Dokładnie na tydzień przed otwarciem mojego gabinetu pojechałam na praktyki do Szczyrku. Cały czas zastanawiałam się czy dobrze robię, bo praktyki kończyły się w sobotę rano, czyli dokładnie w momencie, gdy już powinnam być w Krakowie na uroczystym otwarciu i mojego gabinetu i fitness klubu, w którym się mieścił. Miałam zamiar urwać się ze Szczyrku dzień wcześniej, ale oczywiście wszystko musiałam przygotować jeszcze przed wyjazdem. Więc jak można się spodziewać wyjechałam ledwo żywa i mocno niedospana. Czułam się, jakbym jechała tam za karę, że powinnam być w tym czasie w Krakowie. Nie spodziewałam się jednak, że ten wyjazd będzie tak przełomowy w moim życiu.

Był to również mój pierwszy tak długi wyjazd bez wyżywienia na miejscu. Nie byli mi w stanie w hotelu zagwarantować odpowiedniego jedzenia, więc musiałam wszystko wziąć ze sobą. Przywiozłam czterdzieści jajek i maszynkę do ich gotowania oraz dużo kiełbasy, kabanosów i warzyw. Nie wiem jakim cudem dojechałam na miejsce autobusami (z przesiadką) taszcząc ze sobą jedzenie na cały tydzień. I udało mi się jakoś na nim przeżyć. Dokupiłam jedynie na miejscu jakieś owoce i warzywa. Jednak muszę przyznać, że bardzo trudno jest w Szczyrku dostać warzywa, co mnie niezmiernie zdziwiło.

… co tkwi w naszej podświadomości i co nas ogranicza w osiągnięciu celu…

Na miejscu dostałam grafik zajęć na najbliższy tydzień. Były tam ciekawe pozycje m.in. twórcze wizualizacje, wizualizacje medyczne, feng shui, psychologia, radiestezja. Od pierwszego dnia się okazało, że jestem w dobrym miejscu, w dobrym czasie. Miałam wrażenie jakby te wszystkie zajęcia były tak skonstruowane, żebym się dowiedziała co w moim życiu jest nie tak. Jakie mam zaprogramowane myślenie, co siedzi w mojej podświadomości. Generalnie dlaczego moje życie wygląda jak wygląda, dlaczego takie a nie inne są moje relacje z innymi ludźmi. Byłam i jestem po dziś dzień zafascynowana twórczym wizualizacjami. Dowiedziałam się wiele na tych zajęciach o naszej podświadomości i o pracy z jej zawartością. Oczywiście wszystko było poparte praktyką. Na każdych zajęciach sami doświadczaliśmy przynajmniej dwóch wizualizacji. Doskonale pamiętam dzień, w którym omawialiśmy temat ograniczających przekonań, czyli czegoś co tkwi w naszej podświadomości i co nas ogranicza w osiągnięciu celu. Może to być jakieś zdarzenie z przeszłości czy jakieś słowa bliskiej nam osoby, która nam coś wmówiła lub wykrzyczała w trakcie kłótni… I przyszedł czas na zajęciach, kiedy sami mieliśmy wejść w wizualizacje odnośnie naszych ograniczających przekonań. Od razu pomyślałam, że mnie to nie dotyczy, bo przecież ja już osiągnęłam swoje cele, mam wszystko o czym marzyłam, a za kilka dni miałam otworzyć mój gabinet. No ale były to zajęcia, z których potrzebowałam zaliczenia, więc stwierdziłam, że czemu nie. Spróbuję i tak nic z tego pewnie nie wyniknie. Weszliśmy w stan alfa i pierwsze polecenie prowadzącej brzmiało: &zobacz jak osiąga swój cel, jak zdobywasz to o czym zobaczą zawsze marzyłeś, a nie udało Ci się jeszcze do tego dojść&. Wybaczcie, że nie opiszę tego co zobaczyłam w trakcie tej wizualizacji, gdyż jest to sprawa bardzo osobista i wolałabym ją zachować dla siebie. Jednak chciałam Wam o tym napisać choć ogólnie, bo będzie to ważne dla dalszej opowieści. Tak więc w tym momencie ukazał mi się przed oczami bardzo wyraźnie obraz pewnej sytuacji i w myślach skomentowałam to tylko &o qrwa&. Nawet nie sądziłam, że pragnę właśnie tego. Zawsze wszystkim mówiłam, że wcale o to nie zabiegam, że to nie jest moim celem, że w ogóle tego nie chce. Nawet nie raz sobie z tego żartowałam. A tu się okazuje, że jednak podświadomie tego bardzo pragnę i uważam, że to jest aktualnie mój główny cel życiowy. Usłyszałam kolejne polecenie prowadzącej: &teraz zobacz sytuację, zdarzenie, które sprawiło, że jeszcze tego celu nie osiągnąłeś. Zobacz swoje ograniczające przekonanie&. I teraz doznałam jeszcze większego szoku. Byłam obserwatorem pewnego zdarzenia z mojego życia, o którym dawno zapomniałam, a teraz widziałam je wyraźnie, ze wszystkimi szczegółami. Nie sądziłam, że takie jedno, niby błache wydarzenie zaważyło na całym moim życiu. Gdy wyszłam z wizualizacji aż zachciało mi się płakać. W końcu odkryłam co jest nie tak. Co sama o sobie myślę, a tak naprawdę, co siedzi w mojej podświadomości i zmusza mnie do takiej samooceny. Było to straszne doświadczenie, ale bardzo mi potrzebne. Podobne rzeczy działy się na każdych zajęciach. Powoli odkrywałam wszystkieodkrywają części układanki mojego życia i z każdym dniem byłam coraz bardziej świadoma siebie, ale jednocześnie coraz bardziej przerażona tym wszystkim.

