159240834786271

Wróciłam z praktyk pełna inspiracji i motywacji. Miałam ochotę działać już, teraz. Znalazłam swoje ograniczenia i teraz wystarczyło się tylko z nimi rozprawić. Wówczas to wydawało mi się takie łatwe. Do Krakowa dotarłam późnym wieczorem, a jeszcze czekało mnie pół nocy pracy. Następnego dnia były dwie ważne dla mnie okazje. Po pierwsze spełnienie moich marzeń czyli otwarcie gabinetu. Po drugie moje urodziny. Wiedziałam, że to będzie piękny dzień. W końcu wszystko dobre w moim życiu zaczynało się właśnie we wrześniu. Również moje życie się wtedy zaczęło. Byłam pełna nadziei i niestety pełna oczekiwań. Teraz już wiem, że nie powinniśmy mieć oczekiwań, szczególnie względem innych osób, bo między innymi przez te oczekiwania pozwalamy się ranić na swoje własne życzenie. Rozczarowania w takich sytuacjach przychodzą bardzo łatwo. Ale ja jeszcze wtedy nie miałam świadomości tego. Oczekiwałam, że to jest początek mojego nowego, pięknego życia. W końcu uda mi się wszystko w sobie ułożyć i w umyśle i w ciele i nareszcie będę całkowicie zdrowa i w pełni szczęśliwa. W nocy przygotowywałam catering na dzień następny (chlebek gryczany, puree z marchewki i buraków) i tort na wieczorną imprezę, na którą w końcu miał dotrzeć do Krakowa mój przyjaciel. Bardzo liczyłam na jego przyjazd i bardzo się na niego cieszyłam.

…czułam jak tonę

Otwarcie gabinetu okazało się bardzo przyjemnym dniem. Cały grafik miałam zapełniony. Wiele osób z gratulacjami, prezentami na nowe miejsce. Tyle ludzi przyszło świętować razem ze mną. Ja z jednej strony cieszyłam się bardzo. Byłam dumna, że w końcu mam swoje miejsce na ziemi, z drugiej strony cały czas czułam, że jednak jest coś nie tak. Nie chciałam dopuszczać do siebie tego głosu. Stłumiłam go w zarodku i postanowiłam się po prostu cieszyć z tego co jest. Wieczorem przyszedł czas na imprezę. Przygotowując się do niej ubrałam sukienkę, w której miałam zamiar pójść i po przeglądnięciu się w lustrze załamałam się. Kilogramy które mi przybyły w trakcie AIP były drastycznie widoczne. Wcześniej jakoś ich nie zauważałam, jakbym była całkowicie odłączona od mojego ciała. Teraz jednak widziałam je wręcz namacalnie w mojej ulubionej sukience. A założyłam, że w taki niezwykły dzień muszę wyglądać olśniewająco, a tu się okazało, że w niczym co jest w mojej szafie tak nie wyglądam. Przynajmniej tak widziały to moje oczy, że we wszystkich ubraniach widać moją porażkę. A przecież miałam tego dnia świętować nowy początek, a nie mogłam tego robić czując się pokonana przez własny tłuszcz… Nie miałam jednak zbyt wiele czasu na rozmyślania. Założyłam więc to w czym się mieściłam i pojechałam na miejsce imprezy. Dotarły na nią osoby, którym naprawdę na mnie zależy. Mój przyjaciel nie dojechał, co niby mnie zabolało, ale od razu zaczęłam go w myślach tłumaczyć, że naprawdę nie mógł. Teraz dopiero odkrywam paradoks tej sytuacji: parę dni wcześniej odkryłam, że zbyt często w relacjach międzyludzkich daję się wykorzystywać, daję innych wszystko, a niestety nie otrzymuję nic w zamian. Często otrzymuję malutkie skraweczki czegoś dla mnie, które dla tych osób są raczej sposobem na zatrzymanie mnie przy sobie, bo przecież zawsze mogę się jeszcze przydać i trzeba mi coś czasem rzucić, żebym myślała, że jest dobrze. Częściej dostawałam odrzucenie. Jednak ja nie dawałam sobie przemówić do rozsądku i zawsze się skupiałam na tych małych chwilach szczęście, które otrzymywałam. I nie ważne, że było ich mało i były niewielkie, ale były dla mnie bardzo ważne. Dla nich pozwalałam się wykorzystywać… Dopiero co to odkryłam i przecież parę dni wcześniej postanowiłam, że już nigdy nie pozwolę się tak traktować. A jak przyszło co do czego, to ja znów byłam ślepa. Znów było dokładnie to samo i ja nadal tego nie widziałam i na to pozwalałam. I bardzo chętnie tłumaczyłam tę drugą osobę. Nawet nie przed innymi tylko bardziej przed samą sobą. Przecież on chciał, tylko inna pilna sprawa mu uniemożliwiła przyjazd.

