159240834786271

Tak jak pisałam w ostatniej części, rozpoczęłam pracę nad moim ciałem i emocjami w nim zawartymi pełną parą. W ostatni dzień pierwszego modułu TRE odkryłam, że to, iż jest mi zawsze, wszędzie za duszno, to jest mechanizm obronny mojego organizmu.

Nie będę pisać skąd on powstał, bo to zbyt osobiste, ale napiszę coś o tym moich mechanizmie obronnym. Może to pomoże komuś z Was rozpoznać podobne sprawy w swoim życiu.

Osoby, które miały okazję mnie poznać osobiście na pewno zauważyły jedną, podobno bardzo charakterystyczną dla mnie cechę. A mianowicie zawsze jestem ubrana dużo lżej niż inni ludzie. Rzadko używam kurtki (nie pamiętam kiedy ostatni raz miałam kurtkę na sobie, chyba z trzy lata temu). Generalnie często przy 15-20 stopniach ubieram już moje najlżejsze ciuchy. I zawsze krzyczę o otwarcie okien, bo jest mi duszno. Odkąd pamiętam zawsze brakowało mi powietrza. W kościele, szczególnie gdy było dużo ludzi, mdlałam. Zawsze w miejscach, gdzie było za mało powietrza lub raczej wydawało mi się, że jest mi za mało powietrza, mój organizm od razu dostawał sygnał „Mdlej!”. Już nie spamiętam ile razy miałam badanie Holtera, czyli 24godzinne badanie rytmu serca. Za każdym razem, gdy je miałam szłam np. do kościoła czy w inne miejsce, gdzie zawsze mdlałam. No i oczywiście udawało się, zawsze zasłabłam. Za to w badaniu nie wyszło w tym czasie nic podejrzanego. Pomimo omdlenia miałam stały rytm serca. Kolejni lekarze rozkładali ręce. Co najwyżej słyszałam, że minie jak się skończy okres dojrzewania. Jak ten się skończył, to słyszałam, że po pierwszym dziecku może przejdzie. A co jeśli nie chcę mieć dzieci? Po opanowaniu poziomu cukru we krwi, kiedy już nie miałam stabilny jego poziom omdlenia minęły. Jednak fakt, że było mi ciągle duszno pozostał. A jak zaczynało mi być duszno, to jednocześnie było mi słabo. Już bez omdleń, ale i tak to nie było przyjemne. I nie było tak, że tylko w małych ciasnych, zatłoczonych pomieszczeniach brakowało mi powietrza. Potrafiło się mi się to zdarzyć nawet w przestrzeni otwartej. Po prostu już się przyzwyczaiłam do tego, że jest mi zawsze duszno. Widocznie taka „moja uroda”. Dopiero TRE otworzyło mi oczy na to, że być może jest to reakcja obronna mojego organizmu. Dodatkowo podczas jednej indywidualnej sesji okazało się, że mam zablokowaną klatkę piersiową. Idealnie oddycham torem żebrowym, ale nie jestem w stanie oddychać torem piersiowym. Mogę bez problemu wziąć głęboki wdech „do brzucha”, ale nie jestem w stanie tego zrobić do klatki piersiowej.  Jakby ona była całkowicie nieruchoma. Nawet nie podejrzewałam się o takie ograniczenia w moim ciele. Praca nad wyrzuceniem emocji z moich płuc, które były skutecznie blokowane przez odruch odczucia duszności, niemożności oddychanie pełną piersią, trwały parę miesięcy. Także odblokowanie całkowite przepony nie było takie łatwe. Szczerze mówiąc nad przeponą pracuję do dnia dzisiejszego, ale jest już coraz lepiej. Pamiętacie jak opisywałam, że podczas wyjazdu rowerowego chwycił mnie niesamowity skurcz w przeponie? Przemożne kłucie, przez które nie byłam w stanie oddychać? Teraz już wiem, że to był właśnie mechanizm obronny. Zablokowanie emocji w płucach, z którymi jak sądził mój organizm, nie byłabym w stanie sobie na raz poradzić. Jednak praca spokojnie, małymi kroczkami dawała świetne efekty. O ostatnim etapie uwolnienia się od tego problemu napiszę kolejnym razem (a może jeszcze kolejnym 🙂 ). Gdyż zdarzyło się to parę miesięcy później.

