159240834786271
Postanowiłam walczyć o tarczycę!

Jak już pisałam w poprzedniej części wyniki badań profilu tarczycowego wyszły źle. TSH było znacząco za wysokie, tarczyca nie produkowała wystarczająco tyroksyny (ft4)… Za to na szczęście przeciwciała były w normie, nie wskazywały na Hashimoto. Uznałam, że to pewnie zwykła niedoczynność spowodowana zbyt obciążającym trybem życia przez wiele lat, zbyt małą ilością snu, do tego tabletki antykoncepcyjne, które właśnie odrzuciłam. Uznałam, że jednak warto się wybrać do endokrynologa. Znajoma poleciła mi pewną lekarkę, która ponoć lubi rozmawiać z pacjentami, tłumaczyć im wszystko. Mi to pasowało, gdyż miałam zamiar trochę podyskutować na temat mojej tarczycy. Miałam w planach zrobić przed wizytą usg dla pełnego obrazu, ale się okazało, że znaleźć miejsce w Krakowie w grudniu, w którym można wykonać takie badanie w terminie krótszym niż półtora tygodnia to nie lada zadanie. W końcu odpuściłam. Stwierdziłam, że zrobię usg na spokojnie po Nowym Roku.

Tak więc nadszedł dzień wizyty u Pani endokrynolog. Diagnoza była taka jak się spodziewałam: niedoczynność tarczycy. Jednak po dokładnym wywiadzie ze mną i wnikliwej analizie wszystkich wyników badań usłyszałam, że prawie na pewno jest podłoże autoimmunologiczne. Gdy tylko zaznaczyłam, że odżywiam się już odpowiednio i że pozostałe autoimmunologie już praktycznie całe odeszły, no i uważam, że nawet jeśli był taki wątek w moim schorzeniu tarczycy, to powinien już odejść, lekarka ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, na szczęście uznała, że tak, dieta przy takich schorzeniach jest bardzo ważna. Jednak nie umiała dokładnie powiedzieć jaka dieta. Tak czy inaczej dla mnie lekarz, który przyznaje, że oprócz farmakologii równie duży wpływ na schorzenie ma także co jem był dla mnie dużym zaskoczeniem. Oczywiście pozytywnym. Dostałam polecenie powtórzenia badań krwi, bo podobno w przypadku hormonów to różnie bywa i zanim się włączy leczenie farmakologiczne należy się upewnić, że nie nastąpiła żadna pomyłka, jakieś odchylenie. Dodatkowo zostało mi zalecone wykonanie usg i zgłoszenie się za 3 miesiące. Wykonałam badania, które niestety wyszły prawie identycznie z poprzednimi, więc o pomyłce nie mogło być mowy. Zaczęłam brać Letrox… miałam w planach brać go przez te 3 miesiące, w międzyczasie podreperować moje zdrowie najlepiej jak mi się uda i później leki odrzucić, bo moja tarczyca będzie już pracować tak jak trzeba. Tak przynajmniej mi się wydawało.

Nadeszły kolejne Święta Bożego Narodzenia. Postanowiłam przetestować naturalny sposób na zwiększenie wrażliwości komórek ciała na insulinę, a mianowicie tabatę. Wiedziałam, że prawidłowy poziom glukozy we krwi jest bardzo ważny dla utrzymania zdrowia, a że postanowiłam zrobić co w mojej mocy przez te 3 miesiące, to postanowiłam zacząć od polepszenia glikemii. Wykonywałam tabatę według zaleceń 3 razy dziennie. Dla tych co nie wiedzą co to dziwne słowo znaczy już spieszę wytłumaczyć, że jest to intensywny trening interwałowy trwający 4 minuty. Polega na następujących po sobie fazach 20 sekund maksymalnego wysiłku i 10 sekund odpoczynku. Ćwiczyłam dzielnie. Okazało się, że pomimo okresu świątecznego po pierwsze nie miałam takiej ochoty na słodkie jak zwykle, po drugie po raz pierwszy w życiu po świętach waga pokazywał mniej niż przed. Jednak gdy zaczął się już normalny czas pracy nie byłam w stanie utrzymać takiej ilości treningów. Wiedziałam, że po Nowym Roku rozpoczynamy Detoks Cukrowy, w którym byłam również administratorem, który miał być kolejnym krokiem do poprawienia mojej glikemii. W założeniu był to okres 3 tygodni z mocno ograniczoną ilością węglowodanów i braku smaku słodkiego w jadłospisie w celu oczyszczenie ciała i duszy od smaku słodkiego, co szczególnie było ważne po okresie świątecznym oraz poprawieniu stanu zdrowia i wstępie do zdrowego odżywiania. Uznałam, że skoro jestem administratorka wydarzenia, to należy świecić przykładem i być aż nadto poprawną w jedzeniu. Starałam się jak mogłam. Wydawało mi się, że czuję się lepiej, więc postanowiłam, że jednak czas detoksu jest za krótki, że ja go przedłużę i przetrzymam w nim do kolejnych badań krwi i wizyty u endokrynologa. W międzyczasie byłam na dwóch kolejnych szkoleniach, które wówczas umocniły mnie w przeświadczeniu, że postępuję dobrze. Przynajmniej takie miałam wrażenie po tych szkoleniach. Niestety, a raczej na szczęście nie wytrzymałam aż tyle detoksem ile zakładałam. Ciało zaczynało się mocno dopominać o węglowodany. Dodałam więc cokolwiek do mojego jadłospisu, ale nadal starałam się bardzo uważać z ich ilością. Po półtora miesiąca od wizyty u endokrynologa zrobiłam z ciekawości badania krwi. Okazało się, że praktycznie nic się nie poprawiło, a jest nawet jeszcze gorzej. Starałam się nie wpadać w panikę. Zwiększyłam samodzielnie dawkę leku, pomimo że wiedziałam, że takie kroki powinien podejmować lekarz, jednak uznałam, że nie mam czasu na wizytę, muszę działać już. Zaczęłam tez zwracać baczniejszą uwagę na sen. Na to której chodzę spać, żeby była to ta sama pora dziennie i ile godzin śpię. Starałam się naprawić co mogę w moim życiu, żeby w końcu moja tarczyca zaczęła pracować tak jak trzeba. Byłam zdesperowana, i miałam wrażenie, że zrobię wszystko byle się polepszyło. I wydawało mi się, że robię wszystko.

