Przyszły wakacje, pierwsze całkowicie bezglutenowe. Całe życie miałam problemy z opalaniem się. Miałam bardzo jasną karnację i wszelkie próby opalenia kończyły się różowym lub czerwonym kolorem. Chyba jedyny raz kiedy udało mi się opalić było podczas kilkunastodniowego pobytu w Chorwacji wiele lat wcześniej. A i tak nie był to brąz, raczej jakiś czerwony odcień brązowego koloru. W liceum, gdy pofarbowałam włosy na czarno znajomi żartowali, że wyglądam jakby ktoś wrzucił węgiel do wapna. Jednak w te wakacje stało się coś niezwykłego. Zaczęłam się bez problemu opalać, nawet nigdzie nie wyjeżdżając, tylko spędzając więcej czasu na rowerze. Po raz pierwszy w życiu moja skóra zaczęła brązowieć na tyle, że regularnie byłam pytana gdzie byłam na wakacjach. Po raz kolejny okazało się, że odżywianie wpływa na wiele aspektów życia.

więcej czasu dla siebie i dla mojej pasji, czyli jazdy na rowerze

Również w tamte wakacje postanowiłam mieć w końcu więcej czasu dla siebie i dla mojej pasji, czyli jazdy na rowerze. Chciałam w lipcu spędzić na rowerze minimum 1000km, co się udało. Nawet z nawiązką. Każdą wolną chwilę w weekendy spędzałam na siodełku. Pewniej soboty rano nawet deszcz mi nie przeszkodził. Postanowiłam, że pojadę na rower i zjem obiad na zamku Książu Wielkim, więc nie zamierzałam ustąpić nawet przy niekorzystnej aurze. Przeważnie jadąc na rower do sakwy pakowałam obiad i termos z kawą, żeby zjeść w jakimś pięknym miejscu. Tego dnia, gdy popatrzyłam przy śniadaniu na prognozę pogody okazało się, że w ciągu godziny ma przestać padać, więc niewiele myśląc wsiadłam na rower i pojechałam. Przecież godzina w deszczu to jeszcze nie tragedia, szczególnie że miałam nowiutką wodoszczelną sakwę, więc nadarzyła się okazja, żeby ją przetestować. Jednak tego dnia przez prawie całe 80 km lało (przestało dopiero jak wjechałam do Krakowa), niesamowicie wiało, do tego nie miałam ze sobą mapy, co chwilę gubiłam drogę, zawracałam, robiłam objazdy… Apogeum dokonało się na jednym ze skrzyżowań, na którym nie miałam pojęcia gdzie pojechać. Skręciłam w prawo widząc przystanek mpk Kraków, stwierdziłam, że po rozkładzie jazdy, wypisanych kolejnych przystankach wywnioskuję czy tędy mam jechać. Jednak to co było na rozkładzie, to co na tabliczkach przy drodze i na moim gps’ie w telefonie, to były trzy różne rzeczy. Stanęłam załamana, nie mając pojęcia co robić. W tym momencie zatrzymał się przy mnie samochód z dwoma starszymi panami i zapytali się „Wie Pani, gdzie mieszka Kasprzyk?”. Poczułam się jak w absurdalnym filmie, zgubiłam się, nie wiem nawet dokładnie w jakiej wsi jestem, a oni mnie pytają o jakiegoś Kasprzyka… Szybko odjechali i nastąpił przełom- nagle przestało padać (jak się później okazało dosłownie na 5 minut) i ptaki zaczęły głośno śpiewać. Miałam wrażenie jakby Natura mnie motywowała, mówiła „Nie poddawaj się, nie jest tak źle. Jedź dalej”. Tego było mi trzeba wstąpiły we mnie nowe siły i nie patrząc na to czy jadę dobrze, czy nie, popedałowałam przed siebie.

Miał być obiad pod zamkiem w Książu Wielkim, a był na przystanku w Niedźwiedziu. Dodatkowo się okazało, że zamiast kawy do termosu wlałam wrzątek. Choć i tak najlepiej z tego wyjazdu wspominam moment ubrania nowych suchych skarpetek. I wówczas mimo wszystko uważałam ten wyjazd za udany, był wielką próbą charakteru, z której wyszłam zwycięsko, bogatsza o kolejne doświadczenia.