W kilka dni po pierwszym module szkolenia TRE minęło dokładnie sześć lat od wypadku. Tego od którego zaczęłam tę opowieść. Jak zapewne pamiętacie było powiedziane, że mój kręgosłup lędźwiowy już nigdy nie wróci do dawnej świetności. Już nigdy nie będzie w nim takiej ruchomości jak kiedyś. A właściwie w kręgosłupie lędźwiowym nie będzie już prawie żadnej ruchomości. Przez to ograniczenie musiałam przestać tańczyć. Dokuczało mi ono również na co dzień, gdyż jeden nieuważny ruch kręgosłupa i nie byłam się w stanie normalnie ruszać przez dobrych kilka dni, a czasem nawet dłużej. Po takich incydentach minimum przez tydzień nie byłam w stanie podnieść się rano z łóżka o własnych siłach. Dzień musiałam rozpoczynać rozluźnianiem mięśni. Tylko dzięki temu mogłam jakoś funkcjonować. Nie bez bólu, ale byłam w stanie przynajmniej pójść do pracy. O jakimkolwiek wygięciu do tyłu mogłam na zawsze zapomnieć. A jednak okazało się, że są sposoby na uleczenie niemożliwego. Odkąd poznałam wizualizacje medyczne, sposoby pracy mentalnej nad swoim zdrowiem, zaczęłam z nich korzystać. Podczas pierwszego „skanowania” mojego ciała w stanie alfa zauważyłam pewną przestrzeń w moim ciele, która była po prostu biała. Nie było tam absolutnie nic. Jakby pustka. Przeraziłam się tym nie na żarty. Szczególnie, że były to okolice końcowego odcinka jelita grubego. Bałam się, że jest tam nowotwór, szczególnie że jestem genetycznie obciążona skłonnościami do tej choroby. Zaczęłam regularnie pracować mentalnie nad tym obszarem ciała, w celu wyeliminowania wszelkich patologii, które tam tkwiły. Zajęło mi to trochę czasu. Aż wreszcie przyszedł dzień, gdy zeskanowałam swoje ciało i tamto miejsce było już normalne. „Widziałam” wszystkie, normalnie funkcjonujące narządy. W tym mój kręgosłup. Żadnej pustej, białej przestrzeni. I wówczas stał się prawdziwy cud. Przypadkiem wygięłam delikatnie mój kręgosłup lędźwiowy. Normalnie by mnie to wykluczyło z życia na parę dni. Jednak nie stało się nic. Żadnego bólu, żadnego zablokowania. Postanowiłam to wykorzystać i powolutku, naprawdę powolutku trenować wygięcie. To było zadziwiające, że mój kręgosłup pozwalał się uelastyczniać. Zaczął ze mną współpracować, nie stawiając oporu. I doszło do tego, że dokładnie w szóstą rocznicę wypadku byłam w stanie zrobić mostek, czyli coś całkowicie niemożliwego przy zwyrodnieniach, jakie powstały podczas wypadku.

Udało się osiągnąć niemożliwe.

Okazało się, że to co leczyłam pieczołowicie w trakcie wizualizacji, to nie był nowotwór jelita grubego, a właśnie mój kręgosłup. Przypadkiem udało mi się go uzdrowić. Oczywiście nie jest jeszcze idealnie, ale fakt, że mam w nim jakąkolwiek ruchomość uznaję za prawdziwy cud.

Jak widać na zdjęciu większe ograniczenie miałam wówczas w kręgosłupie piersiowym. Wynikało ono właśnie z zablokowania emocji w płucach, a przez to zablokowania całej klatki piersiowej, łącznie z kręgosłupem. To ograniczenie zaczęło sukcesywnie znikać podczas mojej pracy poprzez TRE. Aktualnie ruchomość całego mojego kręgosłupa jest dużo lepsza. Ale oczywiście na tym nie kończy się moja praca nad sobą…

7 thoughts on “Biografia mojej autoimmunologii- cz.36 Pełną piersią”

  1. Super. A w jaki sposob wyglada ta praca mentalna? Ja niemoge pokonac bloku przed cwiczeniem, cwiczylam duzo ok 5,6 lat temu i wczesniej.Czuje strach ze teraz odkryje jakie to cialo jest juz niewygimnastykowane i duzo starsze i sie boje ze mnie to przerazi. Ze bedr czula smutek za utracona mlodoscia i gibkoscia. Mam 38 latwiec chyba jeszcze nie wszystko stracone..

    1. Praca mentalne to długa opowieść. Najpierw należy wyczyścić swoją podświadomość z negatywnych przekazów, ograniczających przekonań, zamienić je na pozytywne. Dopiero gdy to się uda można pracować nad swoim zdrowiem w stanie alfa. Nie da się niestety tego tak przekazać na odległość… aktualnie robie na ten temat badania do pracy dyplomowej, żeby udowodnić, że nie tylko w moi wypadku takie rzeczy pomogą.
      Co do ćwiczeń, to 3i lat to dopiero początek życia. Ja mam 3 mniej i uważam, że jeszcze wszystko przede mną ;). To normalne, że po każdej przerwie nasze ciało robi się mniej silne, mniej elastyczne. Ale lepiej wrócić do ćwiczeń i powoli wracać do sprawności, niż tylko siedzieć i obserwować co się dzieje z ciałem. Nasze ciało, to jesteśmy my i warto o nie należycie zadbać.

        1. Jak dla mnie wczuwanie się w swoje ciało i wsłuchiwanie się w jego potrzeby to podstawa powrotu do zdrowia. Nasze ciało doskonale wie, czego potrzebujemy. Należy mu „jedynie” pozwolić przemówić. Będę na pewno jeszcze na ten temat pisać.

          1. zgodzę się, moje chce się często wymigać 🙂 wierzy w cuda, że zje tonę okropności a to nic nie zaszkodzi np 🙂 albo, że nadrobi co nie robi 🙂

Dodaj komentarz