159240834786271
Nowy jadłospis!

Po wizycie u endokrynologa, w środę, postanowiłam, że od niedzieli przechodzę na protokół autoimmunologiczny. Najpierw trzeba było wyjeść z lodówki i szafek wszystko czego nie będę mogła jeść przynajmniej przez najbliższe przynajmniej trzy miesiące. Dla tych, których nie wiedzą nic na temat protokołu napiszę co musiałam wyrzucić z mojego jadłospisu (pomijając gluten, nabiał i rośliny strączkowe, które już odrzuciłam wcześniej): wszelkie zboża, kasze, orzechy, nasiona, kakao, warzywa z rodziny kapustnych, warzywa z rodziny psiankowatych (ziemniaki, pomidory, paprykę, bakłażany), jajka, kawę, herbatę, przyprawy ziarenkowe takie ja pieprz… zastanawiasz się co w takim razie mogłam jeść? Owoce, część warzyw, mięso i kokos. Jednak czego się nie robi, żeby ratować swoje zdrowie. Jeszcze w sobotę z okazji jedenastej rocznicy prowadzenia zajęć fitness zjadłam kilka potraw, których nie będę później mogła, opiłam się kawy i nastał poranek niedzieli, pierwszego dnia na AIP i jednocześnie dzień, w który zaczęłam się pakować. Jak już wspominałam spędziłam w tym mieszkaniu trzy piękne lata. Miałam niesamowite wspomnienia z nim związane. To było chyba pierwsze mieszkanie, w którym się tak naprawdę zadomowiłam, w którym osiadłam. I drugie, w którym mieszkałam sama. Kiedyś się tego obawiałam. Jak to będzie nie mieć wieczorem do kogo ust otworzyć, a jednocześnie mieć pełną swobodę. A jednak mi się spodobało samotne mieszkanie i nie umiem sobie na razie wyobrazić, jak to będzie, gdy będę chciała znów z kimś zamieszkać. Ale dziś nie o tym miało być :). Tak więc pierwszy tydzień protokołu przeleciał wyjątkowo gładko, gdyż nawet nie miałam czasu myśleć o jedzeniu. W sześć dni musiałam spakować cały mój majątek, a trochę się tego nagromadziło przez te lata. W niedzielę nastał dzień przeprowadzki. Byłam przerażona wspominając jak wyglądało moje wprowadzanie się do tego mieszkania: dwa razy trzeba było jeździć pełnym samochodem, niezliczoną ilość razy chodzić z rzeczami. A przecież wtedy miałam dużo mniej gratów. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się ile osób będzie mi pomagać w przeprowadzce. Przyjechały trzy samochody i od momentu wzięcia pierwszego pudła ze starego mieszkania, do wniesienia ostatnich rzeczy do nowego minęło zaledwie 1,5 godziny. Stwierdziłam, że tak to ja się mogę przeprowadzać ;). Wierzyłam, że tam będzie mi się dobrze mieszkać, jednak dopiero przyjdzie mi się przekonać jak bardzo się myliłam. Teraz gdy patrzę na to z perspektywy czasu, tamto mieszkanie kojarzy mi się tylko z depresją i ciemnością. Nie mogę przywołać w pamięci jakiegoś przyjemnego wspomnienia. Jednak wróćmy do protokołu.

