159240834786271

Nadeszły kolejne moje urodziny. Pamiętacie jak opisywałam te z poprzedniego roku?

Kiedy pomimo że byli wokół mnie ludzie, którym na mnie zależało ja czułam się samotna? Jak w drastycznym tempie postępowała moja depresja? Tym razem było całkowicie inaczej. Również wyszliśmy ze znajomymi potańczyć i choć była nas naprawdę garstka, bawiłam się jak nigdy. Pamiętam doskonale to uczucie zapomnienia w tańcu, niesamowitej energii płynącej wówczas z mojego ciała. Czułam się szczęśliwa. Owszem wiedziałam, że jeszcze nie każda dziedzina mojego życia jest idealna, że jest jeszcze wiele do zrobienia, ale w końcu zaczynałam być szczęśliwa. W ogóle cały weekend z moimi urodzinami był niesamowitym wydarzeniem dla mnie, który pozwolił mi uzmysłowić sobie jakimi wspaniałymi ludźmi się otaczam. Rzeczywiście wiele osób z mojego życia zniknęło przez ostatnie pół roku, jakby się robiły porządki, czystki. Zostali tylko Ci, którzy mi naprawdę dobrze życzą i akceptują mnie taką jaka jestem, nie pragnąc nic w zamian.

Już w ten weekend poczułam jak mój organizm wręcz domaga się oczyszczania. Pierwszą rzeczą jaka przychodziła mi do głowy był post Dąbrowskiej. Wyjadłam więc na spokojnie przez parę dni zapasy, które miałam w lodówce i na niego przeszłam. Zastanawiałam się cały czas, czy to dobry moment, bo w perspektywie miałam pierwszy moduł szkolenia certyfikacyjnego TRE we Wrocławiu. Czyli trzy dni poza domem tylko na warzywach… jednak czułam, że mój organizm bardzo domaga się oczyszczenia. Dlatego też uległam i rozpoczęłam kolejny post warzywny. Na wyjazd do Wrocławia udusiłam sporo warzyw i zawekowałam w słoikach, żebym miała co jeść. Byłam z siebie niezwykle dumna, że nawet z tak ograniczonym rezerwuarem produktów udało mi się stworzyć coś smacznego i pożywnego, co dodatkowo mogę wziąć ze sobą i się nie zepsuje. Kupiłam specjalnie bilet na wcześniejszego busa, żeby na spokojnie dotrzeć na miejsce szkolenia bez stresu i pośpiechu. Zresztą ja zawsze lubię wszędzie być przed czasem. Wręcz nienawidzę się spóźniać. Dla mnie jest to oznaka braku szacunku dla osoby, czy osób, z którymi mam się spotkać. Zawsze jak mam się spóźnić choćby pięć minut, to o tym wcześniej informuje, jednocześnie czując się bardzo źle z tym, że nie wyrobię się na czas. Choć takie sytuacje zdarzyły mi się dosłownie parę razy i to nie z mojej winy, to jednak strasznie ich nie lubiłam. Przysparzały mi niemało stresu.

Dotarłam na dworzec. Zapakowałam bagaże do bagażnika w busie i czekam spokojnie w kolejce do wejścia. Pokazuje Panu numer rezerwacji, chcę wsiadać, a tu nagle słyszę „Pani z nami nie jedzie. Pani jedzie dopiero za tydzień”. Okazało się, że owszem kupiłam bilet na busa z Krakowa do Wrocławia, na 11:15, na piątek…. ale nie na ten piątek :). Nie było już niestety możliwości kupienia biletu na tego busa. Na szczęście następny był za ponad godzinę. Wyciągnęłam więc swoje bagaże, kupiłam bilet na kolejny kurs i siadłam na spokojnie z książką w poczekalni. W międzyczasie poinformowałam organizatorkę szkolenia o tych wydarzeniach i że najprawdopodobniej się spóźnię. To było dziwne uczucie, bo chyba po raz pierwszy w życiu, wiedząc że nie dojadę na czas nie denerwowałam się. Usiadłam spokojnie i czytałam książkę. A w busie całą trasę na spokojnie przespałam. Kiedyś nie byłoby mowy o śnie, bo bym całą drogę była w wielkich nerwach. A na korki we Wrocławiu to bym pewnie wcześniej zareagowała już mocnym przeklinaniem i bardzo niespokojnym siedzeniem. Na szczęście teraz już było inaczej. Wiedziałam, że i tak już nic nie zmienię. Że nie jest to zależne ode mnie, więc lepiej zrobię jak po prostu się prześpię. We Wrocławiu wzięłam od razu taksówkę i dzięki temu wpadłam na szkolenie jedynie 15 minut spóźniona, przez co nie usłyszałam tylko jak się dwie pierwsze osoby przedstawiały. Podczas przedstawiania się poczułam jakbym miała deja vu. Wiedziałam, że jedną z osób znam, tylko nie pamiętałam skąd. Dopiero podczas przerwy ten chłopak podszedł do mnie i spytał „Czy Ty przypadkiem nie byłaś na warsztacie TRE w Krakowie w czerwcu?”. No i wszystko się wyjaśniło. Tak, dobrze się domyślacie. To był dokładnie ten chłopak, odnośnie którego zastanawiałam się czemu nie zagadałam do niego i w końcu stwierdziłam, że jeśli mamy porozmawiać to i tak się jeszcze spotkamy. Jednak niestety w przerwach szkolenia w sumie nie mieliśmy już czasu nawet jednego słowa ze sobą zamienić.

