159240834786271

Jak już wiecie udało mi się znaleźć nowe mieszkanie w cudownej dzielnicy Krakowa. Tak się złożyło, że dni przed przeprowadzką były pełne niezwykłych zdarzeń, które w całości spowodowały, że wkroczyłam w nowy etap mojego życia. Ale wszystko po kolei…

Jako pierwszy ważny punkt, którym chcę się z Wami podzielić było wyjście do teatru. Kiedyś, gdy byłam jeszcze właścicielką fitness klubu organizowałam dla swoich klientek takie wspólne wyjścia. Doszłam do wniosku, że fajnie byłoby wrócić do tego. Pamiętacie jak opisywałam w jednej z części wyjście do teatru, na sztukę po której nie byłam w stanie przestać myśleć i osiągnęłam przez to totalne dno mojej depresji? Wydawałoby się, że tylko z czystego masochizmu mogłabym chcieć oglądnąć ją jeszcze raz. A jednak coś mnie mocno pchało, żeby pójść na tę samą sztukę, więc zorganizowałam grupowe wyjście moich podopiecznych. Zajęliśmy dokładnie połowę widowni w teatrze. Ten fakt podziałał na mnie motywująco. Zobaczyłam ile osób jest przy mnie. I stało się coś niezwykłego. Ten fragment sztuki, który ostatnio mnie dogłębnie poruszył, teraz nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia. W ogóle wszystko co się działo na scenie odbierałam w całkowicie inny sposób niż ostatnim razem. W sposób bardziej pozytywny, wręcz optymistyczny, jeśli można tak określić oglądanie „Lotu nad kukułczym gniazdem”. Uzmysłowiłam sobie jak długą drogę pracy nad sobą przeszłam przez ostatnie kilka miesięcy. Jak inaczej wszystko odbieram. To dodało mi otuchy i motywacji na dalszą drogę. Cały wieczór spędziliśmy we wspaniałej atmosferze. Po wyjściu z teatru przy kawie i piwie dyskutowaliśmy na temat tego, co się działo na scenie. Uwielbiam taką wymianę poglądów, gdy okazuje się, że każdy zwrócił uwagę na totalnie co innego. Wróciłam do mieszkania w środku nocy wiedząc, że dosłownie za parę godzin muszę znów z niego wyjść. Jednak i tym razem czekało mnie niesamowite przeżycie, o którym marzyłam od lat…

Miałam dwa wielkie marzenia. Jedno to był samotny, kilkudniowy wyjazd rowerowy. Jednak wcześniej nie miałam tyle odwagi, żeby się na niego zdecydować, a przede wszystkim przyznać się przed światem, że jadę sama i jest mi z tym bardzo dobrze. Często osoby wyjeżdżające na urlop same są postrzegane jako samotne i opuszczone. Ja tak wówczas nie odbierałam swojej osoby. Miałam jednak potrzebę poprzebywania w samotności, najlepiej tylko w towarzystwie mojego roweru.

Drugie moje marzenie to odwiedzić Góry Hostyńskie, które znajdują się w Czechach. Odkąd usłyszałam, że mam „własne” góry postanowiłam, że muszę je odwiedzić. Gdy okazało się, że mój podopieczny z Czech mieszka dosłownie 30km od „moich” gór uznałam, że to znak i najwyższy czas zrealizować marzenia.

