159240834786271

Nadszedł dzień moich urodzin. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności z tej okazji udało mi się spotkać z dwiema bliskimi mi osobami w Warszawie. W trójkę nie widziałyśmy się dość długo, więc dla mnie był to najpiękniejszy prezent. Oczywiście jak to bywa na tego typu spotkaniach, był alkohol. A dokładnie mówiąc czerwone wino. Szczerze mówiąc to od około pół roku, czyli od czasu, kiedy się dowiedziałam, że mam celiakię i nie mogę pić mojego ukochanego piwa, praktycznie nie tknęłam alkoholu. Tak więc wypicie 1,5 lampki wina w moje urodziny sprawiło, że mocno zaszumiało mi w głowie. Po tym wydarzeniu zaczęłam się zastanawiać, czy tak już zawsze będzie. Owszem od czasów liceum nie piłam dużo. Zazwyczaj jak zaczynało mi się kręcić w głowie to przestawałam pić. Moi znajomi twierdzili, że jestem jedyną osobą, która jak mówi, że idzie na jedno piwo, to rzeczywiście idzie tylko na jedno piwo. Aczkolwiek nie miałam jakiejś bardzo słabej głowy, a smak piwa wprost uwielbiałam. Owszem zdarzało się naprawdę wiele imprez, gdy w ogóle nie piłam, bo nie miałam ochoty lub jedynym alkoholem była czysta wódka. A ja przeważnie piłam dla przyjemności, dla smaku, a czysta nie dawała mi ani jednego, ani drugiego. Jednak zanim zaczynało mi się kręcić w głowie mogła spokojnie się podelktować smakiem ulubionego alkoholu. A teraz nagle się okazuje, że nie dość, że nie mogę pić piwa, to po niewielkiej ilości wina, wypitego naprawdę w ciągu połowy nocy ja już coś odczuwam. Owszem, jest to ekonomiczne :), ale lubiąc pić dla przyjemności, a nie dla upicia, było to dla mnie straszne doświadczenie…

Dziś nie piję

Niedługo po moich rodzinach urządzaliśmy dla koleżanki wieczór panieński, czyli miejmy nadzieję, jedyny taki wieczór w jej życiu. Niby postanowiłam, że pić nie będę, ale z drugiej strony jak to zrobić, gdy przecież to ta ostatnia noc stanu wolnego, gdy koleżanka mogła zaszaleć. Jak mogłam jej wtedy powiedzieć „Dziś nie piję.”? Na szczęście w klubie była metaxa, która jest bezglutenowa, więc mogłam bawić się tak jak należy. Pamiętam, że następnego dnia jechałam do Opola na szkolenie odnośnie chemii w żywności. Dobrze, że wypiłam tradycyjnie niedużo, bo wróciłam do domu na tyle późno, że miałam czas, żeby przespać się tylko przez 45 minut. Na szkolenie jechałam samochodem ze znajomym znajomej, którego nigdy wcześniej nie widziałam. A byłam tak padnięta, że marzyłam tylko o tym, żeby wsiąść do samochodu i spać. Cały czas czekając na niego zastawiałam się czy tak wypada, wsiąść do samochodu bądź co bądź zupełnie obcego mi człowieka i od razu zapaść w sen… Wreszcie podjechał i okazało się, że mamy tyle wspólnych tematów do rozmów, że ani się obejrzałam, a tu minęliśmy tabliczkę informującą, że do Opola jest zaledwie 15 kilometrów. Wtedy dopiero przeprosiłam kierowcę i zasnęłam, żeby móc cokolwiek się zregenerować przed szkoleniem. W drodze powrotnej było to samo. Tak się zagadaliśmy na tematy jedzeniowe, omawianie tego, co się dowiedzieliśmy na szkoleniu, że nawet nie zauważyłam jak wjechaliśmy do Krakowa. Pewnie to adrenalina sprawiła, że z tak małą ilością snu cały dzień nie czułam ani trochę zmęczenia. Jednak jak tylko dotarłam do domu to dosłownie padłam.

