłam na samym dnie. Po raz pierwszy czułam, że naprawdę ugrzęzłam i nie wiem jak się stamtąd wydostać. Nie raz już byłam w bagnie, ale takiego jeszcze nigdy nie doznałam. Wiedziałam, że sama nie dam rady. Zresztą nie miałam na to siły. Napisałam do trzech osób, które stwierdziłam, że są mi najbliższe i że mogą mi pomóc. Po raz pierwszy w życiu tak się otworzyłam. Przyznałam się do moich słabości. Przyznałam, że potrzebuję pomocy. Nie było to dla mnie łatwe, ale wiedziałam, że nie mam innego wyboru. Wiedziałam, że bez pomocy innych mogę mocno popłynąć. Na szczęście wszyscy się odezwali i wszyscy mnie mocno wsparli, a tego potrzebowałam najbardziej. Teraz wiem, że nie całe to wsparcie było szczere, ale wówczas tego nie widziałam. Cieszyłam się, że ktoś jest ze mną i we mnie wierzy. Za ich namową stworzyłam plan działania. Po raz pierwszy w życiu rozpisałam sobie jadłospis i plan treningów. Rozrysowałam również tabelkę, w której zaznaczałam czy danego dnia wykonałam plan czy nie. Musiałam też się codzienne spowiadać z moich postępów. Było mi to wtedy bardzo potrzebne. Takie zaplanowane życie i codziennie przy wypełnieniu planu możliwość zaznaczenia odpowiedniej kratki na zielono, stanowiło dla mnie nie lada satysfakcję. Miałam moje życie pod kontrolą, a przynajmniej jego niewielką część. Ale choć tyle, już dla mnie wiele znaczyło. Jednak to nie była główna rzecz, która mi pomogła. Dosłownie parę dni po tym jak poprosiłam o pomoc, pewnej październikowej niedzieli poczułam się tak źle jak jeszcze chyba nigdy dotąd. Nie byłam w stanie znieść sama siebie. Nie umiem tego nawet słowami opisać, ale było naprawdę bardzo źle. Wtedy przypomniały mi się wizualizacje medyczne, o których się uczyłam. Było wspominane, że są też takie pomocne przy depresji. Znalazłam książkę i bez problemu znalazłam wizualizację idealną na tę okazję. Bez zastanowienia od razu ją zastosowałam. Było ciężko. Nie będę tu dokładnie opisywać o co w niej chodziło, ale był moment kiedy miałam rozwalić kawałek skały i zapakować go w worek. Chyba nigdy tak się z niczym nie umęczyłam. W końcu udało mi się tę skałę roztłuc na małe kawałki. Zaczęłam ją pakować do tego worka, a ona znów stała się całością… w wizualizacjach, gdy mamy dostęp do swojej podświadomości często dzieją się niewyobrażalne rzeczy. Tak więc znów zabrałam się za tłuczenie tej skały. Namęczyłam się ogromnie, ale ostatecznie mi się udało. Zakończyłam wizualizacje, wyszłam ze stanu alfa. Popatrzyłam do książki, żeby sprawdzić jak często mam wykonywać tę wizualizację. Zawsze jest taka informacja z jaką częstotliwością należy ją wykonywać, żeby przyniosła odpowiednie efekty. Ze zdziwieniem zobaczyłam zdanie „jeśli zachodzi taka potrzeba to raz w miesiącu”. Zaczęłam się zastanawiać jakim cudem taka wizualizacja, robiona tylko raz w miesiącu ma mi pomóc. Byłam szczerze oburzona. Jednak jednocześnie byłam tak mocno nią zmęczona, że stwierdziłam, że najlepiej zrobię po prostu kładąc się do łóżka, a zastanowię się nad tym wszystkim następnego dnia. Tej nocy spałam jak zabita. Nareszcie się wyspałam. I stał się dosłownie cud. Wstałam czując się o niebo lepiej. Jeszcze nie idealnie, ale już całkiem normalnie. Moje życie pojaśniało. To już nie było tylko