Czas zrealizować marzenia, rower i góry 🙂

Tak, więc parę godzin po powrocie z teatru i niestety niewielkiej ilości snu (to była wyjątkowa sytuacja. Jak już wiecie bardzo dbam o to, żeby spać minimum siedem godzin na dobę. Są jednak czasem takie momenty, kiedy odpuszczam. Nie dzieje się to częściej niż raz na 1-2 miesiące) wyszłam z mieszkania, w którym już część rzeczy była spakowana do przeprowadzki. Na rower zapakowałam wszystko potrzebne mi na najbliższe dni i pognałam na dworzec. Całą drogę w pociągu przespałam regenerując siły. Udało mi się na szczęście wysiąść w Czechach na właściwej stacji i pognałam na moim rumaku przed siebie. Gdy zobaczyłam przed sobą na horyzoncie majaczące Góry Hostyńskie, łzy zaczęły mi spływać po policzkach. Było tam, tak pięknie. Nie umiem oddać w słowach tego, co widziałam. W końcu poczułam się jak u siebie. Cieszyłam się jak dziecko, gdy na tabliczkach widziałam nazwę miasta Bystrice pod Hostynem czy ul. Hostyńską ;). Przysiadłam w Rynku tego miasteczka na kawie. Dostałam do niej, jak to często bywa coś słodkiego. Jednak tym razem było to coś co mogłam zjeść: migdał w surowej czekoladzie. Siedziałam w słoneczku pijąc pyszną kawę, zajadając się słodkością. Miałam też przyjemność obserwować pewien czeski zwyczaj, o którego znaczeniu dowiedziałam się dopiero tamtego dnia wieczorem. Maturzyści poprzebierani niczym na bal karnawałowy chodzili po rynku grając i śpiewając, jednocześnie zbierali od przechodniów pieniądze na studia. Ten wyjazd był pełen takich niezwykłych chwil. Trochę później już wjeżdżałam na górę Święty Hostyń. Było to nie lada wyzwanie. Niby nachylenie nie było duże, ale cały czas pod górkę. Jechałam tak około półtorej godziny, co jakiś czas przystając, żeby ugasić pragnienie wodą. I przyszedł moment, gdy poczułam, że już wysiadam. Poczułam mocno tę krótką noc, niedospanie. Stanęłam i miałam dosyć. W tym momencie usłyszałam dzwony w Bazylice Matki Boskiej Hostyńskiej znajdującej się na szczycie góry. Poczułam jakby wstąpiły we mnie nowe siły, jakby tam z góry ktoś mnie wzywał. Co ciekawe, dzwony biły nieprzerwanie do momentu, aż nie wjechałam na szczyt. Wówczas umilkły. Zwiedziłam bazylikę, zjadłam obiad i poczułam, że nie chcę się stamtąd ruszać. Niewiele myśląc położyłam się na ławce i zasnęłam. Było to niezbyt odpowiedzialne zachowanie, gdyż nawet nie przypięłam roweru. Jednak nikt nie kwapił się, żeby mi go ukraść. Chyba moja Matka Boska nade mną czuwała :). To nie była zwykła drzemka, ale mocny, regenerujący sen, który trwał około półtorej godziny. Zdziwiło mnie, że o kolejnej pełnej godzinie dzwony w bazylice nie biły. Poczułam się wyjątkowo, jakby te uderzenia, gdy wjeżdżałam na górę były specjalnie dla mnie, żeby dodać mi sił i otuchy. Sen dodał mi sił i ruszyłam w dalszą drogę szalejąc po bezdrożach Gór Hostyńskich, na szczęście nie spotykając po drodze żywego ducha. Noc spędziłam u mojego podopiecznego, po czym znów ruszyłam przed siebie. Miałam w planach dotrzeć tego dnia do Cieszyna. Trasa nie była zbyt długa. Trochę ponad sto kilometrów. Nie raz zdarzało mi się pokonywać dłuższe odcinki. Jednak nie sprawdziłam czy ta trasa wiedzie po prostym czy nie. Okazało się, że wybrałam drogę przez góry. Był to dzień walki ze swoimi słabościami. W przenośni i dosłownie. Tego dnia wjechałam kilka razy pod wcale niemałe górki. Nie raz dopadało mnie zwątpienie czy dam rady dotrzeć na szczyt. Nie raz musiałam się zatrzymywać. Sapać. Polewać wodą rozgrzaną wysiłkiem twarz. Zjeżdżając z każdej kolejnej