159240834786271

Nareszcie nadszedł koniec protokołu. Bałam się, że jak zjem jajka to albo mi nie będą już smakować albo co gorsza wyjdzie mi na nie nietolerancja. Chyba nigdy nie zapomnę tego smaku jajek na śniadanie po trzech miesiącach niejedzenia ich. Były smaczne jak nigdy. Na szczęście nic mi po nich nie było. Znaczyło to, że mogłam je jeść i byłam niesamowicie szczęśliwa z tego powodu. Jako drugą wprowadziłam kawę i nadal mi nic nie było. To mi już wystarczyło, z kawą i jajkami mogłam już żyć.

Kilka dni po zakończeniu protokołu umówiłam się na kontrolne usg tarczycy. Jadąc do endokrynologa bałam się jak nigdy. A co będzie jeśli jest jeszcze gorzej? W tamtym momencie wydawało mi się, że zrobiłam już wszystko co mogłam dla mojej tarczycy, nie miałam pomysłu na jakiekolwiek inne działania. Dlatego też wchodziłam do gabinetu dosłownie z duszą na ramieniu, z wielkim bólem żołądka z nerwów i dosłownie ledwo stojąc. Lekarz przywitał mnie jeszcze cudownym: „Przecież Pani robiła usg trzy miesiące temu, nie ma Pani na co pieniędzy wydawać?”. Na moją odpowiedź, że zmieniałam sposób odżywiania i chciałam sprawdzić jak to wpłynęło na moją tarczycę prawie mnie wyśmiał. Przygotowując mnie do badania cały czas tłumaczył, że przy moim schorzeniu to już nie ma ratunku dla tarczycy, będzie się stale zmniejszać, czasami będą przestoje kiedy się nic nie będzie działo, a potem znów się będzie zmniejszać, aż prawdopodobnie zupełnie zniknie. Dodał jeszcze że póki co przyjmuję niewielkie dawki leków, że trzeba będzie je stale zwiększać… Nie miałam ochoty się wtrącać i przyznać się, że za pozwoleniem mojego lekarza, po dobrych wynikach badań krwi zmniejszyłam dawkę hormonów, które brałam i dążyłam do całkowitego odrzucenia leków. Gdy endokrynolog zaczął robić usg podszedł komputera, żeby sprawdzić jakie były wcześniejsze wyniki i już tak do końca badania latał tam i z powrotem od aparatu usg do komputera. Jego mina zaczęła się drastycznie zmieniać, jakby widział coś bardzo dziwnego, sprawdzał nawet czy sprzęt się nie zepsuł. Na koniec tylko zapytał: „Co Pani dokładnie robiła przez te trzy miesiące?” Na moje słowa o jedzeniu powiedział od razu, że to nie ma znaczenia i zaczął wypytywać o brane suplementy. Dopiero na kwasy omega 3 zareagował: „Tak, to jest to, na pewno to. Tylko kwasy omega 3 mogły coś takiego zrobić”. Nie chciało mi się komentować tej wypowiedzi, czekałam tylko na wynik, żeby zobaczyć, co takiego się podziało. Przeżyłam szok, na szczęście pozytywny. Tarczyca była znacząco większa niż trzy miesiące wcześniej!!!! Co prawda stan zapalny cały czas szalał jak chciał, czyli autoimmunologia cały czas była i to w znaczący sposób, ale stan samej tarczycy się polepszył. Kamień spadł mi w serca, czyli nie męczyłam się na darmo. Wtedy jeszcze do mnie nie docierało, że protokół przecież w teorii jest po to, żeby zmniejszyć stan zapalny, a w tej kwestii nic się nie poprawiło. Dla mnie najważniejsze było to, że tarczyca jest większa, czyli jest jakaś zmiana na lepsze, postęp. Chyba wtedy potrzebowałam bardzo wierzyć w to, że te wszelkie zmiany są dzięki AIP, żeby wytłumaczyć sobie, że nie męczyłam się na marne. Z perspektywy czasu, drążenia tematu i kolejnych wykonanych badań usg, mogę powiedzieć z całą pewnością, że w moim przypadku protokół nie sprawdził się, nie wykonał w moim organizmie tego co powinien, generalnie nie spowodował żadnych, ale to żadnych zmian, poza znacznym pogorszeniem samopoczucia psychicznego. To, że tarczyca była większa było zasługą wszystkiego innego co robiłam w tym czasie, przede wszystkim suplementacji jodem (akurat moja tarczyca bardzo go potrzebowała. W typowym Hashimoto może się okazać, że jod bardziej zaszkodzi niż pomoże. Pamiętaj, że to co pomogło mi nie musi pomóc Tobie. Kuracja powinna być prowadzona pod okiem specjalisty i dobrana indywidualnie) oraz początkiem pracy nad moimi emocjami. Jak się okaże rok później uda się całkowicie pozbyć stanu zapalnego sposobami bardzo dalekimi od AIP, a wręcz całkowicie mu przeciwnymi. Ale o tym jeszcze nie teraz.

Tarczyca się odbudowywała!

Tarczyca się odbudowywała, a ja w ciągu paru miesięcy mogłam całkowicie odrzucić hormony i żyć już bez żadnych tabletek. Przyznam, że znacznie mnie to podniosło na duchu, poprawiło choć trochę nastrój. Już nie byłam w takiej depresji jak wcześniej, aczkolwiek do normalnego stanu psychicznego brakowało mi jeszcze bardzo dużo.

