Podczas wyjazdu rowerowego zdarzyły się dwie rzeczy, o których warto wspomnieć w mojej opowieści. Pierwszego dnia podczas jednego z postojów złapał mnie skurcz przepony. Trudno określić ten ból. Był to dziwny, mocno kłujący ucisk w podżebrzu. Sprawiał, że nie byłam w stanie się wyprostować, ani wziąć pełnego oddechu. W ogóle oddychanie było mocno utrudnione, gdyż każdy wdech poruszał przeponą i wzmagał ból. Nie byłam też w stanie się wyprostować, jakby ten ucisk chciał mnie przytrzymać jak najdłużej w pozycji zamkniętej. Nawet jechanie na rowerze było mocno utrudnione. Skurcz utrzymywał się około półtorej godziny. Dla mnie była to wieczność, podczas której nie miałam żadnej radości z jazdy i nie byłam nawet w stanie obserwować wszystkiego wokół. I nagle ból odszedł tak samo niespodziewanie jak przyszedł. Wcześniej tak mocny skurcz czułam tylko raz. Wtedy był na tyle mocny, że nie byłam w stanie jechać rowerem, musiałam zejść i prowadzić go do domu zgięta w pół, przystając od czasu do czasu, żeby przeczekać najgorsze napady kłucia. Wydawało mi się wówczas, że ten ból pochodzi bardziej od żołądka lub wątroby i zrzuciłam go na karb bigosu, który jadłam tamtego dnia, że pewnie on mi zaszkodził. Jednak podczas wyprawy nic takiego nie jadłam i poczułam ewidentnie, że ucisk pochodzi z przepony i ruch płuc ma na niego ogromny wpływ. Jednak gdy przeszedł przestałam się nim przejmować. Uznałam, że może po prostu schodzi ze mnie stres. I coś w tym racji było. Tak naprawdę dopiero półtora roku później dojdę do tego, że to co całe życie uznawałam za ból żołądka ze stresu tak naprawdę był mocnym skurczem przepony, która uciskała też na żołądek. I w takich sytuacjach zawsze zażywałam leki właśnie na żołądek…. okazuje się, że niepotrzebnie się faszerowałam chemią jednocześnie uszkadzając moją florę bakteryjną. Jednak nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. To co dla mnie jest najbardziej fascynujące to działanie tych leków. Wmawiałam sobie, że jest to jedyna rzecz, która może mi pomóc… i zawsze mi pomagały. Nie ważne, że żołądek jak się okazuje, zawsze miałam zdrowy, dobrze funkcjonował, a leki, które miały na niego pomagać w jakiś magiczny sposób rozkurczały mi przeponę. Taka oto jest siła placebo. I pewnie jeszcze nie raz będę o takich przypadkach pisać. Jeśli sobie wmówisz, że coś Ci pomoże, to bardzo prawdopodobne, że naprawdę Ci pomoże, tylko musisz w to mocno wierzyć i nie mieć żadnych wątpliwości. Trzeba być po prostu na 100% pewnym to co się robi.

Muszę przyznać, że mniej więcej właśnie od tej wyprawy rowerowej zaczęły się dziać niesamowite rzeczy. Było tak samo jak z pogodą na wyjazd: nie dopuszczałam opcji, że może padać, wręcz byłam święcie przekonana, że padać nie będzie i nie padało. I od tego momentu zaczęły się dziać cudowne rzeczy w moim życiu. Po pierwsze wszystko co sobie postanowiłam, zaplanowałam udawało się zrealizować. Pamiętacie jak w poprzedniej części pisałam, że po raz pierwszy wypowiedziałam na głos, że chcę mieć własny gabinet i zaczęłam planować jak się do tego zabrać? Jakieś dwa albo trzy tygodnie po tej rozmowie dostałam propozycje otwarcia gabinetu. I jak się okazało gabinet miał się otworzyć idealnie w moje urodziny (choć nie ja wybierałam ten termin). Dodatkowo coraz częściej stawały na mojej drodze odpowiednie osoby, czy zdarzenia, które pomagały mi iść na przód. Zawsze gdy tego potrzebowałam, zdarzało się coś co pchało mnie we właściwą stronę. Cały czas się zastanawiałam, czy wcześniej w moim życiu też tak się działo, czy dopiero wtedy zaczęły się zdarzać cały czas niezwykłe „zbiegi okoliczności”… im dłużej o tym myślę, tym jestem bardziej pewna, że całe życie takie rzeczy dzieją się wokół nas, tylko najczęściej my tego nie dostrzegamy lub po prostu nie chcemy dostrzec. Jak spojrzę wstecz to miałam takich znaków mniej lub bardziej subtelnych na mojej drodze bez liku. Jednak ja nie chciałam ich widzieć. Tak było między innymi z moim klubem. Tyle rzeczy się działo, że już wcześniej powinnam go zamknąć, jednak zawsze uparcie trwała w swoim. No to w końcu życie pokazało mi w bardziej dobitny sposób, że nie tędy droga, pozwalając, żeby samochód we mnie wjechał. Od tamtego momentu zaczęłam dostrzegać, że nic, absolutnie nic nie dzieje się w naszym życiu bez powodu. Wszyscy ludzie, których spotykamy na naszej drodze są nam do czegoś potrzebni lub my im. Od kiedy to zrozumiałam było mi dużo łatwiej. Miałam wrażenie, że cały wszechświat czuwa nade mną i będzie dawał mi cały czas subtelne znaki, żebym znów nie zbłądziła. Powinnam tylko bardziej wyczulić się na nie. Tej umiejętności uczę się po dziś dzień i muszę przyznać, że jest to bardzo ważne i każdy powinien być wyczulony na wszystko co się wokół niego dzieje. No i najważniejsze, że jeśli będziesz optymistycznie się nastawiać do świata to i więcej optymistycznych rzeczy będzie się działo wokół Ciebie. Tak samo będzie z pesymistycznymi myślami, przyciągają złe wydarzania. Dlatego też dobrze pamiętać, że zarówno pesymiści jak i optymiści mają rację. Wystarczy tylko wybrać odpowiednią dla siebie opcję. Aczkolwiek o tym jak do tego doszłam będzie wkrótce w kolejnej części, już niedługo, gdyż działo się to zaledwie dwa miesiące później.