Takie jednodniowe wyjazdy były treningami przed główną wyprawą. Umówiłam się ze znajomymi na weekend w górach, ale taki trochę nietypowy. Mieliśmy się spotkać na miejscu w Chatce pod Potrójną. Jednak każdy z nas dotarł tam na swój sposób. Ja oczywiście pojechałam rowerem. Ten weekend był wyjątkowo ciepły, choć to chyba za mało powiedziane. Był wręcz upalny. Nigdy nie zapomnę Przełęczy Kocierskiej, mając już ponad 70km w nogach. Dla osób nie będących w tamtych okolicach nakreślę, że jest to trudny około ośmiokilometrowy podjazd, podczas którego wjeżdża się prawie kilometr wyżej. Wiele razy stawałam, piłam, głęboko oddychałam i jechałam dalej. Postanowiłam, że ani przez chwilę nie będę prowadzić i udało się. Jedna wysiłek był przeogromny. Po zjechaniu z drogi asfaltowej już w typowe góry wcale nie było łatwiej. Okazało się, że mój rower trekkingowy nie jest najlepszym rozwiązaniem na takie podróże. Wjeżdżając na Potrójną było tak, że trochę on mnie, trochę ja jego. I tak powoli, powoli dotarłam na szczyt, a potem do samej Chatki, gdzie czekali już na mnie znajomi. Czas spędzony wtedy w górach był cudowny. Drzemki w trawie pod drzewem, wspaniałe leniuchowanie na łonie natury. Wieczorem okazało się, że w Chatce będzie się odbywał wieczór kawalerski, a ja wiedziałam, że muszę się wyspać i zregenerować, bo następnego dnia czekało mnie ponad sto kilometrów na rowerze w drodze powrotnej do domu. Tak więc zaproponowałam spanie z dala od Chatki i o dziwo wszyscy się zgodzili. I w taki sposób po raz pierwszy w górach spałam pod gołym niebem. Zasypiając miałam nad sobą przepięknie ugwieżdżone niebo, a słychać było tylko odgłosy natury. Jednak muszę przyznać, że momentami te odgłosy mnie napawały strachem, bo nie wiedziałam czy w nocy przypadkiem nie obudzę się mając nad sobą jakieś zwierze. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. A rano na mój ukochany wschód słońca nie trzeba było nigdzie się ruszać, wystarczyło usiąść w śpiworze, oglądnąć i po wszystkim przewrócić się na drugi bok i pójść spać dalej.

Kolejnego dnia trzeba było wracać do domu. Wybrałam trochę okrężną trasę powrotną wokół Jeziora Żywieckiego i Międzybrodzkiego. Jak zobaczyłam ludzi pływających, aż im pozazdrościłam w taki upał kontaktu z wodą i nie myśląc wiele wypożyczyłam na godzinkę kajak, żeby popływać po jeziorze. Nie była to dobra decyzja, bo dopiero będąc już na wodzie zorientowałam się, że nie mam niczego na głowie chroniącego od słońca. Jadąc na rower nie musiałam brać ze sobą nic do ochrony głowy oprócz kasku, więc i tym razem o tym nie pomyślałam… Przygrzało mi więc nieźle, ale i tak byłam szczęśliwa, że mogłam popływać kajakiem po raz pierwszy od paru lat. Około 30 kilometrów przed Krakowem miałam swój pierwszy wielki kryzys. Słońce prażyło niemiłosiernie, a mi było coraz bardziej słabo. I co dziwne było mi jednocześnie słabo, niedobrze i niesamowicie duszno. Sama nie wiedziałam co zrobić najpierw zemdleć czy zwymiotować. Na szczęście szybko załapałam, że to przez spadek cukru we krwi. Udało się w miarę szybko znaleźć otwarty sklep. Pierwszy produkt szybkiego dostarczenia cukru jaki zobaczyłam to była cola. Półlitrową butelkę prosto z lodówki wypiłam dosłownie duszkiem. Ożywiło mnie to na część następnych kilometrów, ale niestety takie nagłe, poważne spadki poziomu cukru zaliczyłam po drodze jeszcze dwukrotnie. Te ostatnie kilometry były wielką udręką i cały czas zastanawiałam się, czy zdołam jakimś cudem dojechać. Na szczęście w całości dotarłam do mieszkania, ale od razu padłam do spania i odreagowania tej ciężkiej podróży.

W taki oto sposób po raz pierwszy w tak mocnym wydaniu ujawniła się moja hipoglikemia reaktywna i jak się później okazało w moim wypadku uprawianie sportu przy skrajnych temperaturach, a przede wszystkim w upale zawsze wywołuje poważny spadek poziomu cukru. Nie wiem czemu wówczas jeszcze się tak bardzo tym nie przejęłam. Na wyciągnięcie nauki z tego dnia przyszło mi poczekać jeszcze bardzo długie miesiące.

Ten dwudniowy wyjazd był też przełomowy pod innym względem. Po raz pierwszy od wielu lat poczułam, że zasługuję na urlop, na czas dla siebie, że nie muszę pracować cały czas, że powinnam mieć cokolwiek z tego życia dla mnie. Że to wcale nie jest powód do chwalenia się, że od wielu lat nie byłam na urlopie. I wtedy podjęłam decyzję, że w następnym roku zrealizuję moje marzenie czyli urlop na rowerze. Najważniejszą kwestią było jedynie z kim na taki wyjazd pojechać. Uwielbiam jeździć na rowerze sama, wtedy odczuwam największą przyjemność. I ten wyjazd w góry dał mi ją, właśnie przez to, że w obydwie strony jechałam sama na rowerze, a na miejscu czekali na mnie znajomi, z którymi mogłam spędzić czas. A jak to zorganizować podczas dłuższego wyjazdu? Jak to zrobić, żeby w dzień móc jechać samemu, a potem wieczorem móc spędzić czas z innymi. Wtedy było to dla mnie bardzo skomplikowane organizacyjnie i szczerze powiedziawszy praktyczne niemożliwe do wykonania. Nie wiedziałam jeszcze, że tak naprawdę w głębi duszy pragnę pojechać na taki urlop sama i móc spędzić czas po prostu ze sobą. Na to przyszedł czas dopiero dwa lata później…

Dodaj komentarz