159240834786271

Przyszedł więc moment totalnego załamania. Tego dnia płacząc przed lodówką byłam zdecydowana zakończyć protokół. Stwierdziłam, że nie takim kosztem. Gdyby nie fakt, że była 5:30 rano i wszystkie sklepy wokół zamknięte, to bym poszła kupić jajka i tyle by było mojego AIP. Czy żałuję, że tego nie zrobiłam? Powiem szczerze niczego w życiu nie żałuję, bo gdyby nie te wszystkie błędy, które popełniłam, nie byłabym w tym miejscu, gdzie teraz jestem. Gdyby moja depresja się nie pogłębiała nie wpadłabym na inne rozwiązania, które ostatecznie pomogły mi się wyleczyć. Takie szczęście w nieszczęściu 🙂 Ostatnio przeczytałam cudowny komentarz „Albo wygrywasz, albo się czegoś uczysz. Tym razem nauka” i dokładnie tak traktuję z perspektywy czasu AIP. Nie była to porażka, była nauką, którą na szczęście dostrzegłam i za którą jestem wdzięczna.

„Albo wygrywasz, albo się czegoś uczysz. Tym razem nauka”

Co się stało, że nie porzuciłam protokołu? Ten dzień był dla mnie jedną wielką tragedią, źle się czułam zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Jednak wieczorem usłyszałam z ust człowieka, którego uznawałam za autorytet dietetyczny, jak i za mojego przyjaciela „nawet nie chcę słyszeć o tym, że przyszedł Ci do głowy pomysł, żeby zrezygnować”. Te słowa kołatały mi się w głowie do końca protokołu. To przez nie uznałam, że jestem beznadziejna, jestem słaba. Jak mogłam wziąć pod uwagę rezygnację? Przecież jestem silną, niezależną kobietą, której zawsze wszystko się udaje. Jak już powiedziałam A to trzeba powiedzieć B i dotrwać do końca tych trzech miesięcy. Tyle tylko, że ta silna, twarda kobieta, to zawsze była moja maska, to co pokazywałam na zewnątrz i za jaką mnie ludzie uważali. A wewnątrz był ktoś całkowicie inny, ktoś kto potrzebował dużo uwagi i miłości… jednak to jeszcze nie był ten czas, kiedy byłam w stanie sobie to wszystko uświadomić. Postanowiłam z powrotem założyć swoją maskę i brnąć dalej, pomimo że w środku czułam się straszliwie samotna i wyobcowana ze świata. Chyba nigdy wcześniej nie czułam się tak wyalienowana jak wtedy. Zamknęłam się w sobie jeszcze bardziej otaczając moje wnętrze jeszcze większym murem. Ta niespójność między tym co robię, a tym co powinnam robić stworzyła wielki konflikt wewnętrzny, coś z czym jeszcze przez wiele miesięcy nie będę sobie umiała poradzić. Coś co sprawiło, że tak naprawdę byłam w ciągłej walce sama ze sobą i pomimo że na protokole mało jadłam, w szybkim czasie przytyłam 7 kg, co dobiło mnie jeszcze bardziej. Nie miałam ochoty wychodzić do ludzi, z nimi przebywać. Robiłam tylko to co było niezbędnym minimum, czyli pójście do pracy. Rzuciłam się w wir pracy i pracowałam ile dałam rady, również w drugi dzień świąt Wielkanocnych, przyjmowałam nawet u mnie w mieszkaniu w niedzielny wieczór, gdy ktoś potrzebował pomocy. A tak naprawdę pomocy potrzebowałam ja, choć jeszcze sobie tego nie uświadomiłam. Obsesyjnie łaknęłam akceptacji, uznania i myślałam, że jeśli poświęcam się dla innych, to to osiągnę. Ludzie będą mi wdzięczni i uzyskam od nich to, czego najbardziej potrzebowałam. Jednak jak się okazało, nie tędy droga. Nie tędy, żeby poświęcać się dla innych oczekując, że w zamian oni dostrzegą Ciebie…

W międzyczasie zapisałam się na studium Terapii Naturalnych. Zaczęłam się uczyć m.in. Medycyny Chińskiej i radiestezji. Miałam wrażenie, że to było wówczas moje jedyne światełko w tunelu, moja jedyna ówczesna radość z życia. Pisze o tym, gdyż to studium z kilka miesięcy odegra znaczącą rolę w moim zdrowieniu i całkiem zmieni kierunek mojego życia.