No i nadszedł dzień ślubu moich znajomych i moje pierwsze w życiu wesele jako świadomy swojej choroby celiak. Czyli całe jedzenie wzięłam ze sobą w pojemnikach, a na miejscu kelnerzy byli poinformowani o mojej sytuacji i przed podaniem posiłku przychodzili do mnie po moją potrawę i mi ją podgrzewali, żebym też mogła zjeść coś na ciepło w tym samym czasie co inni. Okazało się, że to wcale nie było ta straszne, jak sobie wyobrażałam. Przynajmniej miałam pewność, że na moim talerzu pojawią się potrawy, które lubię. Po weselu, gdy wszyscy dostawali paczki z ciastami ja dostałam reklamówkę „idź i sobie pozbieraj owoców ze stołów”. Takim to sposobem miałam zapas bananów na długi czas i myślę, że wyszłam na tym lepiej niż osoby z ciastem. Wracając do wesela, to jak to zwykle bywa na takich imprezach alkohol lał się strumieniami, a przynajmniej w naszym kącie. Nie chciałam odstawać, więc nalałam sobie niecałą lampkę wina i spędziłam przy niej całą noc. Sama nie wiem, czemu nie napiłam się więcej. Przecież i tak bym to wszystko wytańczyła. Jednak gdzieś tam z tyłu głowy cały czas miałam, że osoby z chorobami autoimmunologicznymi najlepiej jakby w ogóle nie piły alkoholu. Z jednej strony to miło od czasu do czasu uczcić odpowiednią ilością alkoholu pewne szczególne okazje, z drugiej ostatnio zbyt często słyszałam, że przy moich schorzeniach alkohol jest zły. Tak więc wracając z wesela postanowiłam, że to był ostatni alkohol w moim życiu, że już nigdy nic z procentami nie wezmę do ust.

Zbliżając się do mieszkania zaczął dzwonić budzik w moim telefonie. Okazało się, że tak zabalowaliśmy na tym weselu, że do domu wróciłam w czasie gdy powinnam wstawać do pracy. Tak wiem, była niedziela, ale prowadziłam bodajże 8 godzin praktycznych zajęć na kursie instruktora fitness. Ja to zawsze miałam szczęście, że po imprezach na których dobrze się bawiłam i z miła chęcią zostałam do rana, musiałam iść do pracy. Raz się nawet zdarzyło, że praktycznie prosto z pewnego wieczoru panieńskiego poszłam na egzamin praktyczny z masażu na fizjoterapii. Ten dzień po weselu był ciężki. Nawet wracając z pracy do domu rowerem zgubiłam jeden but 🙂 , ale zauważyłam to dopiero następnego dnia. Ten dzień utwierdził mnie w przekonaniu, że rzeczywiście powinnam definitywnie odrzucić alkohol. Myślałam, że gdybym nie wypiła tej jednej lampki wina, to inaczej bym wtedy funkcjonowała.

I tak od tamtego wydarzenia minęły prawie dwa lata (brakuje dosłownie kilkunastu dni). Trzymałam się bardzo mocno mojego postanowienia, że ani kropli alkoholu. Znajomi się śmiali, że jak idziemy na piwo, to ja tylko je wącham. Tak, nauczyłam się delektować tylko zapachem alkoholu i wmawiałam sobie, że mi to wystarcza. Byłam dumna z siebie, że nie piję w ogóle. I pomimo, że czasem naprawdę miałam ochotę na dosłownie łyk alkoholu, zaciskałam zęby i się nie złamałam. Ostatnio jednak miała w moim gabinecie miejsce niby zwykła rozmowa na temat alkoholu, taka jakich przeprowadziłam przez te dwa lata wiele. Jednak coś mnie po niej tknęło do wieczornych przemyśleń. Zaczęłam się zastanawiać dlaczego tak naprawdę ja w ogólnie nie piję. Przecież niewielka ilość alkoholu od czasu do czasu mi nie zaszkodzi. Owszem nie powinnam pić regularnie i nie dużo, ale przecież czasem przy odpowiednich okazjach nie ma powodu, żebym się nie napiła. Uświadomiłam sobie, że moja całkowita abstynencja, to była kolejna próba udowodnienia całemu światu, że jestem najlepsza. Że owszem mogę się czasem napić, ale jestem ponadto. Będę lepsza od innych i nie będę piła w ogóle, nigdy, nic, do końca życia. I co z tego wyszło? Że jeszcze bardziej się stresowałam tym, że kolejnej rzeczy, którą lubię absolutnie nie mogę. I stało się. Parę dni temu była cudowna okazja, która uczciłam niewielką ilością nalewki rokitnikowej. Nie umiem wyrazić w słowach co poczułam pijąc alkohol. Jakby ulgę, że nie muszę być doskonała. Czuję, że to był dla mnie ogromny krok…

Dodaj komentarz