Nadszedł czas długo wyczekiwanego szkolenia na temat chorób autoimmunologicznych w ujęciu medycyny chińskiej. Z tego powodu musiałam spędzić kolejny weekend we Wrocławiu,. Jednak lubię to miasto, więc nie było tak źle. Do tego jak zawsze, mogłam się spotkać ze znajomymi.


Na szkoleniu, ku mojej uciesze, znalazłam wiele potwierdzeń tego co sądziłam na temat chorób z autoimmunologii, a o czym medycyna zachodnia milczała. Na przykład, że Hashimoto nie jest jedno, ale może mieć sześć różnych przyczyn. W końcu ktoś potwierdził, że to co jest u mnie jest całkowicie normalne, czyli Hashimoto przy jednoczesnym ciągłym odczuciu gorąca. Każda choroba ma wiele twarzy i nie można jednego schorzenia traktować u wszystkich tak samo, bo może mieć całkowicie inne przyczyny. Przy okazji dowiedziałam się jaki zestaw ziółek pić na moje dolegliwości i jakie punkty akupunkturowe nakłuwać. To szkolenie dało mi nową energię do pracy ze sobą „po chińsku”. Po powrocie do Krakowa od razu zamówiłam dla siebie dwa zestawy ziółek na dwie moje przyczyny autoimmunologii, które jeszcze gdzieś tkwiły we mnie. Na początku było to dość kłopotliwe. Zaczynałam każdy dzień od gotowania ziółek, potem dwa termosy brałam ze sobą do pracy… Ale dość szybko się do tego przyzwyczaiłam. I na piesze efekty nie trzeba było długo czekać. Przede wszystkim skończyły się poranne uderzenia gorąca, które mocno mi uprzykrzały życie. Nawet jadąc do pracy rowerem przy minusowych temperaturach miałam na sobie tylko bluzę, a i tak co chwilę wręcz buchało ze mnie gorąco. W ten sposób zawsze dojeżdżałam do pracy spocona i musiałam zaczynać dzień od prysznica. Na szczęście te dolegliwości przeszły już w moim przypadku do historii. W międzyczasie odrzuciłam też kawę. To był krok do którego długo się zbierałam. Jakoś nie umiałam sobie odmówić tej przyjemności. Przyszedł jednak dzień, w którym pomyślałam „to po co piję ziółka, jeśli za chwilę niszczę wszystko kawą?”. Może nie całkowicie wszystko niszczę, ale kawa działa dokładnie przeciwstawnie do „moich” ziół, więc to totalnie bez sensu, żebym ją piła. Zrobiłam, więc sobie pyszną pożegnalną kawę i tak po prostu od następnego dnia przestałam ją pić. I nawet bez jakiegoś strasznego żalu. Widocznie przyszedł właściwy moment, żeby ją rzucić.

Grudzień zleciał mi przede wszystkim na nauce do egzaminu z akupunktury. A było materiału całkiem sporo. Oczywiście uczyłam się regularnie od dawna (ten typ już tak ma :)), ale te ostatnie tygodnie były szczególnie wzmożonym czasem. Poświęcałam dosłownie każdą wolną minutę na powtarzanie materiału. A że najłatwiej jest się uczyć przez praktykę, to nakłuwałam kogo się da, a przede wszystkim siebie. Podczas nauki miałam non stop ponakłuwane całe nogi i ręce. Egzamin był praktycznie tuż przed świętami. Dotychczas zawsze idąc na jakikolwiek egzamin miałam wielkie nerwy. Nie byłam nawet w stanie zjeść śniadania. Wręcz paraliżowała mnie myśl, że mogę źle wypaść na egzaminie, że mogę nie znać odpowiedzi, że mogę napisać gorzej niż inni. I tu wracamy do tego, o czym była mowa w poprzedniej części: do porównywania się do innych. Zawsze miałam wielką, wręcz chorą, przerośniętą ambicję. Musiałam być we wszystkim najlepsza, wszystko najlepiej wiedzieć. Miałam potrzebę wyróżniania się z tłumu. I jak tlenu potrzebowałam do życia pochwał innych i bycia docenioną. Niestety jednocześnie to rujnowało moje nerwy i moje zdrowie. Jednak nic na to przez wiele lat nie umiałam poradzić. Przyjęłam, że taka po postu jestem i trzeba z tym jakoś żyć. Dlatego też nigdy nie lubiłam rywalizacji w sporcie. Wtedy mnie strasznie spinało, bo przecież muszę być najlepsza i nie byłam w stanie niczego dobrze wykonać. Jak uprawiam sport bez rywalizacji, nie jestem oceniana, to mam paradoksalnie najlepsze wyniki.


