159240834786271
Jeśli nagle masz splot nieszczęśliwych wydarzeń zastanów się, czy na pewno idziesz właściwą ścieżką

Na szczęście facet prowadzący samochód, który mnie potrącił zatrzymał się, sprawdził jak się czuję. Zastawił mnie trójkątem ostrzegawczym. Zadzwonił na policję, pogotowie. Śmiać mi się chciało, jak dzwonił na pogotowie. Powiadomił dyspozytora co i jak, po czym usłyszałam „Nie wiem, sprawdzę” nachylił się, żeby zobaczyć moją twarz i powiedział „góra 20 lat”. Prawda była taka, że tydzień wcześniej skończyłam 29 lat. Czyli oznaczało to, że nawet po wypadku wyglądałam dobrze 🙂 . Jednak cały czas byłam przekonana, że mi się nic nie stało, cały czas myślałam „niech pogotowie szybko przyjedzie, da mi coś przeciwbólowego, rozprostują mnie, bo przecież za niecałe 3 godziny muszę być w pracy”. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że jest mi coś poważnego. Mimo wszystko myślałam całkiem rozsądnie, dopytywałam się, gdzie jest mój rower, czy na pewno nikt go przy okazji nic nie ukradł. Nawet jak przyjechało pogotowie i chcieli mi odciąć plecak, żeby móc mnie położyć na noszach, to byłam upierdliwym pacjentem, bo nie pozwoliłam, żeby przecinali mi byle jak, bo chciałam jeszcze z tego plecaka korzystać. W karetce, gdy leżałam z usztywnioną szyją, przywiązana do noszy, gdyż podejrzewano uraz kręgosłupa też się co chwilę dopytywałam czy na pewno na noszach jest też mój plecak.

Przy okazji wspomnę o zabawnej sytuacji. Jedna z moich współlokatorek na studiach mawiała: „moja babcia zawsze powtarza `uważaj jakie majtki ubierasz bo nigdy nie wiadomo, kiedy Cię pogotowie weźmie`”. Zawsze się z tego powiedzonka śmiałam. Aż do czasu, gdy w szpitalu wzięli mnie na prześwietlenie. Miałam usztywnioną szyję, nie wolno było mi się ruszać i funkcjonariusz ściąga mi spodnie do rtg i wtedy w mojej głowie pojawia się paniczna myśl: „jakie ja dziś mam na sobie majtki?? Oby nie jakieś z dziurą„ 🙂

Dopiero w szpitalu uświadomili mi, że mój stan zdrowia jest gorszy niż myślałam, choć i tak od razu tę informację wyparłam. Owszem kręgosłup był w całości, dlatego też wypuścili mnie w miarę szybko do domu, ale nakazali bardzo oszczędny tryb życia. Nie bardzo sobie wyobrażałam jak w może to wyglądać w moim przypadku. Prowadziłam dziennie nawet osiem godzin zajęcia fitness. Przecież nie mogłam kogoś zatrudnić na moje miejsce, bo przecież nawet jak ja prowadziłam te wszystkie zajęcia to ledwo na swoje wychodziłam, zamknięcie klubu nawet przez myśl mi nie przeszło, bo mimo wszystko nadal byłam święcie przekonana, że to przecież nic aż tak poważnego, poboli, poboli i przejdzie. Do tego jeszcze był taniec, czyli co tygodniowe próby zespołu, plus swoje własne treningi oraz prowadzone zajęcia. Parę dni wcześniej byłam na próbnych występach z nowym zespołem, do którego mieli mnie przyjąć, zapowiadał się niezły kontrakt. A niecałe trzy tygodnie później rozpoczynałam studium choreografii, na którym mi bardzo zależało. Oszczędny tryb życia, rezygnacja ze sportu i tańca w ogóle nie wchodziła w grę i z powodów ekonomicznych i tego, że ruch to było całe moje życie. Nawet nie próbowałam sobie wyobrażać, jak mogłabym bez niego funkcjonować.

Lekarka ortopedii, do której udałam się po zwolnienie, nawet mnie nie obejrzała, stwierdziła, że skoro przyszłam o własnych nogach, to na pewno mi nic poważnego nie jest i dała moje pierwsze w życiu L4 na trzy tygodnie. Tego dnia odpoczywałam, ale dzień później… już normalnie poszłam do pracy. Ktoś musiał wysprzątać klub, nie stać mnie było na sprzątaczkę. Przez pierwszy tydzień oszczędzałam się w prowadzeniu zajęć. Wzięłam tylko te spokojne, stretching, pilates, ale tydzień po wypadku prowadziłam już wszystko. Jechałam na bardzo mocnych środkach przeciwbólowych i starałam się funkcjonować normalnie. Nawet w 2,5 tygodnia po wypadku były urodziny mojego klubu i ośmiokrotnie występowałam tanecznie na scenie, a w międzyczasie leżałam w DJejce i wręcz zdychałam z bólu, bo ie można było tego inaczej nazwać, ale inaczej po prostu nie mogłam. Po skończeniu L4, poszłam do mojej ortopedy po kolejne, żeby chociaż trochę zwrotu z ZUSu dostać (oczywiście nie dostałam od nich nic, ale to inna długa historia) i usłyszałam, że już jestem całkowicie zdrowa i tylko wymyślam. Faktu, że nie mogę siedzieć, ani zbyt długo stać, bo dalej mnie bardzo boli kręgosłup lekarka nie skomentowała. Powiedziała, że nic mi nie jest i jestem całkowicie zdolna do pracy (oczywiście znów w ogóle mnie nie oglądnęła).

