159240834786271
z bulimii i anoreksji nie można się całkowicie wyleczyć

Dziś jeszcze nie będzie o momencie, od którego moje życie zaczęło się zmieniać :). Chciałabym nakreślić jeszcze do końca mój ówczesny stan fizyczny.

Problemy żołądkowo-jelitowe miałam od zawsze. Również od zawsze nie byłam w stanie jeść tłustych potraw. Z opowiadań rodzinnych wiem, że jako małe dziecko rozbierałam każdą kanapkę na części pierwsze, żeby upewnić się że na pewno nie ma tam masła. Odkąd pamiętam też nie byłam w stanie zjeść nawet tłustych zup, czy przede wszystkim rosołu. Smak tego ostatniego kojarzę w obie strony i nawet teraz, gdy mogę już go zjeść nie jestem w stanie przełknąć tego smaku, zbyt złe skojarzenia przywodzi na myśl. Przyzwyczaiłam się że odchorowuje każde choć trochę tłuste danie. Wiele osób żartowało sobie, że jestem detektorem tłustego jedzenia, bo jeśli rzeczywiście dla mojego organizmu było zbyt dużo tłuszczu w potrawie, to leciałam do wc zanim jeszcze zdążyłam skończyć jeść. Na samą myśl o smalcu czy oczku robiło mi się niedobrze. Zawsze twierdziłam, że to dobrze, że nie mogę jeść tłustego, bo dzięki temu czy chcę czy nie to muszę się odżywiać zdrowo (przynajmniej według mojego ówczesnego światopoglądu dietetycznego). Mój układ trawienny jednak mocno reagował nie tylko na tłuszcz, ale na większość pokarmów. Biegunki i wymioty były niestety na porządku dziennym u mnie. Nie raz zdarzyło się, że całe noce spędzałam w łazience, a rano trzeba było wstawać do pracy. A takie sytuacje potrafiły trwać przez wiele, wiele dni. Rzadko zdarzał się tydzień bez żadnych “przygód”. Szczerze powiedziawszy teraz się zastanawiam w jaki sposób potrafiłam tak funkcjonować przez te wszystkie lata.

Za to słodkie mogłam jeść zawsze, wszędzie i w każdych ilościach :). Za moich czasów przedszkolnych tata pracował w Czechosłowacji. W Polsce nie było tak dostępnych słodyczy, więc co tydzień przywoził dla mnie i brata całą torbę łakoci, które trzeba było do kolejnej dostawy zjeść, czyli mieliśmy na to jedynie tydzień. Nigdy nie trzeba było mnie dwa razy prosić o zjedzenie słodyczy. I tak zaczęło się moje uzależnienie od cukru. Myślę że to jedno z gorszych uzależnień, bo dostęp do słodyczy jest łatwy, nawet dla dzieci. Poza tym to uzależnienie jest powszechnie akceptowalne i naprawdę trudno z niego wyjść, gdy wszyscy wokół częstą łakociami, a odmawianie zjedzenia tortu jest komentowane “Odchudzasz się? Przecież jeden kawałek Ci nie zaszkodzi”. Udało mi się jednak w czasach szkolnych na jakiś czas (kilka lat) porzucić słodycze sklepowe. Dentysta powiedział, że mam tak bardzo psujące się zęby, że powinnam przestać jeść słodycze. U dentystów wycierpiałam się naprawdę wiele. Chodziłam do nich regularnie od 6 roku życia. Zęby mi już wyrastały z próchnicą. Ile bólu zaznałam to moje. Nigdy nie zapomnę jednego z moich dentystów, do którego chodziłam we wczesnej podstawówce. Krzyczał na mnie, że strasznie się ślinię i co chwilę musi mi gazy zmieniać. Poza tym miał w zwyczaju pytać „Boli?”, gdy przytakiwałam, bo zawsze bolało drastycznie, on odpowiadał „trudno, musi boleć”. Potem wiele zębów miałam leczonych kanałowo i za każdym razem, gdy prosiłam o znieczulenie słyszałam, że nie ma sensu go dawać. Więc posłusznie cierpiałam. Dlatego też, gdy usłyszałam od dentysty, że moje stale psujące się zęby będą zdrowsze jeśli przestanę jeść słodycze, długo się nie zastanawiałam. Zjadłam wszystkie słodycze , które były w domu, a było ich naprawdę sporo i od następnego dnia ich już nie jadłam. Jednak zawsze miałam wielką słabość do ciast domowych I tego sobie nie odmawiałam. Niby nie jadłam słodyczy sklepowych, ale wszelkimi domowymi się wręcz obżerałam. Do czasu kursu na prawo jazdy, gdy podczas pierwszej jazdy zostałam przez instruktora poczęstowana czekoladą. Trudno było się bronić i jechać jednocześnie, więc uległam… przypomniałam sobie jaka czekolada jest dobra wpadłam od nowa.

