159240834786271

Dziś o cudownych zbiegach okoliczności, które wcale nie dzieją się przypadkiem. Ale wszystko po kolei…

Nadszedł czas wyjazdu na trzy dni do Warszawy. Pierwszego i trzeciego dnia miałam pracować. A środkowa sobota została poświęcona całkowicie przyjemności. Pierwszego dnia miałam być prelegentem na pewnej konferencji, co uważałam za niemały zaszczyt. Stresowałam się tym wystąpieniem. Szczególnie, że byłam w szpilkach, a że nie jest to często wkładane przeze mnie obuwie, to obawiałam się, że mogę polecieć jak długa wchodząc na scenę. Na szczęście wszystko poszło tak, jak miało pójść. A ja postanowiłam być sobą i będąc już na scenie ściągnęłam buty i część prelekcji odbyłam na boso :). Cóż to była za ulga. Podczas tej konferencji poczułam, że pisanie tej opowieści ma naprawdę sens. Wydawało mi się, że wszyscy prelegenci to znaczące nazwiska i do tego ja szara myszka, której nikt nie zna. A tu się okazało, że w czasie przerwy podeszło do mnie parę osób dziękując za bloga. Byłam w wielkim szoku. Nie dość, ę kto wie kim jestem, to jeszcze czyta moją opowieść. Dodało mi to jednak skrzydeł. Potwierdziło, że to co robię ma sens.

Drugi dzień wizyty w stolicy, to dzień odpoczynku i spotkań. Zaczął się od niespiesznego poranka u mojej koleżanki, u której spałam. Ten ranek spędziłyśmy w łóżku wraz z jej dzieciakami. Bardzo potrzebny był mi wtedy taki czas totalnego relaksu i rozluźnienia. Później pojechałam na spotkania ze znajomymi. Pamiętacie jak pisałam o tym chłopaku, którego poznałam na warsztacie TRE a potem się spotkaliśmy na szkoleniu? Właśnie tego dnia zaczęłam spotkania od jego osoby. Okazało się, że zna w Warszawie tylko jedno miejsce, gdzie możemy na spokojnie usiąść i porozmawiać w sobotnie przedpołudnie. Była to pewna przytulna kawiarnio-księgarnia. Idealne dla mnie miejsce. Nie dość, że mieli bardzo wygodne kanapy, to jeszcze mogłam zamówić wodę kokosową do picia. Pomimo, że tak naprawdę to była nasza druga rozmowa w życiu, to miałam wrażenie, że znamy się od zawsze i doskonale się rozumiemy. Spędziliśmy bardzo miło czas na przeróżnych pogawędkach i rozmyślaniach. Gdy on musiał już lecieć, ja postanowiłam zostać i przeglądnąć półki z książkami. To był strzał w dziesiątkę. Kupiłam książkę, która była idealna akurat na tamten moment mojego życia. Dostałam do niej w gratisie herbatę, więc położyłam się tam na kanapie i zaczęłam czytać. I tak wsiąkłam w nią na każdą wolną chwilę mojego wyjazdu. Dzięki tej książce w końcu zrozumiałam dlaczego moje ciało jest jakby podzielone na dwie części. Całkowicie inne dolegliwości mam w górnej części ciała, inne w dolnej. I co ciekawe są to wzajemnie wykluczające się dolegliwości. I nagle dostaję na tacy wytłumaczenie dlaczego moje ciało jest tak podzielone. To było niesamowite doświadczenie. Miałam kolejną sprawę, nad którą zaczęłam pracować. I tu zrozumiałam dlaczego miałam potrzebę zagadania do tego chłopaka. Nie dość, że czuję z nim naprawdę silną więź, to jeszcze bez niego pewnie nigdy bym na tę książkę nie wpadła. Jeszcze dzięki niemu wydarzyła się inna ważna dla mnie sprawa, ale o tym innym razem. Tak więc po raz kolejny przekonałam się, że każda znajomość w naszym życiu jest po coś. Jeśli idziemy w dobrym kierunku, to cały wszechświat zrobi wszystko, żeby podsyłać nam kolejne wskazówki, drogowskazy, osoby, które będą nam pomocne w tej drodze. Trzeba tylko mieć otwarte oczy i uszy oraz najważniejsze otwarty umysł i włączoną intuicję.

