159240834786271

W wynikach badań wyszła ewidentna hipoglikemia reaktywna z nadmiernym wyrzutem insuliny. Na czczo wszystkie parametry były w porządku. Po godzinie poziom glukozy we krwi podniósł się wręcz książkowo, ale za to reakcja ze strony trzustki była do niego nieadekwatna: poziom insuliny był przekroczony prawie czterokrotnie. Do tego moje komórki działały już tak jak trzeba, czyli były odpowiednio wrażliwe na insulinę, więc glukoza po dwóch godzinach była o połowę niższa niż na czczo, w zakresie prawie zapaściowym. Nic dziwnego, że źle się czułam z taką wartością i szybko potrzebowałam spożyć cokolwiek z cukrem, żeby podnieść glukozę we krwi. Potwierdziło to moje podejrzenia i również dużo mi wyjaśniło. Takie zejścia zdarzały mi się zazwyczaj podczas uprawiania sportu w trakcie upału. Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, że jest mi wiecznie za gorąco. Od około dwóch lat nie założyłam żadnej kurtki na siebie, a zimową już dawno oddałam, bo tylko wisiała w szafie i jej nie używałam. Często się zdarza, że np. na szkoleniu ja siedzę w koszulce bez rękawków i dalej jest mi za ciepło, ale nie mam już co zdjąć, a reszta sali w najlepszym wypadku w swetrach, jeśli nie w kurtkach. Generalnie zawsze i wszędzie odkąd pamiętam jest mi za gorąco i za duszno. Możecie więc sobie wyobrazić, co czuję w trakcie upałów, kiedy wszyscy chodzą w takich ubraniach jaki ja chodzę przy temperaturze przynajmniej kilkanaście stopni niższej. Niedawno usłyszałam pytanie: „dlaczego Ty teraz, jak jest ponad trzydzieści stopni ubierasz się tak samo, jak wtedy gdy było piętnaście?” odpowiedziałam „bo cieńszych ciuchów już nie posiadam”… Tak więc upał był zawsze dla mnie nie lada wyzwaniem. Muszę zużywać dużo więcej energii na chłodzenie ciała, dlatego też mam odwrotnie niż większość ludzi: w lato jem więcej niż w zimie. Gdy temperatura jest znośna, czyli poniżej dwudziestu stopni w końcu mogę jeść normalne ilości jedzenia, mogę wyjść rano bez śniadania i wiem, że nie zakończy się to omdleniem, mam dużo bardziej stabilny poziom glukozy we krwi. Za to upałów szczerze nienawidzę: jest mi nieznośnie gorąco, bardzo duszno i jestem wiecznie spragniona i głodna. Nic dziwnego, że ławo wtedy wpadam w hipoglikemię, gdy zjem za mało węglowodanów. Jeśli przy okazji jeszcze mam wysiłek fizyczny, który dodatkowo podnosi temperaturę mojego ciała, to już w ogóle jest tragedia. Do tego wszystkiego przypomnę jeszcze, że mam bardzo niskie ciśnienie krwi i niezwykle słabe krążenie. Czyli jestem totalną sprzecznością. Powinno mi być wiecznie zimno, powinnam łatwo marznąć i uwielbiać upały, a tymczasem jestem tego zupełnym przeciwieństwem. Od lekarzy oczywiście słyszałam głównie, że taka moja uroda :). Nikt nie umiał mi wytłumaczyć, dlaczego tak jest. Dopiero medycyna chińska udzieliła mi odpowiedzi, ale nie będę jeszcze wybiegać w przyszłość :). O tym dopiero za kilka-kilkanaście części.

To był naprawdę ciężki okres w moim życiu…

Po odebraniu wyników zaczęłam bardziej dbać o odżywianie się latem, w czasie upałów i w trakcie uprawiania sportu. Zaczęłam do tego podchodzić bardziej poważnie. Teraz już mam zawsze przy sobie glukozę krystaliczną na przypadek hipoglikemii, aczkolwiek ją zaczęłam nosić dopiero pół roku później, po moim ostatnim, ale najbardziej spektakularnym zjeździe hipoglikemicznym.