I tak z połączenia mojego obżarstwa i problemów trawiennych, gdzieś w międzyczasie powstał kolejny problem: bulimia. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć kiedy to się zaczęło. Wszyscy się śmieją, że mam żołądek bez dna. Jestem w stanie w siebie wepchnąć na raz bardzo, bardzo dużo jedzenia. Jednak nie wszyscy wiedzą, że jest to efekt wytrenowania żołądka przez wiele lat właśnie bulimii. Wiem, że to absurdalne, że ktoś mający takie problemy trawienne jak ja, nie powinien chcieć jeszcze dodatkowo tego powodować. Jednak mając w głowie, że tak czy tak często spędzam czas w łazience i tak większość zjedzonego przeze mnie jedzenia tam ląduje, więc dlaczego tego nie wykorzystać do czerpania większej przyjemności z jedzenia… potrafiłam na raz wpakować w siebie ogromne, wręcz niewyobrażalne ilości jedzenia. Wymiotów nigdy nie musiałam prowokować. Wiedziałam, że mój żołądek tego nie zniesie i prędzej czy później sam zażąda zwrócenia wszystkiego. Przez długie lata sądziłam, że nie jest to nic złego, że tylko wykorzystuję własne ułomności, żeby mieć więcej przyjemności w życiu. Dopiero niedawno będąc na szkoleniu odnośnie zaburzeń odżywiania uświadomiłam sobie, że to jednak bulimia. Że moje obżeranie nie było spowodowane dostarczaniem sobie przyjemności z jedzenia jako takiej, ale rekompensacją braku miłości. Słodycze, które dostawałam jako dziecko, kojarzyły mi się z okazywaniem mi miłości. Powstał więc w moim umyśle schemat, że kiedy czuję się niekochana, porzucona to sięgam po jedzenie, głównie po wielkie ilości słodkiego, bo to rekompensuje mi moje odczucie pustki. Zresztą na szkoleniu okazało się, że moja osobowość odpowiada predyspozycjom i do bulimii i do anoreksji. Wtedy też sobie przypomniałam moje epizody wstrętu do jedzenia… nie trwały na szczęście długo i były przerywane napadami bulimii. Pierwszy okres wstrętu do jedzenia dokładnie pamiętam. Usłyszałam że jestem brzydka i gruba, a w wieku nastoletnim takie słowa zapadają głęboko w podświadomość. Przez miesiąc praktycznie nic nie jadłam, a kiedy już się ledwo trzymałam na nogach to obżerałam się do momentu wystąpienia wymiotów i znów przez kilka dni nic nie jadłam.

To mit, że anorektyczka czy bulimiczka jest skrajnie wychudzona. Ja raczej miałam od zawsze problemy w drugą stronę, miałam przynajmniej kilka kilo za dużo. Dlatego też jak zaczynały się moje epizody jadłowstrętu i gubiłam jakieś kilogramy, to wszyscy się wręcz zachwycali, że lepiej wyglądam, co utwierdzało mnie w przekonaniu, że nie robię nic złego. Jednak z czasem na zmianę okresy nie jedzenia i mocnego objadania rozregulowały mój metabolizm zupełnie. Organizm nie wiedząc kiedy dostanie jedzenie potrafił dosłownie z niczego magazynować tłuszcz. Zdarzało się, że nic nie jadłam, a tyłam. Od jakiś 10 lat huśtawka wagowa trwała cały czas bez względu na to co robiłam.

Niestety z bulimii i anoreksji nie można się całkowicie wyleczyć, tak jak z alkoholizmu. Są okresy kiedy się jest zupełnie czystym, lecz niestety czasem można się potknąć i powrócić do starego nałogu. To ciągła walka normalny stosunek do jedzenia i normalne życie. Ale o tym w kolejnych częściach.

Dodaj komentarz