Jeśli już piszę o „zbiegach okoliczności”… parę tygodni później odbył się kolejny zjazd szkolenia TRE. Na parę dni przed nim napisała do mnie pewna dziewczyna, której wcześniej nie znałam. Przeczytała jedną z części mojego bloga i uznała, że zna książkę, która mi się przyda. Bardzo podziękowałam, wyjaśniłam, że ta część opisuje to, co się działo ze mną półtora roku wcześniej i teraz jestem już na innym etapie, ale z miłą chęcią zapoznam się z tą książką. Niewiele myśląc znalazłam w internecie tę książkę i zamówiłam ją. Podczas zjazdu TRE jak zawsze dużo się wydarzyło. Było wiele na temat emocji, że nie ma złych ani dobrych. Wszystkie nam są potrzebne do życia. Ważne jest, żeby sobie pozwolić na odczuwanie całej gamy emocji, nawet tych uważanych powszechnie za złe czyli na przykład złości. Nie walczyć z nimi, nie wypierać się ich. Pozwolić jedynie, żeby zaistniały. I chyba jak na zawołanie pojawiła się w trakcie tego weekendu sytuacja, która wyprowadziła mnie z równowagi. Chciałam wypróbować to czego się nauczyłam. Jadąc tramwajem ze szkolenia do koleżanki, u której mieszkałam postanowiłam jedynie z ciekawością przyglądać się pojawiającym się we mnie emocjom, na skutek pewnego wydarzenia. Nie kontrolowałam ich i nie oceniałam. Po prostu pozwalałam sobie na nie i tylko obserwowałam co się zadziewa. To było niesamowite doświadczenie. Przez te pół godziny przeszłam przez złość, mocny gniew, wielki smutek, żal i totalną bezsilność. Zazwyczaj w podobnych sytuacjach zostawałam przy złości i gniewie, które potrafiły zostać ze mną jeszcze przez kilka dni. Teraz udało mi się puścić luźno emocje, które zaczynały się zmieniać w zaskakujący sposób. Gdy dotarłam do koleżanki szczerze mówiąc byłam wytyrana przez to psychicznie. Zaaplikowałyśmy sobie po kieliszku nalewki plus dobry sen i wszystko wróciło do normy. Postanowiłam w miarę możliwości pozwalać sobie na odczuwanie emocji i jedynie ich obserwowanie, bez zatrzymywania ich na siłę i tarzania się nich.

Wszystko dzieje się wtedy, kiedy trzeba.

Po ostatnim dniu szkolenia pojechałam od razu do Opola, gdzie miałam umówioną wizytę do fizjoterapeuty, o którym słyszałam bardzo dużo dobrego od przeszło roku, więc postanowiłam skorzystać z nadarzającej się okazji (dziwnym zbiegiem okoliczności akurat przyjmował tej niedzieli w Opolu i było wolne miejsce akurat na taką godzinę, że spokojnie zdążyłam dojechać  z Wrocławia. No i jeszcze dodatkowo zgodził się potem mnie podrzucić później do Krakowa, bo akurat jechał w tamtym kierunku). Ta wizyta była szczególna. Usłyszałam, że dopóki nie przestanę się porównywać z innymi, to mój bark nie dojdzie do siebie. Dało mi to wiele do myślenia. Rzeczywiście całe życie chciałam udowodnić, że jestem lepsza niż inni. Miałam potrzebę wyróżnienia się, bo tylko wtedy czułam się wartościowa. Moja pewność siebie była tylko pozorna, tak naprawdę to w środku siedziało coś całkowicie przeciwnego. Mała dziewczynka potrzebująca uwagi, opieki, dostrzeżenia i dowartościowania. Dlatego też zawsze musiałam być we wszystkim najlepsza, żeby udowadniać innym (i sobie), że dam radę, że przecież jestem wartościowym człowiekiem. Ważne to zawsze było w porównaniu do innych. Przez całą drogę do Krakowa gorliwie dyskutowaliśmy na temat tego wszystkiego i w ogóle psychosomatyki i jej związku z  fizjoterapią. Tak więc przez tą wizytę wpadła kolejna rzecz, nad którą należałoby popracować. Tylko nie bardzo miałam pomysł jak…

Pomysł przyszedł wcześniej niż się spodziewałam. Następnego dnia w skrzynce znalazłam paczkę. Przyszła książka, o której pisałam wcześniej, że została mi polecona, przez dziewczynę, która do mnie napisała. I ta książka okazała się strzałem w dziesiątkę na to, z czym aktualnie przyszło mi pracować. Po raz kolejny sprawdza się to, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Zbiegi okoliczności są cały czas wokół nas, tylko zacznijmy je dostrzegać..

5 thoughts on “Biografia mojej autoimmunologii- cz.38 Zbiegi okoliczności”

    1. Nie mam ich aktualnie przy sobie, a nie kojarzę autora jednej z nich. Jak będę miała w rękach to zrobię zdjęcie, tylko od razu zaznaczam, że te książki pomogły mi, a niekoniecznie muszą tak samo zadziałać na inna osobę. Wszystko zależy na jakim etapie się jest, to potrzebuje się różnych bodźców z zewnątrz. Zawsze twierdzę, że najlepiej szukać własnej drogi, a nie iść juz po cudzej utartej :). Życzę powodzenia w odnajdywanie swoich zbiegów okoliczności 🙂

      1. Christian Flecie „Twoje ciało wie, jak Cię wyleczyć” i druga znacznie trudniejsza Anthony de Mello „Przebudzenie”

Dodaj komentarz