159240834786271

Wróciłam z pięknego rowerowego wyjazdu. Tym razem znów udało mi się zamówić pogodę. Wiele osób dziwiło się, że nie boję się wybierać na rower w majowy długi weekend, który od lat był brzydki. Ja byłam święcie przekonana, że pogoda musi być idealna dla mnie. I taka też była. Słońce, niezbyt wysoka temperatura, taka, żebym nie wpadała w hipoglikemie, ale wystarczająca, żeby jechać w krótkim rękawku. No i ani kropli deszczu. Rozpadało się dopiero dzień po moim powrocie.

Gdy robisz w swoim życiu miejsce na nowe, to nowe zawsze do Ciebie przyjdzie.

Podczas mojego wyjazdu koleżanka opiekowała się moimi królikami. Miałam dorobiony klucz do mieszkania, jednak problem był z drzwiami wejściowymi do kamienicy. Nie można było ich otworzyć ani kluczem, ani kodem, jedynie przykładając jak ja to nazywałam Dzyndzel ;). Miałam jedynie jeden taki, a dorobienie kolejnego kosztowało niezłe pieniądze, a przecież i tak już się stamtąd wyprowadzałam, więc nie było sensu inwestować. Dlatego też postanowiłam, że pożyczę go koleżance, a ona jak będzie po raz ostatni wychodzić od moich królików to mi wrzuci ów Dzyndzel do skrzynki na listy razem z kluczem. Uznałam, że w naszej klatce mieszka tak dużo osób, że co chwile ktoś wchodzi, wychodzi, więc jak podjadę około godziny 21, to na pewno ktoś mnie wpuści i wejdę bez problemu. Jednak dopiero kiedy podjechałam pod kamienice, uzmysłowiłam sobie, że owszem jest po 21, ale w samym środku długiego majowego weekendu. Nawet widać było po ilości ciemnych okien, jak wiele osób wyjechało. Stałam pod klatką około pół godziny i nikt nie wyszedł, ani nie wszedł. Stwierdziłam, że póki jest przed 22 to podzwonię po sąsiadach. Mieliśmy wideofon, więc będą widzieć, że to ja. Część ludzi na pewno mnie kojarzy, więc ktoś mnie musi wpuścić. Jakież było moje zaskoczenie, że nawet w tych nielicznych mieszkaniach, w których ktoś był i się odezwał, nie znalazły się chęci, żeby mi otworzyć. Tak bardzo wszyscy bronili swojej twierdzy. Przypomniała mi się rozmowa z jednym sąsiadów, kiedy go pytałam, dlaczego ta kamienica się zdecydowała na taki sposób zabezpieczeń przy wejściu, a nie można na przykład wbić kodu, że to ułatwiłoby wszystkim życie. Sąsiad z wielkim zdziwieniem wówczas się na mnie popatrzył i oburzony zaczął tłumaczyć, że kod zawsze ktoś może podpatrzeć i niepożądani ludzie będą wchodzić na klatkę, a na to przecież nie można absolutnie pozwolić. Zaskoczyła mnie wówczas taka odpowiedź i taki przesadny sposób dbania o swoje terytorium, żeby przypadkiem nie wszedł nikt niepożądany. I ten terytorializm odczułam mocno na własnej skórze, gdy się okazało, że żadnego z sąsiadów nie obchodzi, że zostawiłam Dzyndzel do otwierania drzwi w mieszkaniu i teraz nie mam jak się dostać. Przecież widzieli, że to ja i na pewno mnie kojarzyli, bo przez te trzy miesiące mieszkania tam spotykałam na klatce naprawę wiele osób, szczególnie, że zajmowałam lokal na samym dole. Byłam załamana i nie wiedziałam co robić. W sumie mogłam pojechać przespać się do gabinetu, czy do kogoś znajomego i wrócić rano. Jednak nikt nie dawał mi gwarancji, że rano akurat trafię na moment, że ktoś będzie wchodził lub wychodził. No i za 14 godzin miała przyjechać firma przeprowadzkowa, a ja byłam jeszcze w totalnej rozsypce jeśli chodzi o pakowanie. Nie miałam pojęcia co robić. Poczułam wielką bezsilność i miałam wrażenie, że to mieszkanie, od którego tak bardzo chciałam się uwolnić, daje mi w kość na każdy możliwy sposób. Żeby dopiec mi póki jeszcze może. Postanowiłam poczekać jeszcze godzinę, jeśli nic się nie wydarzy, to nie ma sensu stać tam dłużej, bo w nocy i tak pewnie nikt nie będzie wychodził. Pojadę gdzie się przespać i wrócę rano. Może jakimś cudem uda mi się zdążyć z pakowaniem.

Po upływie godziny nadal nic się nie wydarzyło. Już zaczęłam zrezygnowana wsiadać na rower, gdy zza rogu wyłonił się sąsiad. Takiej radości na widok obcego człowiek chyba nigdy wcześniej nie doznałam. Na szczęście ten sąsiad był „normalny” i bez żadnego problemu mnie wpuścił. Byłam uratowana :). Okazało się, że dostałam takiego powera, że zdążyłam błyskawicznie spakować wszystkie swoje rzeczy i nawet przespać się rozsądną ilość godzin. Następnego dnia okazało się, że wynajęcie firmy do przeprowadzki to bardzo dobry pomysł. Panowie bardzo sprawnie nosili, dosłownie z uśmiechem na ustach. Nawet jeden z nich zaczął mi tłumaczyć jak zmodyfikował sposób noszenia, żeby mniej obciążać kolana i kręgosłup. Nie wiedział czym się zajmuje, więc nie miał powodu, żeby się z tego przede mną tłumaczyć :). Panowie uwinęli się z całą przeprowadzką w nieco ponad godzinę. Poczułam jak dobrze jest oddać sprawy w ręce fachowców, a nie próbować za wszelką cenę zrobić wszystko samemu.

Gdy tylko zamknęłam za Panami od przeprowadzek drzwi i zostałam sama w nowym mieszkaniu teoretycznie powinnam zacząć się rozpakowywać. Jednak ja w końcu poczułam się jak u siebie. Poczułam nareszcie spokój. Coś czego mi mocno brakowało przez ostatnie miesiące. Czułam, że wszystko co złe zostawiłam za sobą. Że wyjazd rowerowy był potrzebny, żeby zamknąć przeszłość i się od niej oderwać. Czułam, że zaczynam nowy, lepszy, jaśniejszy etap w moim życiu. I zamiast się rozpakować, rozłożyłam łózko i poszłam spać, pomimo że było dopiero wczesne popołudnie Nareszcie mój sen był mocny, spokojny, regeneracyjny. Po raz pierwszy od dawna poczułam bezpieczeństwo we śnie. To było niesamowite uczucie w końcu móc odetchnąć z ulgą. Wiedziałam, że w końcu jestem we właściwym miejscu.

Gdy robisz w swoim życiu miejsce na nowe, to nowe zawsze do Ciebie przyjdzie. Do mnie przyszło dosłownie parę dni po przeprowadzce. Odkryłam wówczas metodę, która do tego czasu ma mocny wpływ na mnie i mój rozwój. Mam wrażenie, że najbardziej przyczyniła się do postępów w moim rozwoju i dążeniu do zdrowia w minionym roku. A mianowicie poznałam TRE i pozwoliłam mojemu ciału drżeć…

Dodaj komentarz