Drugiego dnia podczas jednej z sesji TRE stało się coś czego nie zapomnę do końca życia. Już opisywałam kiedyś na czym polega ta metoda. Wprawia się ciało w naturalne drżenia, dzięki czemu można uwolnić skumulowane w ciele emocje, stres, traumy. Wydawało mi się, że to taka bezpieczna, fajna metoda. Że nie da się tym nikomu krzywdy zrobić. Aż zastanawiałam się po co nam aż pół roku szkolenia, żeby móc prowadzić zajęcia czy sesje indywidualne tą metodą. I tego dnia to zrozumiałam. Podczas sesji tak naprawdę nie zdarzyło się nic bardziej nadzwyczajnego niż zwykle. Tzn. czułam, że są uwalniane emocje, ale nie było to dla mnie nic niezwykłego. Już tak nie raz miałam. Jednak gdy prowadząca powiedziała, że mamy już powoli wyciszać drżenia uświadomiłam sobie, że teraz nastąpi tzw. integracja, czyli chwila z sobą. Wtedy tylko przykrywasz się kocykiem i leżysz, ewentualnie drzemiesz. I wtedy poczułam jak wszystko we mnie buzuje. Nie było szans, żebym ja się teraz tak po prostu położyła. Czułam, że mnie dosłownie rozsadza. Nie mogłam sobie z tym poradzić. Jednak było to coś, co znałam. Co zdarzało mi się już odczuwać. Miałam na to swój sposób- wybiegać, wyjeździć na rowerze, po prostu wypocić. Tylko tak umiałam sobie radzić z nadmiarem emocji. Jednak tym razem było ich dużo, dużo więcej niż kiedykolwiek. Czułam się dosłownie jak szybkowar. Czułam, że od tego nadmiaru za chwilę dosłownie wybuchnę. Nie było szans, żebym to zniosła w bezruchu. Wstałam więc i powiedziałam do prowadzącej, nawet na nią nie patrząc „muszę wyjść na korytarz pobiegać”. I stało się coś czego się nie spodziewałam. Ona zastąpiła drogą i powiedziała „nigdzie nie idziesz”. Nie umiem opisać słowami co poczułam w tym momencie. Miałam w sobie tyle buzujących emocji, w tym również tak wielkie pokłady złości i agresji, że najchętniej bym ją odepchnęła, powiedziała „Spier….aj” i uciekła stamtąd. Jednak jakimś cudem dotarło do mnie, że przecież jestem na szkoleniu. Przyjechałam się tu uczyć tej metody. A osoba stojąca przede mną uczyła się jej od samego twórcy TRE, więc wie co robi. Nadludzkim wysiłkiem powstrzymałam się, żeby jej nie uderzyć. I całe szczęście, że zostałam. Prowadząca w cudownie prosty sposób, uziemiając mnie, sprawiła, że wróciłam Tu i Teraz nie dając się pochłonąć emocjom. A one same owszem wybuchły, ale w postaci łez i niepohamowanego płaczu. Dzięki temu też mogłam się od nich uwolnić, nie tłumiąc ich z powrotem w środku. Nikomu nie polecam takiego doświadczenia. Jednak ja się cieszę, że miało ono miejsce. Nauczyło mnie ono pokory wobec pracy z ciałem i z emocjami.

Tak się czułam uwalniając z ciała zbyt dużo emocji na raz.

Tego samego dnia wracając ze szkolenia udało mi się w końcu pogadać z owym chłopakiem. Okazało się, że mamy naprawdę wiele ze sobą wspólnego. Wieczorem wyskoczyliśmy na piwo (oczywiście ja na herbatę) i spędziliśmy z grupką osób ze szkolenia naprawdę przyjemny czas. Nawet wracaliśmy później pieszo zwiedzając przy okazji Wrocław.

Podczas tego wyjazdu mieszkałam u mojej koleżanki. Tego wieczoru ona też miała wychodne i dostałam klucze. Gdy wróciłam do mieszkania jej jeszcze nie było. Szybko umyłam się i padłam dosłownie jak zabita do łóżka, momentalnie zasypiając. W środku nocy obudziła mnie potrzeba skorzystania z wc. Przechodząc przez przedpokój zobaczyłam, że nie ma butów mojej koleżanki i od razu w głowie pojawiła mi się myśl „nieźle zabalowała”. Ledwo weszłam do łazienki usłyszałam pukanie do drzwi. Otworzyłam i gdy zobaczyłam moją koleżankę, to powiedziałam „to chyba jakaś telepatia. Ja wstałam do wc, a Ty akurat wtedy pukasz”. Na co usłyszałam, że żadna telepatia, że ona już od długiego czasu na zmianę dobija się do drzwi i do okna pokoju, w którym spałam, bo zapomniała mi powiedzieć, żebym nie zamykała na zamek, bo jego nie da się otworzyć z zewnątrz. A ja właśnie na ten zamek zamknęłam drzwi od środka. Od zawsze miałam bardzo płytki sen. Budził mnie każdy, najmniejszy szmer. A tu nagle nie słyszę dobijania się do drzwi i do okna. To nadmierne uwolnienie emocji z mojego ciała musiało być dla mnie tak wyczerpujące, a jednocześnie tak zbawienne, że w końcu udało mi się zasnąć tak mocnym snem. Wtedy zrozumiałam, że tak naprawdę moja przygoda z uwalnianiem emocji z mojego ciała dopiero się zaczyna…

Dodaj komentarz