Jednak już od jakiegoś czasu zaczęłam pracować nad tym moim problemem. I właśnie na  egzaminie z akupunktury okazało się jak wielkie poczyniłam postępy. Po raz pierwszy zdarzyło mi się zjeść rano śniadanie przed egzaminem i podejść do niego na spokojnie. Oczywiście to nie tak, że się w ogóle nie stresowałam. Ale to był właśnie ten dobry, motywujący stres. Miałam wrażenie, że czuję go w taki sposób po raz pierwszy w życiu. I to było cudowne. Nie czułam żadnej presji podchodząc do egzaminu.

Po egzaminie stwierdziłam, że dawno nie robiłam TRE. Zaczęłam pracować ze sobą w trochę inny sposób i miałam przez jakiś czas trochę awersję do wchodzenia w wibracje. Stwierdziłam, że nic na siłę. Jednak w tym momencie czułam, że bym chciała, a jednak czegoś się obawiałam. Ledwo o tym pomyślałam, a tu następnego dnia otrzymuję wiadomość od mojego znajomego ze szkolenia, że będzie w Krakowie i czy byśmy nie zrobili wspólnej sesji. Bardzo się z tego powodu ucieszyłam. Czułam, ze tego potrzebuję. Spotkaliśmy się dzień później i muszę przyznać, że to było jedno z najlepszych TRE w moim życiu. Przy tym znajomym czuję się całkowicie bezpiecznie i pozwoliłam sobie na więcej niż normalnie sobie pozwalam podczas drżeń. I to było dokładnie to czego potrzebowałam. Wyszło ze mnie bardzo dużo emocji. I wtedy sobie uzmysłowiłam, że to pewnie po to miałam do niego zagadać i po to się potem spotkaliśmy na szkoleniu, żeby się poznać i żebym dzięki niemu mogła tyle z siebie wyrzucić. Dzień później była Wigilia. Po kolacji wróciłam do mieszkania i się zaczęło. Przez całe Święta wilgoć wylewała się ze mnie wszystkimi możliwymi sposobami. Katar, woda cieknąca z oczu, non stop silne poty, biegunka. Muszę tu przypomnieć, że ja normalnie nie choruję, przeziębień też praktycznie nie mam. A tu nagle dopadło mnie ze zdwojoną siłą na dosłownie dwie doby, po czym nagle odeszło jak ręką odjął. Jestem zdania, że po uwolnieniu emocji z mojego ciała coś się poruszyło i organizm chciał wydalić całą nagromadzoną wilgoć i toksyny. Jestem wręcz pewna, że to nie było żadne przeziębienie tylko reakcja na TRE, gdyż w późniejszym czasie jeszcze raz mi się to przytrafiło…

3 thoughts on “Biografia mojej autoummunologii- cz.39 Ambicja”

  1. tak mnie zastanawia Ania w kontekscie TRE, emocji, medycyny chińskiej – masz jakieś idde na temat wad wzroku, bo też nosisz okulary (plusy,minusy?) sądzisz, że możliwe jest zniwelowanie wady wzroku nieoperacyjnym podejściem:)?

    1. Myślę, że na pewno jest taka opcja. Ja mam minusy i przy ostatniej wizycie okazało się, że zaczęła mi się cofać wada ;). Mam nadzieję, że to nie jednorazowy wyskok moich oczu

Dodaj komentarz