159240834786271
Otworzyłam oczy i odzyskałam świadomość dopiero, gdy leżałam na asfalcie dobrych kilka metrów dalej.

Był 14 września 2011 roku.
Ten dzień sprawił, że moje życie zmieniło się o 180 stopni, gdyby nie to wydarzenie, nie byłabym w tym miejscu, w którym teraz jestem, dlatego też od tego momentu zaczynam. Byłam wówczas właścicielką fitness klubu, małego, kameralnego. Ten klub to było spełnienie moich marzeń. Kochałam to co robiłam. Klub dawał mi satysfakcję i dużo radości, jednak zajmował mi cały czas wolny i niestety nie dawał dostatecznych przychodów. Co prawda starczało na jako takie utrzymanie, ale na nic więcej. Jednak dla mnie to nie była kwestia pieniędzy, cieszyłam się, że mogę robić to co sprawia mi niebywałą przyjemność. Jednak czasami zaczęłam się zastanawiać czy zawsze tak będzie. Czy ja naprawdę nie mam szans na większe zarobki? Czy nigdy nie będę miała szans na własne mieszkanie? Dodatkowo czekałam na recenzje mojej pracy doktorskiej, którą oddałam już w marcu tamtego roku, jednak nadal nie było ani widu ani słychu po recenzjach. Co zresztą nie było niczym dziwnym. Cały mój doktorat był pod górkę. Co chwilę miałam rzucane kłody pod nogi. Tyle nerwów co straciłam w trakcie pisania pracy… zbyt mało tu miejsca, żeby to opisać. Całe szczęście, że przez czas pisania doktoratu codziennie prowadziłam zajęcia fitness po minimum 3 godziny, choć często było to nawet 8 godzin dziennie. Gdyby nie to, pewnie byłabym już dawno w wariatkowie. Tylko na sali mogłam się wyżyć i wyładować nerwy. Dlatego też byłam tak przywiązana do mojego klubu. To był przez kilka lat mój azyl. Miejsce, w którym mogłam odreagować. Byłam naprawdę blisko z dziewczynami, które chodziły do mnie na zajęcia. Wspierały mnie we wszystkim. Jak nie miałam gdzie mieszkać, przyjęły mnie pod swój dach. Gdy zmienialiśmy lokal, to właśnie dziewczyny pomogły w remoncie, przewożeniu rzeczy, sprzątaniu po remoncie. Nie sposób opisać jak wspierały mnie mentalnie we wszystkim co robiłam. Dlatego też pomimo tego, że klub nie przynosił mi zadowalających zysków nie wyobrażałam sobie rezygnacji z niego.

Tego dnia po porannych zajęciach pojechałam do dermatologa. Od paru dni miałam na stopie czerwony plamy, drastycznie swędzące. Ubranie skarpetki i buta było tragedią. Już nie raz na nogach zdarzało mi się mieć tego typu plamy, jednak nigdy nie swędziały mnie aż tak. Pierwszy raz tego typu plamy pojawiły się 9 lat wcześniej, na tydzień przed planowaną operacją kolana. Wielkie czerwone plamy, ale wtedy nie były swędzące. Nie wiadomo było skąd się one wzięły. Pani dermatolog zaproponowała mi wówczas, że w takiej sytuacji, weźmiemy wymaz z tych plam po czym dostałam maść, która miała zatuszować plamy na czas operacji, gdyż jej nie zagrażała, ale oczywiście było całkiem prawdopodobne, że gdy lekarze zobaczą je, plamy niewiadomego pochodzenia, nie będą chcieli zrobić operacji. Owszem plamy po posmarowaniu maścią zniknęły i nie wróciły, choć Pani dermatolog twierdziła, że tak właśnie będzie. Wyniki z laboratorium były też zadziwiające. Okazało się, że w próbce, którą zeskrobali z moje ciała nie ma nic. Totalnie nic. Ponoć po raz pierwszy widzieli coś takiego i kazali powtórzyć badania, lecz nie dało się tego zrobić, bo plamy póki co bezpowrotnie minęły. Pojawiały się owszem później, ale jakoś się tym nie przejmowałam. Dopiero tym razem było to na tyle uciążliwe, że trafiłam do dermatologa. Okazało się, że to atopowe zapalenie skóry. Dostałam maści oraz miałam cały wykład na temat pielęgnacji mojej wrażliwej skóry, że to sprawi, że moje plamy będą występować rzadziej. Od lekarza pojechałam do apteki i na kawę do siostry. Wszędzie oczywiście rowerem, jak zawsze. Jechałam od siostry do siebie do mieszkania. Świeciło słońce. Jak zawsze jechałam zamyślona, ale na szczęście zawsze reagowałam na czas na wszelkie zagrożenia. Minęłam wjazd bocznej ulicy, oczywiście wcześniej rzuciłam okiem, czy nie wjeżdża stamtąd jakiś samochód, bo jak wiadomo rower na ulicy nigdy nie ma pierwszeństwa. Nie było tam żadnego samochodu, więc spokojnie jechałam dalej. Jakież było moje zdziwienie, gdy już prawie minęłam tę ulicę wyjechał nagle czerwony samochód. Szybko odbiłam w bok, mocno po hamulcach i cały czas w głowie miałam myśl „nie może we mnie wjechać, nie może, po prostu nic się nie może mi stać, mi się przecież nigdy nic nie dzieje”. To prawda, że w takich chwilach wszystko dzieje się w mocno zwolnionym tempie. Od momentu kiedy dostrzegłam samochód miałam do niego dosłownie metr. Ten metr w moim odczuciu zajęły mi długie minuty, a tak naprawdę to się działo w sekundach, choć pewnie to była sekunda lub dwie. Do końca byłam przekonana, że nie ma szans, żeby doszło do wypadku, że zdążę wyhamować lub jeśli coś się zdarzy to przecież nic się mi nie stanie. Mi nigdy nic się działo. Ile razy mi się zdarzało spaść z trzepaka głowę w dół i walnąć nią o beton czy z naprawdę wysokiego drzewa. Jednak nigdy nic mi nie było oprócz siniaków.

Nie pamiętam momentu zderzenia. Otworzyłam oczy i odzyskałam świadomość dopiero, gdy leżałam na asfalcie dobrych kilka metrów dalej. Rower leżał dużo dalej. Leżałam na prawym boku. Czułam mocny ból w kręgosłupie lędźwiowo-krzyżowym. Także w odcinku szyjnym było coś mocno nie tak, więc starałam się nie ruszać, choć tak naprawdę i tak nie bardzo mogłam się z tego bólu ruszyć….

Dodaj komentarz