159240834786271
Długo się zastanawiałam o czym w tej części napisać. W tym okresie nie testowałam żadnych nowych rozwiązań, nowych sposobów dbania o zdrowie. Zastanawiałam się, co ja wtedy w ogóle robiłam. Odpowiedź przyszła: pozwalałam sobie na odpoczynek. Ale wszystko po kolei.
Zamieszkałam tuż obok klubu, w którym prowadziłam zajęcia fitness. To było pierwsze miejsce, gdzie zaczęłam pracować po zamknięciu mojego klubu. Chciałam pracować gdzieś blisko, gdzie będą mogli za mną przejść moi klienci, którzy nadal chcieliby ze mną ćwiczyć. Najbliższy klub, dosłownie budynek obok to wielka sieciówka, czyli miejsce całkowicie inne, a raczej totalne przeciwstawne temu, które ja stworzyłam. Zależało mi, żeby klientki, które przejdą za mną nadal czuły się u mnie na zajęciach jak u siebie. Jak w domu. Znalazłam na szczęście inny, mały osiedlowy klub. Nie zastanawiając się długo umówiłam się z właścicielem i podczas pierwszej rozmowy oznajmiłam „ja tu będę od lipca pracować”. Czasem się dziwię, że zostałam tam przyjęta, pomimo takiej postawy. Jednak wiadomo że nic nie dzieje się bez przyczyny. Ja po prostu miałam tam pracować. Pamiętam, jak po dwóch miesiącach pracy tam kończyłam 30 lat, dokładnie godzinę po zakończeniu zajęć. Dziewczyny jednak w większości nie uciekły do domu. Zostały świętować razem ze mną. Nawet szef zadzwonił do mnie wówczas z życzeniami. Dzięki temu poczułam, że znalazłam klub, w którym na moich zajęciach mogę stworzyć atmosferę taką jaka była w mojej ukochanej Strefie Ruchu. Jednak trochę jeszcze trwało zanim całkowicie to do mnie dotarło. Przez te kilka lat od zamknięcia mojego klubu pracowałam w wielu innych fitnessach, szkołach tańca. W Krakowie i poza nim. Jednak nigdzie nie zagrzałam miejsca na dłużej. Zawsze, wszędzie prędzej czy później pojawiały się jakieś problemy lub klub najzwyczajniej się zamykał. Jedynie w tym jednym czułam się u siebie. I pomimo podejmowanej wielokrotnie decyzji o tym, że stamtąd odchodzę: zostałam. I nawet coś więcej. Zdecydowałam, że to będzie już jedyny klub, w którym będę prowadzić zajęcia. Bo przecież najważniejsi są ludzie, reszta jest nieistotna. Lub prawie nieistotna. A ludzi spotykam tam najlepszych. Dopiero wtedy dostrzegłam, że zebrała się na moich zajęciach już stała grupka osób, które doceniają mój sposób prowadzenia. Które wiedzą, że jakość, technika, świadomość własnego ciała jest najważniejsza. Że nie muszę wyczyniać cudów, żeby wracali na moje zajęcia. Nie muszę wyciskać z nich siódmych potów. Mogę po swojemu uczyć techniki i jakości. Mogę uczyć świadomości napinania konkretnych mięśni. Mogę po prostu być sobą i prowadzić zajęcia po swojemu. Nie mam narzuconych sztywno reguł, regulaminów. Gdy zamykam drzwi ta sala staje się moim starym, dobrym klubem. Ta sama atmosfera. Ta sama akceptacja. Wcześniej jakbym tego nie zauważała. Puszczałam to mimochodem obok mnie. Jednak znalezienie mieszkania tuż przy tym klubie, jakby dało mi znak, że to jest to miejsce.
