Nadszedł czas, kiedy końcu zebrałam się na badania kontrolne. Od ostatniego usg tarczycy minął ponad rok. Mniej więcej tyle samo od całkowitego odrzucenia leków. Czułam się coraz lepiej. Jeszcze nie idealnie, ale z każdym dniem lepiej. Wybrałam się więc jednocześnie i na usg tarczycy i na badania z krwi. Oczywiście lekarz endokrynolog od drzwi zaczął się pytać ile teraz biorę leku, czy trzeba już zwiększać itp. Stwierdziłam, że szkoda moich nerwów i czasu na tę dyskusję. Szczególnie, że pamiętałam jeszcze bardzo dobrze jak rok wcześniej tłumaczył mi, że odżywianie  i zmiana trybu życia nie mają żadnego wpływu na tarczyce. Że przy Hashimoto będzie z roku na rok coraz gorzej, nie da się tego cofnąć. Dlatego też od razu powiedziałam „proszę Pana przyszłam tylko na usg. Leczę się u innego lekarza, a od Pana potrzebuję tylko badania”. Oczywiście wówczas już nie byłam pod niczyją opieką (czego oczywiście nikomu nie zalecam, zrobiłam to na własną odpowiedzialność), ale nie miałam ochoty z Panem dyskutować. Po moich słowach nabrał wody w usta i milcząc widocznie urażony wykonał badanie i sporządził opis. Po czym wręczył mi wydruk ze słowami: „i tak jest cały czas beznadziejnie, nie wiem po co Pani to badanie robiła”. Wyszłam przed gabinet i zaczęłam przeglądać zdjęcia, opis i własnym oczom nie wierzyłam. Lekarz powiedział, że jest beznadziejnie, że żadnej poprawy nie widać, a nawet ja, nie znająca się na rzeczy, widziałam ogromną poprawę. Stan zapalny, który rok wcześniej po prostu szalał na całego w mojej tarczycy, w tym momencie był prawie niewidoczny. To tak jakby porównać, że wcześniej miałam wielkie, buchające ognisko stanu zapalnego, a teraz zostały tylko ostatnie żarzące się węgielki.

Po wielkim ognisku stanu zapalnego pozostał tylko dogasający żar.