W połowie protokołu stało się coś, co choć trochę poprawiło moje nastawienie do życia. Koleżanka widząc co się ze mną dzieje (choć przyznam, że to co ludzie mogli zobaczyć, to był naprawdę wierzchołek góry lodowej, resztę skrzętnie ukrywałam) umówiła mnie z lekarzem, jak dla mnie najlepszym lekarzem pod słońcem, specjalistą od leczenia metodami naturalnymi. Pamiętam, że był czwartek. Umówiliśmy się w kawiarni na Kazimierzu. Przyszłam stanowczo za wcześnie, gdyż już nie mogłam się doczekać spotkania. Te dwie godziny rozmowy z nim sprawiły, że troszeczkę czarne chmury rozwiały się nade mną. Powiedział wszystko co chciałam i potrzebowałam usłyszeć. Że jeśli zaczęłam ten protokół, to owszem mogę go skończyć, jeśli czuję taką potrzebę, ale on nie wyobraża sobie, żebym nie wróciła do jajek, które w moim przypadku będą bardzo potrzebne. Nawet jeśli się okaże, że nie mogę jeść białek, bo mam na nie nietolerancję, czy alergię, to miałam koniecznie zacząć jeść same żółtka. Ustaliliśmy też całą suplementację, z jodem na czele. Trochę się tego obawiałam, ale że ufałam temu człowiekowi (i nadal ufam) bezgranicznie, to zaczęłam stosować protokół jodowy. Do tego zostałam bardzo pochwalona za moje rozprawienie się w chemią (wtedy już z chemicznych środków w domu miałam tylko proszek do prania, który też zamierzałam wkrótce zamienić, na coś bardziej naturalnego) i za, jak to określił, higienę życia. Za to, że mam czas w ciągu dnia zajechać do domu na obiad i drzemkę, że śpię minimum 7 godzin dziennie pilnując, żeby absolutnie iść spać przed północą, a najlepiej między 22 a 23. Wreszcie ktoś kompetentny docenił wszystkie moje starania, a nawet zwrócił uwagę, ze AIP nie jest takie ważne. Poza tym jak już skończyliśmy rozmawiać o moim zdrowiu, zaczęliśmy dyskutować na temat ćwiczeń, odżywiania itp. Cudownie jest móc wymienić się poglądami z kimś jednocześnie tak oczytanym, jak i z wielkim doświadczeniem. Uznał mnie na tyle kompetentną osobę, że poprosił o moją wizytówkę, żeby w razie czego mógł mnie polecać. Tego mi wtedy było trzeba. Fakt, że docenił mnie ktoś, kto dla mnie jest do tej pory największym autorytetem w tej dziedzinie uskrzydliło mnie. Nie znaczy to, że od jednej rozmowy wyszłam z depresji. Ona sobie trwała cały czas we mnie, ale nastąpił lepszy czas, zaczęło mi się coś chcieć, a to było już dużo.

Zaczęłam stosować protokół jodowy. I stało się coś dziwnego. Jak doszłam do większych dawek okazało się, że jakby mi się język rozwiązał. Nagle byłam w stanie zrobić coś, co zawsze było dla mnie wielkim problemem: mówić o swoich uczuciach. Oczywiście nie oznaczało to, że nagle stałam się bardzo otwarta i mogłam wreszcie odsłonić moje prawdziwe ja. Do tego było jeszcze wówczas bardzo, bardzo daleko. Jednak łatwiej dzieliłam się z ludźmi moimi odczuciami, przeżyciami. Tak, jakby nagle ktoś mi rozwiązał coś uciskającego w gardle, coś co zabraniało mi mówić o wielu sprawach, a jeśli już próbowałam coś wcześniej z siebie wydusić zamieniało to się nie na słowa, a na potok łez. Owszem nadal miałam ze sobą problemy, nadal najchętniej czas wolny spędzałam leżąc i patrząc w sufit lub oglądając głupie seriale, ale coś się zmieniło. Dokładnie jakby ktoś rozwiązał supeł w gardle i nagle mogło przez nie przechodzić więcej, przechodzić to, na co wcześniej nie było szans, żeby się wydostało na zewnątrz. Uczucie, którego chyba nie da się dokładnie opisać. Wyobraź sobie, że jest coś, o czym nigdy nie wolno Ci było mówić lub po prostu coś o czym nie wypada mówić lub nie było w z zgodzie z Twoim sumieniem, czy wpojonymi zasadami, żeby o tym mówić. Dosłownie nie jest Ci to w stanie coś przejść przez gardło. Aż tu nagle ktoś rozwiązuje ten supeł i w końcu jesteś w stanie przemówić. Bez żadnego bólu, bez żadnej łzy. Nagle staje się to najbardziej naturalną rzeczą. I czujesz ulgę. Wielką ulgę. Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że to właśnie był pierwszy prawdziwy krok ku mojemu wyzdrowieniu…

Dodaj komentarz