159240834786271

Wielkimi krokami zbliżał się termin szkolenia z Dietetyki Klinicznej. Powiedziano nam, że warto zabrać ze sobą wyniki badań swoich własnych lub swoich pacjentów, żeby mieć na czym pracować na szkoleniu. Był to dla mnie impuls do zrobienia pełnego przeglądu mojego ciała. Niby co roku od lekarza pierwszego kontaktu dostawałam na moją prośbę skierowanie na badania. Jednak z uwagi na fakt, że nie bardzo znałam się na badaniach, a już tym bardziej na prawidłowym odczytywaniu wyników, to zdawałam się na lekarza w kwestii doboru badań i interpretacji wyników. I nie ważne jak paskudnie się czułam wszystkie wyniki były w porządku. No może poza czasem zapaleniem pęcherza, ale to inna historia. Dlatego też dawałam sobie wmówić, że to że się źle czuję to jest wynik nerwicy lub „taka jest moja uroda”, bo przecież wszystkie badania były w porządku.

Dopiero gdy sama świadomie zadecydowałam o tym, jakie badania zrobię dowiedziałam się więcej o tym co w moim ciele się dzieje. Wydałam pół pensji w laboratorium, ale przyznam, że było warto, bo okazało się, że wcale taka zdrowa nie jestem i pomimo że już od dłuższego czasu jadłam tak jak należy wynikom daleko było od ideału. Lipidogram wskazywał na mocne stany zapalne w organizmie, a wyniki tarczycowe wołały o pomstę do nieba. Homocysteina też była nieźle zawyżona. Generalnie po prostu sajgon w organizmie, a przecież już się tak zdrowo odżywiam, to co musiało być wcześniej…

To szkolenie otworzyło mi oczy na kilka problemów. Była mowa o tabletkach antykoncepcyjnych i ich wpływie na organizm. Byłam przerażona, że te leki nie dość, że wyniszczają florę bakteryjną w jelitach, to jeszcze tylko tuszują wszelkie problemy. Działają raczej objawowo, a problem zostaje w organizmie i nada rozwija się w najlepsze. Jak pisałam w poprzedniej części zażywałam tabletki od około dziesięciu lat. Co prawda z przerwami, ale jednak faszerowałam się nimi przez naprawdę długi czas, myśląc że się nimi leczę. Otworzyłam oczy i zdecydowałam się działać jak najszybciej. Odstawiłam tabletki dosłownie z dnia na dzień nie czekając do końca opakowania. Postanowiłam, że stawię czoło moim problemom zdrowotnym. Trudno będę znowu cierpieć, będę się męczyć, ale ze świadomością, że już się nie truję. Jakież było moje zdziwienie, gdy się okazało, że jednak moje praktycznie wszystkie wszelkie dolegliwości odeszły. Było to dla mnie wielkie zaskoczenie. Okazało się, że czyste jedzenie odniosło skutek szerszy niż myślałam. Rozprawiło się z problemami, o których nawet nie myślałam. O kolejnym dowodzie na to, że mój organizm działa coraz lepiej dowiedziałam się przypadkiem dosłownie kilka tygodni później. Nagle zaczęłam czuć dużo intensywniej wszelkie zapachy, moja koleżanka nawet zasugerowała, że na pewno jestem w ciąży. Gdy zaczęłam się nad tym zastanawiać nagle wpadła mi do głowy myśl „a może ja zaczęłam oddychać przez nos?” ale wszystko po kolei, najpierw muszę Cię wprowadzić w temat…