Po przeprowadzce zaczęło mi coraz bardziej dokuczać zarówno to co jem, jak i to czego jeść nie mogę. Mięso na śniadanie, mięso na obiad… ileż można. Nawet specjalnie kupiłam sobie maszynkę do mięsa, żebym mogła piec sobie pasztety, bo to była jedna forma mięsa, którą jakimś cudem byłam w stanie przełknąć na śniadanie. Udało mi się załatwić kiełbasę robioną specjalnie dla mnie, bez pieprzu i innych przypraw, z samą solą. Musiałam jednak ją zamawiać w większej ilości 10 kilo 🙂 i zamrażać. Miałam wrażenie, że ta kiełbasa to moja jedyna przyjemność jedzeniowa w tym okresie. Bardzo mi brakowało jajek i kawy. To był mój poranny rytuał: kawa i książka, a później jajka na śniadanie. I nie ważne, że miałam do pracy na 7:30 czy 8, kawa i książka musiała być. Ponoć po przeprowadzce łatwiej wyrobić sobie nowe nawyki. Jednak w tym przypadku można powiedzieć raczej o przyzwyczajeniu się do braku ukochanych nawyków. Pomimo, że próbowałam sobie wmówić, że będę tam szczęśliwsza, że to początek mojego lepszego życia, wszystko szło dokładnie w przeciwną stronę. Nie sądziłam, że mogę się tak bardzo mylić. Już od pierwszych dni było mocno pod górkę. Nie mogłam robić tego co sprawiało mi przyjemność, czyli moich cudownych porannych nawyków. Pomyśl, że masz coś, co robisz codziennie rano, co pozytywnie Cię nastraja na cały dzień. Coś co sprawia, że zaczynasz poranek z uśmiechem na ustach, mimo że jest bardzo wczesna godzina. Coś co daje Ci siłę na cały dzień, ten mały moment przyjemności, który jest tak ważny w rutynie dnia codziennego. Ten moment, który był codziennie taki sam, dzięki któremu wiedziałam, że wszystko jest w porządku. I nagle zostałam z niego ograbiona. Wstawałam rano w obcym, ciemnym mieszkaniu (przynajmniej w mojej głowie było ciemno) i nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Od samego rana zmuszałam się do czegoś, czego nie lubię. Do kawy z cykorii. A raczej czegoś co tylko miało przypominać kawę, chyba tylko kolorem. I wmawiałam sobie, że mi smakuje. Do mięsa na śniadanie, czyli czegoś czego nigdy nie mogłam zrozumieć ani zaakceptować. Jak ja miałam czuć się szczęśliwa, jeśli każdy dzień rozpoczynałam od zmuszania się do robienia tego czego nie chcę, od jedzenia czegoś, czego nie lubię. Każdy dzień rozpoczynałam od wielkiej tęsknoty. Po takim rozpoczęciu dnia, trudno było się nastawić pozytywnie do świata. Cały czas sobie wmawiałam, że muszę to zrobić, muszę to przetrwać. Że przecież jestem twarda, że nie takie rzeczy w życiu przeszłam. Że to tylko trzy miesiące. Trzy długie miesiące niezadowolenia, braku szczęśliwych, pozytywnych poranków. Trzy miesiące tęsknoty. To wszystko dla dobra mojej tarczycy. Teraz na to patrząc, dziwię się, że nie zniszczyłam tym protokołem mojej tarczycy jeszcze bardziej. Przez to negatywne nastawienie do tego co robię i wszystkimi siłami zmuszania się do jedzenia czegoś, czego nie chcę i to wszystko dla mojej tarczycy, mogłam podświadomie znienawidzić ją jeszcze bardziej wręcz jeszcze bardziej osłabić.

Co gorsza nie miałam w nikim wsparcia. Rodzina i znajomi dziwili się, że z własnej nieprzymuszonej woli odrzuciłam tyle produktów. Musiałam cały czas wszystkim tłumaczyć dlaczego tak postąpiłam, dlaczego jem tak a nie inaczej. Przez to też uznałam, że nie mogę nikomu pokazać jak jest mi źle, jak się męczę na protokole. Przecież wszyscy wokół nastawiali mnie do niego negatywnie. Wszyscy twierdzili, że robię sobie krzywdę takim jedzeniem… a ja uparcie w to brnęłam próbując wmówić im i sobie, że jest mi dobrze.

I przyszedł pewien dzień, niecały miesiąc po rozpoczęciu protokołu. Pamiętam, że była środa. Wstałam, było ciemno. Poszłam do kuchni nastawiłam wodę na tę cholerną kawę z cykorii, otworzyłam lodówkę i musiałam ją czym prędzej zamknąć. Mało brakowało, a bym zwymiotowała na widok tego, co było w niej do jedzenia. Nie byłam w stanie nawet sobie wyobrazić, że mogę cokolwiek z tego przełknąć. I stałam tak w ciemności przed zamkniętą lodówką pełną niejadalnych dla mnie produktów. Stałam ze świadomością, że to nawet nie jedna trzecia tej drogi, że jeszcze tyle przede mną. Zaczęłam płakać. I tak zaczęła się moja depresja wywołana AIP, która nie odstępowała mnie przez wiele kolejnych miesięcy…

Nowy jadłospis!

Dodaj komentarz