Gdy minął określony czas umówiłam się na usg tarczycy. Zdecydowałam się wybrać do endokrynologa, którego blog był cytowany wielokrotnie na szkoleniu, przez co uznałam, że to musi być super specjalista. Do tego miał świetny aparat do badań. Tuż przed wizytą zrobiłam znów badania z krwi. Było troszeczkę lepiej, ale nadal źle. Dzień przed wizytą u endokrynologa dostałam wypowiedzenie mieszkania, w którym spędziłam ostatnie 3 lata i w którym muszę przyznać czułam się naprawdę szczęśliwa. Jak każde mieszkanie miało swoje dobre i złe strony, jednak jak dla mnie te dobre przeważały. Jednak jakiś niecały miesiąc wcześniej zaczęła wilgoć podchodzić ścianami z dołu. Owszem zastanawiałam się momentami, czy się nie wyprowadzić, ale gdy popatrzyłam na ogrom moich rzeczy, które trzeba by było przewieść, no i znów szukanie mieszkania… po prostu mi się nie chciało. No i wyszło na to, że jeśli ja nie umiałam podjąć decyzji, to ktoś podjął ją za mnie i zostałam zmuszona do przeprowadzki. Warto zapamiętać jednak ten motyw z podchodzącą wilgocią, gdyż przewinie się on jeszcze w moim życiu i dopiero rok później odkryje jego sens. Co do szukania mieszkania, okazało się, że udało mi się znaleźć nowe jeszcze w ten sam dzień.

Tak więc przyszła środa: dzień wykonania usg. Szłam trochę podłamana perspektywą przeprowadzki, która miała nastąpić już za półtora tygodnia. Zastanawiałam się w jaki sposób zdołam to wszystko ogarnąć w tak krótkim czasie. Ale wróćmy do wizyty. Okazało się podczas usg, że owszem mam zapalenie autoimmunologiczne tarczycy. Stan zapalny dosłownie szalał, był wszędzie, a szczególnie w lewym płacie, który już prawie nie istniał, tak był zniszczony. W ogóle cała moja tarczyca wyglądała jak obraz nędzy i rozpaczy, jak jedno wielkie pole bitwy. Może nie takie wielkie, bo w rzeczywistości była bardzo malutka. Znaczącą jej większość zdążyłam już zniszczyć. Lekarz po oglądnięciu usg i wyników badań krwi powiedział, że nawet ten podwyższony poziom leku, który sama sobie ustaliłam jest znacząco za mały i powinnam zażywać więcej. Z gabinetu wyszłam totalnie załamana. Przez ostatnie lata robiłam wszystko, żeby naprawić moje zdrowie. Tyle objawów odeszło, czułam się coraz lepiej, a tu się okazuje, że tarczyca jest w dramatycznym stanie. Co mogłam jeszcze dla niej zrobić. Z łzami w oczach postanowiłam zrobić ostatni krok. Podjąć ostatnie żywieniowe wyzwanie, na które nie zdecydowałam się wcześniej, a mianowicie AIP czyli protokół autoimmunologiczny… Płacząc uprzytomniłam sobie, że wkrótce będzie Wielkanoc, a ja wtedy nie będę mogła zjeść moich ukochanych jaj… nie będę mogła zjeść wielu rzeczy które uwielbiam… pomimo tego, że już tyle wykluczyłam z mojego jadłospisu czekały mnie kolejne wyrzeczenia. Jednak nie widziałam innej drogi. Jeśli nie AIP to co? Nie znałam wówczas innego rozwiązania. Więc postanowiłam walczyć o tarczycę z całych sił… myślę, że słowo „walczyć” było kluczowe i jeszcze kiedyś wrócę do niego w moich rozważaniach. A tymczasem jest środa, po wizycie u endokrynologa i postanawiam przejść na AIP… nie sądziłam jeszcze, że to będzie jedna z najgorszych decyzji w moim życiu, że zamiast pójść do przodu, cofnę się jeszcze bardziej… ale o tym już w kolejnej części

Dodaj komentarz