I zaczęłam oddychać…

Od zawsze miałam problemy z oddychaniem przez nos. Owszem jakiś tam przepływ powietrza był, ale znikomy. Jeśli siedziałam czy leżałam na spokojnie, nie ruszając się, to byłam w stanie przez chwilę oddychać tylko przez nos. Ale wystarczało kilkanaście, góra kilkadziesiąt sekund, żebym zaczynała się już dusić, gdyż jednak dostawa powietrza do organizmu była zbyt mała. Często żartowałam sobie, że nie można mnie kneblować, bo równie dobrze mnie zabić. O oddychaniu przez nos poprzez jakiejkolwiek aktywności nie było w ogóle mowy, nawet przy aktywnościach typu mycie naczyń czy ścieranie kurzu. Nauczyłam się z tym żyć. Chyba najbardziej mi doskwierało spanie z otwartymi ustami. Często się budziłam z mocno wyschniętym gardłem. Nie byłam w stanie spać bez butelki wody przy łóżku, gdyż często nawet kilkakrotnie w ciągu nocy się budziłam w celu napicia się. Do tego śpiąc z otwartymi ustami, jak możesz się domyślić, ślina swobodnie ze mnie wypływała. Najczęściej budziłam się z całą mokrą od śliny poduszką i jednocześnie przesuszonym gardłem. Nie była to komfortowa sytuacja, szczególnie jeśli spałam z kimś, u kogoś lub w autobusie. Jeśli się zastanawiasz dlaczego nie próbowałam czegoś z tym zrobić, to napiszę, że owszem robiłam. Początkiem liceum trafiłam w końcu do laryngologa. Przeszłam cały zestaw badań łącznie z rtg głowy (najdziwniejszy mi się wydawał wówczas fakt, że nie byłam wtedy jeszcze pełnoletnia, ale rtg głowy zrobili mi bez problemu, jednak parę miesięcy później, gdy trafiałam do chirurga z wybitym palcem i trzeba było go prześwietlić, to się okazało, że na rtg potrzebuję oficjalnej zgody od opiekuna. Od tamtego czasu śmieję się, że więcej wartościowych rzeczy mam w kciuku niż w głowie ). Po wszystkich badaniach okazało się, że mam dwa problemy: po pierwsze krzywa przegroda nosowa, z którą niewiele dało się zrobić, no i podobno to nie była główna przyczyna moich problemów. Po drugie znacząco za duże muszle nosowe. Nawet mi je dokładnie oglądnięto przez system lusterek włożonych do moich ust. Myślałam, że to jedno z najbardziej nieprzyjemnych doświadczeń w moim życiu, ale jeszcze nie wiedziałam co mnie czeka dalej. Pani laryngolog powiedziała, że owszem można to zoperować, ale niestety często te muszle i tak później odrastają. Jedynym słusznym rozwiązaniem jakie mi polecili było regularne wypalanie. Jak powiedziano miał to być szybki, prosty zabieg wykonywany co około dwa tygodnie, przynajmniej na początku. Zdecydowałam się. Jak ten zabieg wyglądał? Najpierw znieczulenie w maści, którą umieszczali mi wewnątrz nosa. Okazało się, że nie ma znieczulenia o odpowiedniej mocy, ale jakoś nikt się tym nie przejął, dali mi słabsze, czyli norma w naszej kochanej państwowej służbie zdrowia. Potem kilkukrotnie wprowadzano mi daleko do nosa (miałam wrażenie, że aż do mózgu) długie szpikulce z jakimiś specjalnymi maściami, które miały wypalić muszle. Nie muszę chyba nadmieniać, że to była jedno z tych naprawdę najbardziej nieprzyjemnych doświadczeń jakie przydarzyły mi się w życiu i których po prostu nie da się określić słowami. Po prostu nie ma odpowiednich słów. Nieprzyjemnie to znacząco za mało. Na koniec upychano mi w każdej dziurce dość długi bandaż też umazany jakąś maścią, ale już nie pamiętam jaką i po co… Z tymi bandażami chodziłam przez kilka godzin. Przetrwałam dwa takie zabiegi, ale i tak się teraz dziwię, że wróciłam tam na drugi. Może miałam nadzieję, że tylko pierwszy tak wyglądał, a następne będą już lepsze. Owszem te zabiegi były naprawdę bardzo skuteczne. Mogłam wreszcie oddychać normalnie przez nos. Jednak po drugim wypalaniu stwierdziłam, że jednak ten brak oddychania przez nos nie przeszkadza mi aż tak bardzo, żeby poddawać się takim męczarnią. Dlatego też od tamtego czasu nie robiłam kompletnie nic z moim nosem. Po prostu pogodziłam się, że nie będę nigdy przez niego oddychać, a każdej nocy będę się ślinić. Są gorsze przypadłości w życiu niż te. Żyłam z nadzieją, że nikt nigdy nie będzie chciał mnie zakneblować…

I tak było aż do dnia jakieś siedemnaście lat później, gdy zaczęłam intensywniej odczuwać zapachy. Wsiadłam na rower i postanowiłam przeprowadzić eksperyment. Jadąc zamknęłam usta i zaczęłam oddychać tylko przez nos… i nie działo się nic. Tzn. nie dusiłam się. Po prostu jechałam i swobodnie oddychałam. To było niesamowite. Tak po prostu móc czuć wymianę gazową przez nos i w końcu móc mieć zamknięte usta podczas uprawiania sportu. Móc w trakcie zajęć z pilatesu oddychać tak jak należy wdech nosem, wydech ustami. Nie ślinić się co noc. Niby tak mało, ale jednocześnie tak dużo. Nigdy nawet nie podejrzewałam, że zmiana diety wpłynie na tak wiele aspektów mojego ciała.

Niestety to była ostatnia pozytywna rzecz, jakiej w moim ciele dokonała dieta paleo. Jak na początku wspomniałam wyniki miałam dramatyczne. Potem było już tylko gorzej…

Dodaj komentarz