Podczas wyjazdu codziennie rano biegałam, żeby zrównoważyć cały dzień spędzany w pozycji siedzącej. I jak to zawsze u mnie bywa, najlepiej mi się myśli uprawiając sport. Tak było i tym razem. Pewnego poranka wreszcie poskładałam wszystkie części i odkryłam niesamowite rzeczy. Napiszę tu o jednej, głównej, nad którą zdecydowałam się popracować. A mianowicie odkryłam, że znacząca większość relacji z innymi ludźmi w moim życiu polegała na tym, że potrzebowałam, żeby inni mnie wykorzystywali. Zawsze inni byli dla mnie ważniejsi niż ja sama. Potrafiłam dla innych poświęcić wszystko. I wydawało mi się, że tylko wtedy się spełniam, tylko wtedy jestem szczęśliwa, gdy pomagam innym, gdy daję innym coś z siebie. Dopiero tego dnia odkryłam, że tak naprawdę bardzo potrzebowałam być wykorzystywana, wręcz pomiatana. Pomimo, że często przez to cierpiałam, to paradoksalnie sama pchałam się w takie relacje, takie sytuacje. Byłam wręcz uzależniona od tego, żeby ktoś moją dobroć i chęć niesienia pomocy wykorzystywał nie dając nic w zamian. Jakkolwiek dziwnie i absurdalnie to brzmi. Teraz nie raz dostrzegam, że wiele osób ma taki wzorzec w swoim życiu. I zawsze słyszałam słowa, które doprowadzały mnie dosłownie do szewskie pasji: &jesteś twarda, dasz sobie radę&. Był to los, który sama sobie zgotowałam. Zawsze starałam być na zewnątrz twarda, a potem wściekałam się, że nikt nie dostrzega tego co jest wewnątrz. Tak więc wyplątując się z jednej chorej relacji, pchałam się od razu w inną. I tak było od zawsze. Ja dawałam ludziom wszystko, a oni mi nic. Doskonale pamiętam jedne z moich urodzin, jeszcze w podstawówce. Zaprosiłam na nie cztery moje najbliższe przyjaciółki. Cieszyłam się na tę imprezę niesamowicie, nie mogłam się jej doczekać. Jednak się okazało, że …. nikt nie przyszedł… wszystkie przyjaciółki zapomniały. I tak wyglądały prawie wszystkie relacje w moim życiu. Pamiętam, jak zdarzyło mi się w końcu trafić na kogoś kto o mnie dbał. To było coś niesamowitego. Ale podświadomie nie mogłam tego znieść, przecież ja mam być wykorzystywana, a nie ze ktoś ma bezinteresownie o mnie dbać. I oczywiście popsułam tę relacje…

To odkrycie było jak uderzenie obuchem w łeb. Jak ja mogłam wcześniej tego tego nie widzieć? Jak mogłam tak się krzywdzić. Wyjechałam ze Szczyrku z wielką motywacją do pracy nad sobą i wieloma pomysłami jak tego dokonać. Miałam wtedy wręcz pewność, że oto otwiera się przede mną nowy rozdział życia, że w końcu będę prawdziwie szczęśliwa. Jednak nie zdawałam sobie sprawy, że owszem był to przełomowy moment w moim życiu, ale nie podejrzewałem, że najgorsze jeszcze przede mną…

2 thoughts on “Biografia mojej autoimmunologii – cz.20 Praktyki”

  1. „Zaprosiłam na nie cztery moje najbliższe przyjaciółki. Cieszyłam się na tę imprezę niesamowicie, nie mogłam się jej doczekać. Jednak się okazało, że …. nikt nie przyszedł… wszystkie przyjaciółki zapomniały. ”

    …. trzeba było kolegów zaprosić, na pewno by nie zapomnieli 😉
    ..Twój były nr stacj. (**370-36) do dzisiaj mi siedzi w pamięci 🙂

    Fajnie się czyta Twojego bloga
    Powodzenia w dążeniu do upragnionego celu Hosta 😉

    Pozdrawiam
    Grzegorz

    1. To było za czasów podstawówki ;). Nieźle, że ktoś jeszcze pamięta mój numer, który nie istnieje od tylu lat.
      Miło, że „starzy” znajomi czytają moje wypociny ;).

Dodaj komentarz