Po przeprowadzce postanowiłam również poświęcić więcej czasu sobie i swoim potrzebom. W końcu odważyłam się dokonać drastycznych zmian w moim grafiku. Do gabinetu jeździłam już tylko trzy dni w tygodniu, za to siedziałam tam od rana do wieczora. Oczywiście z przerwą na obiad, swój trening, drzemkę. W gabinecie też czułam się coraz bardziej jak u siebie w domu. Zawiozłam tam nawet moje ulubione kapcie. Byłam w stanie tam wypoczywać. Zresztą tak jest do dnia dzisiejszego. Pozostałe dwa dni, w które prowadziłam zajęcia fitness postanowiłam mieć w większości wolne. W te dni szłam do pracy na 16 lub 17, a że droga do klubu to dosłownie dwieście metrów, to mogłam wychodzić dosłownie dziesięć minut przed zajęciami. Pracowałam dwie-trzy godziny i zaraz potem byłam już w mieszkaniu. Dopołudnia w te dwa dni były moim czasem. Czasem dla mnie. W te dni nie nastawiałam budzika- spałam ile mój organizm chciał. To była dla mnie niesamowita nowość. Później kawa, książka i żadnych wyrzutów sumienia pomimo, że zdarzało mi się leżeć w łóżku do południa. Jeszcze dosłownie parę miesięcy wcześniej, gdy wyjątkowo miałam wolny poranek, bo odwołano treningi miałam wyrzuty sumienia, że się obijam. Że skoro mam wolne pół dnia, to znaczy, że się nie nadaję, że jestem beznadziejna w swojej pracy. Nikt nie chce ze mną ćwiczyć. Wstyd było mi się przyznać, że w środku tygodnia mam tyle wolnego. Nie umiałam się z tego cieszyć. Raczej wstydziłam się i był to czas pełen wyrzutów sumienia, stresu, co na pewno nie działało korzystnie na mój organizm. A tu nagle jestem w stanie wygospodarować sobie co tydzień dwa prawie całe wolne dni i czuję się z tym dobrze. To był dla mnie wielki krok na przód. Pozwolić sobie zwolnić, wyciszyć się, zadbać o siebie.
Nareszcie pozwoliłam sobie na relaks i powrót do czytania książek

Nareszcie znalazłam czas na czytanie książek. Uwielbiam czytać, szczególnie skandynawskie kryminały, ale nie tylko. Zazwyczaj czytałam głównie w czasie świąt i jak nastał czas jeżdżenia mpk. No może w międzyczasie też trochę czytałam, ale zazwyczaj inne rzeczy były ważniejsze. Owszem i tak czytałam więcej niż przeciętny człowiek, ale to mi nie wystarczało. Dlatego też, gdy nareszcie wygospodarowałam regularnie tyle czasu dla siebie wróciłam do książek. Niby niewiele, ale dla mnie to było wspaniałe uczucie: móc znów zacząć dzień od kawy i książki, obowiązkowo nadal leżąc w łóżku. Teraz pozwalałam sobie na relaks i cudowność spędzania czasu samej ze sobą nie tylko w święta, ale i na co dzień.
Wtedy również po raz pierwszy zdarzyło mi jadąc poprowadzić warsztat do stolicy, zostać tam na cały weekend, który był wypełniony spotkaniem ze znajomymi, relaksem. Niby takie nic, ale dla mnie fakt, że mogę sobie pozwolić na czas wolny był ogromnym krokiem naprzód. Wcześniej, gdy jechałam prowadzić warsztat lub szkolenie jechałam tylko na czas tego wydarzenia. I jeśli tylko mogłam, to i zdarzało się, że tego samego dnia, jeszcze na przykład z rana pracowałam w Krakowie, a potem migiem do pociągu. Wcześniej dzień wolny traktowałam trochę jako klęskę, że nie mam co robić. Jakkolwiek bardzo pokręcona jest ta logika, to przez długi czas wstyd mi się było przyznać, że mam wolne. A teraz w końcu zaczęłam korzystać z prawa do wolnego bez wyrzutów sumienia. I tak na szczęście zostało mi do tej pory.

Dodaj komentarz