I w końcu miąższ nie był w całości niejednorodny. Dla wyjaśnienia, jednym z podstawowych rozpoznać Hashimoto jest niejednorodność miąższu tarczycy, którą to miałam stwierdzoną w obszarze całego organu. Teraz z kolei miąższ był tylko miejscami niejednorodny, co oznaczało ewidentnie, że choroba ustępuje. No i pojemność tarczycy była większa. Może nie drastycznie, ale jednak. Również wyniki badań krwi były dużo lepsze niż w okresie, gdy brałam leki. Tak więc zarówno usg, jak i badania krwi mówiły same za siebie: przez rok zrobiłam kawał dobrej roboty w kierunku uwolnienia się od choroby. Dla przypomnienia co przez ten rok zrobiłam: zaczęłam pracę z emocjami, również poprzez pracę z ciałem, odcięłam się od toksycznych znajomości, pozwoliłam sobie na czas dla siebie, czas na relaks, przeszłam na wegetarianizm :). Choć ten wegetarianizm to nadal u mnie tak wygląda, że jak mój organizm ma ochotę na mięso to jem. Przeważnie jest to ok1-2 razy w miesiącu. Wówczas powstał mi w głowie pomysł na organizację weekendowego wyjazdu w jakiś ładny zakątek Polski, gdzie byłoby dużo kontaktu z naturą. Taki wjazd dla osób z chorobami autoimmunologicznymi w celu pokazania jak żyć, żeby była możliwość remisji chorób. Jak to zwykle bywa, jeśli masz dobry pomysł, to cały wszechświat stara Ci się pomóc i stwarza wszelkie okazji do realizacji planów. Tak też było tym razem. Wkrótce po pojawieniu się w mojej głowie pomysłu o wyjeździe, podczas wizyty jednej z moich pacjentek zagadałam ją co robi w trakcie Światowych Dni Młodzieży, które się miały odbyć za niecałe dwa miesiące w Krakowie. Zapowiadano paraliż komunikacyjny, możliwość ataków terrorystycznych, więc każdy kto mógł wybywał gdzieś na urlop w tym czasie. Ja nie bardzo wiedziałam co ze sobą zrobić. Jeszcze zastanawiałam się gdzie pojechać. Dlatego też zdecydowałam się podpytać niektórych osób co wówczas robią w nadziei, że jakiś fajny pomysł ktoś mi podsunie. Wyszło na to, że dokładnie wiedziałam kogo zapytać. Okazało się, że mama mojej pacjentki ma dom w cudownym miejscu, w pobliżu Biebrzańskiego Parku Narodowego. Było to idealne miejsce na organizację kameralnego wyjazdu jaki sobie wymyśliłam parę dni wcześniej. Tak więc od pomysłu do jego realizacji, czyli ogłoszenia wyjazdu minęło zaledwie kilka dni. Idealnie to ukazuje, że jeśli chcesz czegoś dobrego, czegoś prawdziwie chcesz, na co jesteś już gotów i działasz w tym kierunku to wiedz, że wszystko będzie Ci pomagać w realizacji tych planów. O tym wyjeździe opowiem dokładnie w kolejnej części.
Tymczasem chciałam Wam jeszcze wspomnieć w paru słowach o TRE. Akurat był organizowany w Krakowie warsztat odnośnie tej metody, prowadzony przez jedną z dwóch polskich nauczycielek. Dotarłam na niego praktycznie prosto z całonocnej podróży pociągiem, gdyż dzień wcześniej prowadziłam warsztat w Bydgoszczy. Swoją droga muszę tu przyznać, ze to było niesamowite doświadczenie poznać osobiście trzy osoby, które znało się tylko przez facebooka przez półtora roku. Okazało się, że na żywo też nadajemy na tych samych falach i bardzo dobrze czujemy się w swoim towarzystwie. A podobno internet to samo zło i zaburza kontakty międzyludzkie. Owszem z tym się też zgodzę. Ale bywa, że właśnie przez internet poznajemy też osoby, których normalnie byśmy pewnie nigdy w życiu nie spotkali. I czasem dzięki nim przeżywamy później piękne chwile. Ale wróćmy do TRE :). Tak więc dotarłam na warsztat. Cały dzień informacji o tej metodzie oraz dwie sesje były dokładnie tym czego wówczas potrzebowałam. Pomimo, że robiłam często TRE w domu, to tylko jakby tym sposobem zrzucałam stres dnia codziennego. Nie byłam w stanie sama wejść w wyrzucenie z ciała głębszych emocji. Na warsztacie znów sesja grupowa sprawiła, że poleciały łzy uwalniając wiele spraw z mojego ciała. Dodatkowo dowiedziałam się, że prowadzenie kogoś tą metodą, to wcale nie taka bułka z masłem. Rzeczywiście trzeba do tego mieć gruntowane szkolenie. Po warsztacie podeszłam do prowadzącej i od razu wypytałam o kolejne kursy certyfikacyjne z TRE. Najbliższy rozpoczynał się trzy miesiące później we Wrocławiu. Owszem cena była trochę zniechęcająca, no i fakt, że szkolenie trwa pół roku i pokrywa mi się datami z innych szkoleń, na które byłam zapisana. Jednak tak mocno czułam, że to jest metoda, którą muszę dogłębnie poznać. Że ona pomoże nie tylko mi, ale i wielu osobom chodzącym do mnie. Długo się nie zastanawiałam i jak najszybciej zapisałam się na kurs. Klamka zapadła. Wracając rowerem do mieszkania nagle przyszła mi do głowy dziwna myśl „był na tym warsztacie pewien chłopak, dlaczego z nim nie porozmawiałaś?” Zdziwiłam się na tę myśl w głowie. Nie bardzo miałam pojęcie po co miałabym rozmawiać z tą zupełnie obcą mi osobą. Jednak nie zamierzałam się nad tym zbyt wiele zastanawiać. Stwierdziłam, że jeżeli rzeczywiście mamy porozmawiać, to na pewno jeszcze kiedyś zdarzy się taka okazja. I o dziwo się nadarzyła, ale o tym innym razem….

One thought on “Biografia mojej autoimmunologii- cz.33 Coraz lepiej”

Dodaj komentarz