Dziś miałam się skupić na opisaniu tego co się stało w trzeci dzień wyprawy rowerowej, ale cały czas coś innego mi się przypomina co chciałabym Wam przekazać z tamtego okresu mojego życia. Ale już wracam do sedna sprawy :).

Był gorący, wręcz upalny dzień. Zaczęłam go od biegania i pływania w jeziorze po czym zjadłyśmy śniadanie, złożyłyśmy namiot i wyruszyłyśmy przed siebie w drogę do Elbląga. Po nie tak długim pierwszym odcinku zaczęło mi być mocno słabo. Pomimo, że tak jak zawsze zjadłam pożywne śniadanie i w poprzednie dni tak się nie działo. Na szczęście na naszej drodze pojawiła się stacja benzynowa i udało mi się tam znaleźć czekoladę, którą mogłam zjeść i od razu poczułam się lepiej. I tak już było do końca tego dnia. Co jakiś czas jakby ktoś nagle odłączał mi bateryjki. Nagle byłam niezwykle słaba, miałam wrażenia, że za chwilę zemdleję, a jednocześnie jest mi tak niedobrze, że nie byłam w stanie myśleć o jedzeniu. Jednak zdrowy rozsądek brał górę i wiedziałam, że jest to oznaka, że poziom cukru we krwi mi spada i chcę czy nie muszę coś zjeść, żeby nie odpłynąć. I tak jechałam tego dnia 125 kilometrów w upale, ledwo żywa, zastanawiając się cały czas co przyjdzie wcześniej omdlenie czy wymioty, bo obydwa stany czułam, że są już niezwykle bliskie. Jakimś cudem przeżyłam tę trasę, ale na pewno nie wspominam jej przyjemnie.

Po powrocie postanowiłam, że w końcu zrobię krzywą cukrową i insulinowa, do której zbierałam się już od dawna, gdyż podejrzewałam, że mogę mieć jakieś problemy z poziomem cukru we krwi. Jednak żaden lekarz nie chciał mi wypisać skierowania, bo uważał, że nie ma do tego podstawy. Na szczęście miałam już wówczas lepszego lekarza, który bez problemu wypisał mi skierowanie. Tak więc w pewną czerwcową sobotę, w którą miałam później przeprowadzać egzamin praktyczny na instruktora fitness, pojechałam na badania. Okazało się, że skierowanie jest niepełne i mało brakowało, żebym nie mogła podejść do tego badania. Jednak koniec końców po godzinie nerwów i niepewności uznano, że mogę przystąpić do krzywej. Po podaniu glukozy czułam się całkiem dobrze. Po pierwszym i drugim pobraniu krwi też wszystko było w porządku. Dopiero parę minut przed ostatnim pobraniem krwi, po dwóch godzinach od podania glukozy, poczułam dokładnie to samo co tamtego dnia na rowerze. Jednocześnie dużą bliskość omdlenia i wymiotów. Ledwo byłam w stanie usiedzieć na ławce, ale jednocześnie bardzo się cieszyłam, że tak się stało, bo przynajmniej w badaniu wyjdzie co się wtedy dzieje. Tuż po wyjściu z drugiego pobrania od razu kupiłam w kiosku cokolwiek z cukrem, co mogłam zjeść. Po uzupełnieniu cukru dosłownie popędziłam rowerem na egzamin, na który już i tak byłam spóźniona, no ale jak to się mówi, beze mnie nie zaczną :). I już cały dzień działo się dokładnie to co na rowerze. Byłam ledwo żywa i dokładnie co dwie godziny miałam wielki zjazd i musiałam zjeść cokolwiek z cukrem, żeby nie odlecieć. Do mieszkania wróciłam dosłownie słaniając się na nogach. Z ciekawości zajrzałam do internetu, czy są już moje wyniki i okazało się o dziwo, że już były…

Dodaj komentarz