Trafiłam przypadkiem na wspaniałą książkę „Okryj w sobie siłę. Przejmij kontrolę nad swoim życiem”. Czytając ją miałam wrażenie, jakby ktoś zapisał moje myśli. Autorka doszła do wielu podobnych wniosków co ja. Głównie, że tak naprawdę to od nas zależy jak będzie wyglądało nasze życie.

 

Przeczytałam w tej książce również o tzw. diecie umysłowej. Przez dziesięć dni należy myśleć tylko pozytywnie. Jeśli pojawi się w głowie negatywna myśl, to ma się minutę na zmianę jej na pozytywną. Jeśli się nie uda, to zeruje się licznik i znów zaczyna się od nowa. Wydawało mi się to wówczas banalnym zadaniem. Postanowiłam więc podjąć wyzwanie. I muszę przyznać, że pierwsze trzy dni to była męka. Nie sądziłam, że tak często pojawiają się w mojej głowie negatywne myśli. Przede wszystkim zaniepokoiła mnie ich ilość w stosunku do innych ludzi. Te trzy pierwsze dni, to był non stop trening wyłapywania negatywów w głowie i zamieniania ich na pozytywy. Poza tym przez miałam wrażenie, że przez ten cały czas, cały wszechświat testuje granice mojego pozytywnego myślenia. Wszystko po kolei się psuło, przestawało działać. Pierwszy był piecyk gazowy w mieszkaniu, przez co nie miałam przez prawie tydzień dostępu do ciepłej wody. Oczywiście znalazłam pozytyw: jak dobrze, że pracuję na siłowni, gdzie mogę wziąć prysznic. Po przyjechaniu do gabinetu zawsze rano się kąpałam i na wszelki wypadek też po zakończeniu pracy. Dodatkowo przecież druga siłownia, w której pracuję mieści się 200m od mojego mieszkania, więc w każdej chwili mogłam podskoczyć się umyć. Dlatego też przestałam się przejmować tym, że Pan od piecyka nie miał czasu przyjechać od razu, tylko zajrzał do mnie parę dni później. Za to naprawił wszystko sprawnie i wziął za to ode mnie śmiesznie małe pieniądze. Jeszcze opowiem Wam o moich przygodach z rowerem w tym czasie. W ósmy dzień wyzwania jechałam rowerem na pewien event fitnessowy. Była paskudna pogoda: wiało i padało. Po 1,5km jazdy złapałam gumę. Niestety nie miałam ze sobą dętki na zmianę, a że była to niedziela, to nie miałam co liczyć na otwarty jakikolwiek serwis. Oczywiście jak każdy normalny człowiek miałam ochotę sobie w takiej sytuacji pokląć. Jednak będąc na diecie umysłowej od razu zaczęłam szukać pozytywów: złapałam gumę we właściwym miejscu. Po pierwsze tuż przy markecie, przy którym były stojaki rowerowe i to jeszcze pod zadaszeniem, więc mogłam tam spokojnie zostawić rower. I akurat po drugiej stronie ulicy był przystanek, z którego odjeżdżał tramwaj bezpośrednio pod miejsce eventu. Nawet nie musiałam na niego długo czekać, bo podjechał dosłownie po paru minutach pomimo niedzielnego poranka. Dzięki czemu bez problemu zdążyłam na czas. Wracając wieczorem musiałam pomimo zmęczenia wrócić po rower i pchałam go z gumą przez te 1,5 kilometra i szukając pozytywów powtarzałam sobie uparcie  głowie ”Jak dobrze, że teraz nie pada”. Po powrocie do mieszkania zmieniłam dętkę, gdyż wiedziałam, że następnego dnia dosłownie skoro świt, mam jechać do KRUSu. I tak dzień później, w poniedziałkowy poranek wsiadłam na rower i pojechałam. Przejechałam już ponad połowę drogi, gdy znów złapałam gumę… nie miałam dętki na zmianę, bo dzień wcześniej ją zużyłam. Było wcześnie rano, więc wszystkie serwisy zamknięte. Zresztą i tak byłam w takiej okolicy, gdzie był tylko jeden serwis, jeszcze tymczasowo zamknięty. Stwierdziłam, że na razie się tym nie przejmuję. Doprowadzę rower pod urząd, załatwię co trzeba, a potem się będę martwić. Oczywiście jak można się domyślić w KRUSie okazało się, że nic nie załatwiłam i przyjechałam na marne. Szukałam pozytywów… tuż obok jest przystanek, z którego odjeżdża tramwaj jadący tuż pod mój serwis, to sobie podjadę. Pech chciał, że to jest chyba najbardziej oblegana linia. A że był do tego poniedziałek rano, to każdy tramwaj był przepełniony i nie było szans, żebym wsiadła z rowerem. Zdecydowałam się więc na inną linię. Wiedziałam, że nie podjadę pod sam serwis, ale zawsze będę bliżej. I z przystanku czekało mnie jeszcze dwa kilometry marszu. Oczywiście to nie koniec przygód. Przez ten odcinek spadła mi całkowicie opona z tylnego koła i większość drogi musiałam prowadzić rower tylko na przednim kole. Pozostało mi wówczas tylko cieszyć się, że nie pada. Bo przecież zawsze może być jeszcze gorzej :).
Wytrwałam te dziesięć dni. Takich sytuacji jak opisałam wyżej miałam na pęczki w tym czasie. I muszę przyznać, ze to był niezły trening, który bez wahania każdemu polecę do przetestowania, żeby spróbować się pozytywnie nastawić do świata. A jak już kiedyś wspominałam, im więcej jest w nas pozytywnych myśli, tym więcej pozytywnych wydarzeń przyciągamy.

Przyjemnie jest myśleć tylko pozytywnie.

W tej książce przeczytałam też o afirmacjach. Ten temat przewinął się po raz kolejny, więc postanowiłam w końcu je wypróbować. Był wówczas pewien konkretny cel, do którego dążyłam. Ułożyłam piękną afirmację i powtarzałam ją na głos, trzy razy dziennie po piętnaście razy. Oczywiście z wielkim zaangażowaniem. I dziwnym trafem po dwóch dniach mój cel zaczął się ode mnie oddalać. Byłam przekonana, że zrobiłam coś źle. Zredagowałam więc afirmacje jeszcze raz od nowa, z jeszcze większą starannością. Po kilku dniach okazało, że cel tak się oddalił, że był już wówczas całkowicie poza moim zasięgiem. Załamałam się i rzuciłam wtedy afirmacje głęboko w kąt, jako beznadziejne i bezużyteczne. Potrzeba było kilku miesięcy, żeby dostrzec, że bardzo dobrze się stało. Źle sobie wytyczyłam cel. Gdybym go osiągnęła była groźba, że byłabym mocno nieszczęśliwa. Tak więc koniec końców z perspektywy czasu afirmacje zadziałały bez zarzutu. Sprawiły, że stało się dokładnie to, co było wtedy dla mnie najlepsze. Dlatego też po jakimś czasie do nich wróciłam..

Dodaj komentarz