Dziś jeszcze chciałam wspomnieć Wam o mojej kondycji psychicznej z tamtego okresu, tamtego lata. Idealnie odzwierciedlało ją moje mieszkanie, w którym ówcześnie mieszkałam. Było one dosyć duże jak na kawalerkę, około czterdzieści metrów kwadratowych. Duży pokój, przedpokój, łazienka i kuchnia. Mieszkanie było całe zagracone, aczkolwiek niekoniecznie moimi rzeczami, choć moje to wszystko jeszcze uzupełniały. Wynajmowałam to mieszkanie i niestety nie miałam prawa niczego w nim zmienić, wyrzucić, ani nawet znieść do piwnicy, bo właściciel nawet nie pamiętał, przynajmniej tak twierdził, która piwnica jest jego i gdzie ma do niej klucze… Tak więc w mieszkaniu było bardzo dużo mebli, w których niestety po części leżały jeszcze rzeczy właściciela. Duży stół, wiele krzeseł, taboretów, dwa łóżka… generalnie grat na gracie, aczkolwiek jakoś w tej przestrzeni się odnajdywałam. Ważne, że nie było drogo, w dobrej lokalizacji i mogłam trzymać króliki. Reszta wówczas dla mnie się niewiele liczyła. W tamtym mieszkaniu co chwile mnie ktoś odwiedzał. Nie tylko znajomi, oni byli w mniejszości. Przede wszystkim przyjmowałam regularnie osoby na rozluźnianie czy nawet ćwiczenia. Nie widziałam nic dziwnego w tym, że pracuję w domu. Nawet się cieszyłam, że nie muszę zawsze gdzieś jeździć, że część osób przyjeżdża do mnie. Musiałam więc dbać, żeby mieszkanie jakoś wyglądało. Przyznam szczerze, że nie jestem wielbicielem sprzątania. Choć to chyba za mało powiedziane :). W tamtym mieszkaniu sprzątałam regularnie to co było widać, gdzie ludzie wchodzili, czyli pokój, przedpokój i łazienkę. Natomiast to co działo się w kuchni chyba nie da się słowami opisać. Teraz na wspomnienie o tym aż mnie ciarki przechodzą, że ja w tej zasyfiałej kuchni przygotowywałam sobie jedzenie… nigdy wcześniej i nigdy później nie miałam tak zapuszczonego choć kawałka mieszkania. Było tam dosłownie wszystko i wszędzie. I takie też wówczas było moje życie. Dokładnie takie. Po pierwsze mocno zagracone, robiłam tysiąc rzeczy. Nie dość, że cały czas byłam w drodze, trochę dojeżdżałam do ludzi do domów, trochę przyjmowałam ich w dwóch klubach w których pracowałam, trochę przychodzili do mnie. Cały czas byłam w drodze między jednym a drugim miejscem. Śpiewałam w chórze i starałam się bywać regularnie na próbach dwa razy w tygodniu. Miałam swoją grupę taneczno-teatralną, z którą nie tylko miałam próby, ale i musiałam przygotowywać spektakle itp. Udzielałam się w klubie studenckim (tak, dawno już nie byłam studentką). Uczyłam w szkole policealnej, sama uczyłam się w innej, jeździłam non stop na szkolenia, sama inne prowadziłam… generalnie robiłam w życiu wszystkiego po trochu i we wszystkim chciałam być na 100%, miałam potrzebę bycia we wszystkim najlepszą, nie chcąc z niczego zrezygnować, ani niczego odpuścić. Tak więc moje życie było totalnie wszystkim zagracone. No i część, do której wpuszczałam ludzi była ładne wysprzątana: starałam się być zawsze uśmiechnięta, pozytywna, zawsze pomagająca, służąca radą, taka do rany przyłóż. Nikt, albo prawie nikt, nie podejrzewał nawet, że istnieje jeszcze ta zasyfiona kuchnia, czyli moje życie gdy nikt nie patrzy, gdy zostaję sama. Wtedy nadal była przez większość czasu depresja, wielka zmienność nastrojów, momentami miałam problemy, żeby sama ze sobą wytrzymać. To był naprawdę ciężki okres w moim życiu. I może właśnie dlatego tak sobie zagraciłam wszystkim moje życie, żeby cały czas coś robić, żeby jak najmniej czasu mieć wolnego, żeby jak najrzadziej być sama, bo wtedy musiałam się zmierzyć z prawdziwym ja, a miałam wrażenie, że jeszcze nie jestem gotowa. Zresztą nawet nie wiedziałam jak się do tego zabrać.

I tak mi minęły całe wakacje: duuuuużo pracowałam, nawet w domu, dużo się uczyłam, robiłam tysiąc kolejnych kursów i przygotowywałam pomieszczenie pod mój gabinet, a w chwilach gdy w końcu musiałam pobyć sama ze sobą, po prostu płakałam lub leżałam otępiała. Na szczęście przyszedł koniec sierpnia. Tydzień, który odmienił moje życie. Bez niego na pewno byłabym nadal w czarnej dupie zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Był to tydzień praktyk z Terapii Naturalnych w Szczyrku…

Dodaj komentarz