światełko gdzieś tam na końcu tunelu, ale światło wokół mnie. To było niesamowite uczucie położyć się spać z mocną depresją i obudzić się w dużo lepszy stanie. Do tego czasu jestem pod ogromnym wrażeniem jak mocno zadziałało to na mnie. Razem z planem odżywiania i treningów oraz wsparciem było mi o wiele łatwiej. Również to, że w końcu wyrzuciłam na zewnątrz moje problemy. Zaczęłam otwarcie mówić, że w moim życiu wcale nie jest tak kolorowo jak się to wszystkim wydaje. Co prawda na razie mówiłam o tym tylko pojedynczym osobom, ale i tak dla mnie był to wielki krok naprzód. Dzięki temu też z moją tarczycą było dużo lepiej. Bo przecież wszelkie problemy, choroby gardła, tarczycy, krtani, czyli wszystko co miałam od lat, są spowodowane tym, że nie jest się w stanie wyrażać emocji. Nie umie się powiedzieć wszystkiego co leży na wątrobie, nie umie się wyrazić słowami tego co się czuje. I nasz organizm jakby chciał nas zmusić do wyrzucenia tego wszystkiego z siebie. Ja od zawsze miałam tak, że napisać mogłam wszystko lub prawie wszystko, ale powiedzieć już gorzej. Dlatego też przez długi czas pisałam wiersze, opowiadania, nawet sztuki teatralne. W ten sposób dawałam upust swoim emocjom, których nie umiałam wyrazić w żaden inny sposób. Całe moje życie artystyczne na tym polegało. Przecież tańczyłam przez tyle lat, miałam grupę, najpierw teatralną, potem teatralno-taneczną, a przede wszystkim przez kilkanaście lat śpiewałam w chórze. Śpiew działał na mnie niezwykle terapeutycznie. Mogłam wyśpiewać swoje emocje. Mogły w jakiś inny, zastępczy sposób wyjść przez moje gardło. Od samego początku śpiewania było ono dla mnie bardzo ważne. Nie wyobrażałam sobie, żeby nie przyjść na próbę. Nawet jak się okazywało, że zdążę tylko na 20minut próby to i tak na nią jechałam. Uwielbiałam śpiewać i chór dawał mi wiele radości, spokoju, możliwości wydobycia ze mnie nadmiaru emocji. Gdy się zdarzało, że nie mogłam zaśpiewać na koncercie, bo musiałam być w pracy, byłam dosłownie chora z tego powodu, roznosiło mnie. Dlatego też robiłam wszystko co mogłam, byle tylko móc zawsze śpiewać. I nagle zaczęłam mówić o moich emocjach, zaczęłam przyznawać się do moich słabości. Nauczyłam się prosić o pomoc. Okazało się wówczas, że nudzę się na próbach chóru. Coś co kiedyś było dla mnie niewyobrażalną radością, teraz było wielką nudą. Nagle wszystko było ważniejsze od próby. Owszem pokazywałam się jeszcze w chórze od czasu do czasu, żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia, bo przecież śpiewałam w nim od dwunastu lat… myślałam wówczas, że to tylko stan przejściowy. Że wkrótce wszystko wróci do normy. Podobne rzeczy działy się z grupą teatralno-taneczną. Wcześniej potrafiłam w bardzo krótkim czasie wymyślić choreografie, całe spektakle. Wystarczył tylko pomysł, od razu znajdowałam odpowiednią muzykę, a reszta była dosłownie chwilą i już miałam wszystko. Teraz nie byłam w stanie nic wymyślić… podrzucono mi fajny pomysł, znalazłam odpowiednią muzykę. Siedziałam przy niej godzinami i nic. Nie było szans, żebym cokolwiek wymyśliła, nawet jeden ruch. Było to dla mnie dziwne, nowe uczucie. I miałam wówczas nadzieję, że to tylko przez moje przemęczenie. Że wena jeszcze wróci…

Dodaj komentarz