Dopiero około 1,5 miesiąca po wypadku trafiłam do mojej aktualnej lekarki, osteopaty ze specjalizacją lekarza rehabilitacji. Dopiero wtedy dowiedziałam, że wcale nie jest z moim kręgosłupem tak dobrze. Wtedy też uświadomiłam sobie co tak naprawdę usłyszałam od lekarzy w szpitalu, a wyparłam to mocno z mojej pamięci „ma Pani wielkie szczęście, że Pani ćwiczy i posiada mocne mięśnie stabilizujące kręgosłup. Zadziałały one niczym amortyzatory, co prawda przy tym zostały uszkodzone, ponadrywały się oraz pozrywały, ale uratowały kręgosłup. Gdyby nie te mięśnie w najlepszym wypadku jeździłaby Pani na wózku”. No i zaczęła się moja właściwa rehabilitacja. Trwa ona tak naprawdę do dnia dzisiejszego i będzie zapewne kontynuowana jeszcze przez wiele, wiele lat, żebym mogła utrzymać się w jednym kawałku. Okazało się, że przede wszystkim muszę zrezygnować z tańca. Jednak co było dla mnie dużo gorsze, to fakt, że co rehabilitacja postępowała krok do przodu, to taka ilość prowadzonych zajęć fitness cofała mnie dwa kroki od tyłu. Wszystkimi siłami starałam się tej myśli nie dopuszczać do siebie. Jednak siostra uświadomiła mi, że czas zamknąć klub. Była to jedna z najtrudniejszych decyzji w moim życiu. Gdy ją już podjęłam, załatwiłam wszelkie formalności związane z zamknięciem klubu. Zdecydowałam, że klientkom powiem dopiero miesiąc przed zamknięciem, bo póki co na samą myśl same mi łzy do oczu napływały. Szczególnie ciężko mi było, gdy jedna z dziewczyn podeszła do mnie po zajęciach i zaczęła mówić jak się cieszy, że do mnie trafiła, ile te zajęcia dla niej znaczą. Nadludzką siłą się nie rozpłakałam… Gdy już nastał czas przekazania informacji o zamknięciu klubu, płakałyśmy wszystkie. Usłyszałam nawet od jednej dziewczyny, że czuje się jakby ją facet rzucił. Wiele osób było wręcz zrozpaczonych, a ja nadal sobie nie wyobrażałam jak moje życie będzie dalej wyglądać…

Patrząc z perspektywy czasu ten wypadek był jedną lepszych rzeczy jakie się wydarzyły w moim życiu. Przekonałam się na własnej skórze, że jeśli Twoje życie zmierza w złą stronę, to cały wszechświat będzie próbował Ci o tym powiedzieć. Najpierw dając subtelne znaki. Jeśli tego nie zauważysz to rąbnie mocniej. Jeśli nadal nic nie zmienisz, to najprawdopodobniej walnie ze zdwojoną siłą. Ja potrzebowałam dopiero poważnego uszkodzenia kręgosłupa, żeby zrozumieć, że nie tędy droga, że powinnam się realizować w inny sposób, na pewno nie poprzez własną firmę. Teraz, czyli cztery lata po zamknięciu mojego klubu, nadal robię to co kocham, prowadzę zajęcia fitness, ale w dużo mniejszej liczbie godzin. Pracuję przede wszystkim z ludźmi sam na sam, w czym się naprawdę realizuje i czuję, że to jest moja droga. Spędzam w pracy mniej godzin, a zarabiam dużo więcej. Ostatnio nieopatrznie przyjęłam pewną propozycję pracy, która jednak nie była mi pisana, przysporzyła mi wiele stresu i uszczupliła mocno czas wolny. Gdy stres w tej pracy osiągnął moment kulminacyjny wstałam rano z bólem kręgosłupa, takim samym jaki miałam w chwili wypadku. Od razu do głowy przyszła mi myśl „To znak. Tym razem zareaguje od razu, nie pozwolę, żeby znów jakiś samochód musiał we mnie wjechać, żeby uzmysłowić mi, że nie tędy droga” i godzinę później zrezygnowałam z tej pracy.

Pamiętaj, w życiu nie ma przypadków, nic nie dzieje się bez przyczyny. Jeśli nagle masz splot nieszczęśliwych wydarzeń zastanów się, czy na pewno idziesz właściwą ścieżką i czy nie czas coś zmienić w swoim życiu…

Jednak nie myślcie, że wszystko tak łatwo poszło po zamknięciu klubu. Wtedy dopiero zaczął się prawdziwy armagedon, jeśli chodzi o moje zdrowie. Więcej o tym już za tydzień…

Dodaj komentarz