Spędziłam w ten wieczór cudowny czas tańcząc, śmiejąc się, przebywając w gronie bliskich mi osób. Takie przeciwieństwo moich urodzin z podstawówki, które opisywałam w poprzedniej części. Jednak mimo to, cały czas czułam przemożną pustkę. Nie umiałam jej nazwać, ale czułam że pomimo tego wszystkiego w gruncie rzeczy jestem bardzo nieszczęśliwa. Po powrocie do domu nie umiałam powstrzymać łez. Wróciłam do pustego, ciemnego mieszania. I pomimo że to był piękny dzień, przecież spełniło się moje marzenie. Zawodowo powodziło mi się coraz lepiej. Miałam obok siebie ludzi, którzy mnie wspierali. Wiedziałam już co jest ze mną nie tak i miałam narzędzia, żeby to naprawić. Jednak mimo tego wszystkiego czułam się wielce nieszczęśliwa. Nie rozumiałam zupełnie tego uczucia i niestety nie pozwoliłam mu wypłynąć na zewnątrz. Upchałam go głęboko w sobie i postanowiłam o nim zapomnieć. Przecież powinnam być szczęśliwa.

Zaczęłam pracować nad sobą. Chciałam stosować wszystkie metody jakie poznałam na praktykach. Byłam święcie przekonana, że dzięki nim jestem już na dobrej drodze. Wmawiałam sobie, że jest ciągle lepiej. Rozpowiadałam wokoło jak dobrze, że się uwalniam od moich ograniczających przekonań, że w końcu wiem jak wyzdrowieć, jak naprawić siebie i właśnie to robię i z dnia na dzień jest lepiej. Taka była oficjalna wersja, którą wmawiałam wszystkim i sobie, jednocześnie bardzo chcąc w nią wierzyć. I wierzyłam w nią cały czas. Mimo to czułam, że to upchnięte głęboko nieszczęście jest dalej we mnie i chce wyjść. Chce się pokazać mnie i światu. Ja jednak pieczołowicie pracowałam nad tym, żeby to siedziało cały czas we mnie i żebym nie musiała o tym myśleć.

Nadszedł dzień, gdy wybrałam się do teatru. Mój podopieczny grał główną rolę w sztuce więc postanowiłam pójść i zobaczyć go w akcji. Gdy kupowałam bilet został tylko jeden ostatni, ale mi to nie przeszkadzało. Poszłam sama. Usiadłam w pierwszym rzędzie, dzięki czemu byłam w samym środku wydarzeń. To co się zdarzyło na scenie bardzo mnie wówczas dotknęło. Szczególnie jeden dialog utkwił mi bardzo w pamięci. Opisywał dokładnie moje życie. Opisywał to co czułam, to co wepchnęłam w głąb siebie. Po wyjściu z teatru nie byłam w stanie o tym przestać myśleć. Te słowa cały czas kołatały mi w głowie, jeszcze przez kilka następnych dni. To sprawiło, że pozwoliłam wyjść na zewnątrz mojemu nieszczęściu, wszystkim skrywanym przeze mnie uczuciom. Absolutnie nie byłam na to gotowa. Nie na taką ilość emocji naraz. Nie byłam w stanie tego przerobić, a mimo to cały czas kłębiły mi się w głowie. Nie umiałam sobie z nimi poradzić, nie umiałam wyrzucić ich z głowy, z siebie, z mojego ciała. Zawładnęły mną doszczętnie. Moje ciało zaczęło się buntować. Zaczęłam mieć bardzo mocne uderzenia gorąca, zawroty głowy. Wróciła bulimia… Ten tydzień wspominam w bardzo ciemnych barwach. Z każdym dniem było coraz gorzej. To bagno wciągało mnie coraz głębiej i głębiej, aż w końcu osiągnęłam dno. Czułam jak tonę. Na szczęście udało mi się wykrzesać resztki sił, żeby wyciągnąć rękę po pomoc…

Dodaj komentarz