górki dochodziłam do wniosku, że już nie mam siły na żadną kolejną. I za każdym razem asfalt nagle zaczynał mnie prowadzić w górę. Dojechawszy do pewnej miejscowości postanowiłam odsapnąć, gdyż moje uda dosłownie pulsowały z wysiłku. Zjadłam obiad. Poszłam na kawę. Poczytałam książkę z wyciągniętymi w górę nogami. Myślałam, że to coś pomoże. Wsiadłam na rower i po kilkuset metrach poczułam ten sam palący ogień w udach. Miałam już pewność, że nie ma szans, żebym dojechała do Cieszyna tego dnia. Postanowiłam, że odpuszczę i zatrzymam się w pierwszym napotkanym po drodze pensjonacie czy hotelu. Po kilku kilometrach nadludzkiego wysiłku (znów było pod górkę) pojawił się przy drodze pensjonat. Jakież było moje zdziwienie, gdy się okazało, że jest zamknięty. Przeklinając w duchu pojechałam dalej. Dotarłam do miasteczka. Stwierdziłam, że nie ma szans, żebym dojechała tego dnia już gdziekolwiek, gdyż moje nogi dosłownie już odmawiały mi posłuszeństwa. Zapytałam przechodniów o hotel. Okazało się, że jest jeden. Na szczęście tuż obok. Podjechałam do niego i niestety był on tak drogi, że nie było mnie na niego nie stać, no i nie miałam gdzie zostawić roweru, gdyż nie wolno go było wprowadzić do środka. Wyszłam z hotelu i się rozpłakałam. Nie miałam siły już jechać dalej, a nie miałam gdzie przenocować. Żałowałam, że nie wzięłam ze sobą namiotu. Stojąc w takiej bezsilności nagle mnie olśniło: przecież mam wykupiony internet za granicą, mogę sprawdzić w pewnym internetowym serwisie czy nie ma w pobliżu tańszego noclegu. Jakże się ucieszyłam, gdy się okazało, że zaledwie 3 km dalej, poza miastem był pensjonat. Uszczęśliwiona, resztkami sił pojechałam tam. Gdy tylko wjechałam na teren ośrodka wiedziałam, że to miejsce czekało na mnie. Że to właśnie tam miałam spędzić noc. Dostałam domek, taki sam w jakim spędzałam wakacje w dzieciństwie. Wykąpałam się i usiadłam na słonecznej werandzie mojego domku. Obok cicho szemrząc przepływał strumyk. Cały wieczór spędziłam czytając książkę na ławce i napawając się otaczającą mnie przyrodą. To była cudowna nagroda za trudy tego dnia. Przekonałam się, że nie warto za wszelką cenę przeć do założonego celu. Warto po drodze przystanąć i rozejrzeć się dookoła. Cel nie ucieknie, a nasze wspomnienia pozostaną z nami na zawsze. Ten cudowny wieczór pozostanie na długo w mojej pamięci. To uczucie zmęczenia, ale również radości, że mogę sobie pozwolić na relaks w towarzystwie przyrody. Że nie muszę za wszelką cenę gnać do przodu. Że nie muszę nic nikomu udowadniać. Że zawsze mogę odpuścić, usiąść i ponapawać się pięknem chwili. Cel osiągnęłam następnego dnia. Dojechałam do Cieszyna, wypiłam kawę i pojechałam dalej. Gdy już po całym wyjeździe wsiadłam do pociągu poczułam jak dzięki tym paru dniom czuję się wolna i szczęśliwa. Jak ten wyjazd pozwolił mi dojść do siebie, pozostawić za sobą nieprzyjemne przeżycia ostatnich miesięcy. Zrelaksowałam się i odprężyłam psychicznie, choć wielki wysiłek fizyczny też był mi wówczas niezwykle potrzebny. To pobycie tylko ze sobą przez te parę dni zaowocowało wieloma przemyśleniami. Przebyłam w trakcie tego wyjazdu naprawdę długą drogę i tu nie chodzi o przejechane kilometry, ale o drogę w pracy nad sobą. Wiele rzeczy zrozumiałam i dzięki temu mogłam je zostawić za sobą i iść w nową, lepszą przyszłość. Przyjechałam do Krakowa odmieniona. Następnego dnia czekała mnie upragniona przeprowadzka, jednak nie wiedziałam, że zanim do niej dojdzie czeka mnie jeszcze jedna niemiła niespodzianka…

Dodaj komentarz