Zbliżał się wielkimi krokami wyjazd rowerowy. Spełnienie jednego z moich marzeń, czyli zapakowanie na rower namiotu i ruszenie przed siebie. Zaplanowała była trasa z Warszawy do Gdańska, czyli tzw. zielona siódemka. Cieszyłam się na ten wyjazd od kilku miesięcy jak dziecko. Miałam pojechać z koleżanką, która miała na swoim koncie już nie jeden takie wyjazd. Niestety okazało się, jeszcze w trakcie bycia na protokole, że koleżanka ze mną nie pojedzie, bo w tym samym czasie wypadł jej inny, ważniejszy dla niej wyjazd. Był to kolejny powód do mojego załamania. Marzyłam o tym wyjeździe już od bardzo dawno, a tu nagle okazuje się, że nie pojadę. Nie byłam jeszcze gotowa na to, żeby odbyć taką podróż sama, a wydawało mi się, że wśród moich znajomych nie ma innych osób, które po pierwsze są w stanie w 4 dni przejechać 400km, po drugie z którymi wytrzymam przez ten czas. Już praktycznie pożegnałam się z wyjazdem rowerowym. Nadszedł pewien sobotni wieczór, gdy wybrałam się z koleżanką na występ teatru improwizacji (muszę wtrącić, że uwielbiam takie występy, potrafią mnie zawsze rozbawić dosłownie do łez. Każdemu polecam wybrać się na impro). Po występie koleżanka zapytała czy mam już z kim jechać na ten rowerowy wyjazd, bo jeśli nie to ona by się ze mną wybrała. Nie wierzyłam własnym uszom. Co prawda byłam pewna obaw czy ona da rady przejechać tę trasę, ale jakoś nie zamierzałam się tym wówczas przejmować. Najważniejsze było dla mnie, że miałam z kim jechać, a z nią raczej nie było groźby, że się pozabijamy. Miałyśmy do wyjazdu niewiele czasu, a trzeba było załatwić jeszcze wiele rzeczy, np. kupić namiot. Z nim, a raczej z jego przesyłką, były niezłe przeboje. Paczka gubiła się i odnajdywała przez ponad tydzień, aż na szczęście dotarł do mnie praktycznie dosłownie na ostatnią chwilę.

Tę wyprawę rowerową wspominam z łezką w oku. Moja pierwsza dłuższa wycieczka rowerowa. Było wspaniale. Choć większość trasy była po prostym i trzeba było cały czas pedałować, to jednak dałyśmy radę. Pamiętam dokładnie drugi dzień, gdy jechałyśmy już spod Grunwaldu na pole namiotowe, wśród cudownej zieleni. Wtedy poczułam, że jest to najpiękniejszy urlop w moim życiu. Postanowiłam, że choćby się waliło i paliło, to będę wyjeżdżać co roku na taką wyprawę. Mogłam po prosu przebywać sama z sobą i ze swoimi myślami. Owszem byłyśmy we dwie, ale w ciągu dnia jadąc niewiele się do siebie odzywałyśmy. Bardzo tego potrzebowałam: rower, piękne okolice, dużo zieleni, ja i moje myśli. Miejsce, gdzie tego dnia rozbiłyśmy namiot było przepiękne. Miejscowość pomiędzy dwoma jeziorami, gdzie do jednego z nich miałyśmy z naszego namiotu dosłownie kilkanaście metrów. Do tego słońce, cisza… Podczas wieczornego zwiedzania miasteczka poszłyśmy na kawę. To wtedy po raz pierwszy na głos wypowiedziałam, że planuję mieć własny gabinet. Zaczęłam roztaczać swoje plany, w których za jakieś 2-3 lata w końcu będę miała swoje miejsce. Przyjemnie było tak puścić wodze fantazji….

Przed wyjazdem wiele osób pytało mnie czy nie boję się, że przez całe cztery dni będzie nam padać. Zawsze odpowiadałam: „Nie będzie padać. A jeśli już bardzo będzie musiało to tylko w ostatnią noc, bo wtedy mokry namiot już nam nie zaszkodzi, wysuszy się go w domu”. Jakimś cudem zawsze wypowiadałam to, nie jako życzenie, tylko jako fakt, którego jestem pewna. I tak też się stało. Nie padało przez cały wyjazd, oprócz ostatniej nocy :). Jednak zapomniałam zamówić odpowiedniej temperatury. Niestety w trzeci dzień wyjazdu był niesamowity upał, a kto mnie zna, wie że jest mi wiecznie za gorąco i za duszno i upałów wprost nienawidzę i się źle przy nich czuję. Nieświadoma tego co przyniesie dzień wstałam z samego rana, wymknęłam się z namiotu i poszłam pobiegać. Było przepięknie. Zrobiłam trasę najpierw brzegiem jednego jeziora, potem drugiego. Po przebieżce zamiast iść pod prysznic wskoczyłam do jeziora. Tym razem zostawiłam na nosie okulary i mogłam podziwiać piękno roślinności wokół jeziora. Było mi wtedy tak dobrze, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Żartowałam sobie, że tego dnia mam triatlon, tylko w złej kolejności. Najpierw bieganie, potem pływanie i na koniec rower. Siadłam na niego z nadzieją spędzenia kolejnego pięknego dnia. Nie podejrzewałam jednak, że te 125km, które mnie czekają będą niesamowitą udręką i przypadkiem odkryję moje kolejne schorzenie…

Dodaj komentarz