Trafiłam na zajęcia TRE. „Dziwnym trafem” 🙂 akurat został utworzony cykl tych zajęć po pierwsze w godzinach dopołudniowych (jak większości z Was wiadomo popołudniami zawsze pracuję, więc nie ma szans się wyrwać), po drugie we wtorki, kiedy najbardziej mi pasowało, po trzecie dosłownie 15 minut rowerem od mojego gabinetu, więc mogłam szybko podskoczyć. No i po czwarte i najważniejsze: te zajęcia przyszły akurat wtedy, kiedy ich najbardziej potrzebowałam. Dokładnie tydzień po mojej przeprowadzce, kiedy to w końcu odzyskiwałam po trochu stabilność emocjonalną i postanowiłam rozprawić się z przeszłością. Tak więc jak już wspominałam nie raz, jeśli podążasz w dobrym kierunku i jesteś otwarty na nowe, to co ma być przychodzi i to dokładnie wtedy kiedy trzeba.

Co ma być przychodzi i to dokładnie wtedy kiedy trzeba 🙂

Krótkie objaśnienie co to właściwie jest to TRE… napiszę tyle ile wiedziałam idąc na zajęcia. Mianowicie jest to metoda pracy z emocjami poprzez pracę z ciałem. Już od dawna wiedziałam, że wiele przykurczy mięśniowych jest typowo stresowych. Dlatego też ucieszyłam się, że jest metoda, w której przez wprowadzanie ciała w wibracje uwalniamy te emocje i pozwalamy się mięśniom rozluźnić i pracować normalnie. Nie raz zdarzało mi się, że gdy kogoś rozluźniałam, szczególnie typowo stresowe mięśnie, to później te osoby skarżyły się, że po wyjściu z mojego gabinetu były rozbite, płaczliwe itp. Jakby rzeczywiście stare emocje ukryte w mięśniach nagle wychodziły na zewnątrz. Samej raz udało mi się tego doświadczyć. Kiedyś jadąc na szkolenie do Warszawy odnowiła mi się kontuzja barku. Miałam z nim od dawna nawracające problemy, z którymi ciężko mi było sobie poradzić. A tu akurat było szkolenie z treningu funkcjonalnego górnej części ciała. Nie wszystko byłam w stanie ćwiczyć przez ten weekend, ale robiłam co mogłam. Pod koniec szkolenia prowadzący, który jest również fizjoterapeutą, powiedział, że ma chwilę to zajmie się moim barkiem, żeby mi choć trochę ulżyć. Zastosował technikę, o jakiej nie mam zielonego pojęcia. I rzeczywiście pomogło. Poczułam więcej luzu w stawie i ból prawie całkowicie ustąpił. Ale stało się coś dziwnego. Szkolenie dobiegało końca, a ja nagle złapałam nie lada doła. Wychodziłam z klubu całkowicie dobita. Nie mogłam w ogóle zrozumieć dlaczego. Przecież spędziłam naprawdę fajny weekend w Warszawie, spotkałam się ze znajomymi. Wzięłam udział w cudownym szkoleniu. A mam samopoczucie w ogóle temu nie odpowiadające. Wtedy przypomniałam sobie o tym, o czym opowiadali moi pacjenci: o dziwnych odczuciach po rozluźnianiu. Postanowiłam więc się nie przejmować, tylko przeczekać te emocje. I tak też się stało. Po około godzinie po złym samopoczuciu nie było śladu. Wtedy po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że moje odwieczne problemy z barkiem mogą być psychosomatyczne. Jednak dokładnie co tam siedzi w tym barku miałam się dowiedzieć właśnie na TRE.

Na pierwsze zajęcia przyjechałam z zakwasami w mięśniach nóg. Byłam bardzo ciekawa jak te zajęcia będą wyglądać. Rozpoczęliśmy od kilku prostych ćwiczeń. Dla moich mięśni przyzwyczajonych do trenowania, to był pikuś. Nawet nie zdążyłam dobrze poczuć napięcia. Tym większe było zdziwienie, gdy ustawiliśmy się pod ścianą, mieliśmy „poszukać drżenia” i moje nogi jak na zawołanie same zaczęły drżeć. Podobnie jak w momentach, gdy były bardzo zmęczone. Jednak wtedy nie czułam żadnego zmęczenia. Mimo to mięśnie drżały. Było to dla mnie niesamowite uczucie. Mimo wszystko przyjemne. Lecz dopiero gdy się położyliśmy poczułam, że to było nic. Leżąc dół mojego ciała, aż do przepony opanowały bardzo ciekawe i niespodziewane wibracje. Momentami były bardzo delikatne, jakbym czuła strumyk przepływający pod skórą, by za chwilę przejść w większe drżenie. To było naprawdę niesamowite i przyjemne. Miałam wrażenie, że moje ciało dokładnie wie co robi. Mimo, że robi to jakby trochę bez udziału mojej woli. Czułam, że powinnam mu pozwolić na to. Po wszystkim mieliśmy chwilę dla siebie, tzn. ułożyliśmy się jak komu wygodnie i w ciszy można było uspokoić ciało, zrelaksować, a nawet się zdrzemnąć. Następnie każdy mógł się podzielić tym co poczuł. Zdziwiło mnie, że prowadząca w żaden sposób nie skomentowała naszych wypowiedzi. Jednak gdy wyszłam z zajęć lekka i rozluźniona. Miałam wrażenie, że nawet zakwasy nóg przeszły.

Na drugich zajęciach po położeniu na podłodze poczułam, że wibruje mi już całe ciało. No nie do końca całe. Mój felerny bark leżał, jakby nie był mój. On i jego ręka ani drgnęły. Jakby były przyklejone do podłogi, podczas gdy miałam wrażenie, że cała reszta ciała szaleje. Po tych zajęciach poczułam, że to jest metoda, której szukałam. Że będzie to idealny sposób na wygnanie z emocji z ciała, nie tylko mojego, ale i wszystkich moich pacjentów z autoimmunologią. Zaczęłam się dopytywać prowadzącej odnośnie szkoleń. Okazało się, że wówczas były tylko w Koszalinie. Nie dość, że na drugim końcu Polski, to jeszcze w nie pasujących mi terminach… Nie byłam z tego zadowolona. Jednak miesiąc później miał być powadzony całodzienny warsztat w Krakowie, więc niewiele myśląc zapisałam się.

Na trzecich zajęciach stało się coś niezwykłego. Nareszcie drżenie doszło też do mojego nieszczęsnego barku. Gdy tylko zaczął wibrować przed oczami ukazała mi się pewna traumatyczna scenka z mojego życia. Jednak tym razem byłam tylko jej obserwatorem. Jakbym stała z boku i mogła tylko się przyglądać. Ogarnął mnie straszny smutek. Jednocześnie cieszyłam się, że mogę to wyrzucić nie tylko z mojego życia, lecz teraz również z mojego ciała. To TRE było całkowicie inne niż poprzednie. To już nie były tylko przyjemne drżenia. Wręcz czułam jak konkretne emocje, dotyczące konkretnych wydarzeń z mojego życia, wypływają z ciała. A dokładniej z mojego barku. Wtedy też zrozumiałam, dlaczego miałam nawracające kontuzje tego stawu. Skoro tam siedziało tyle negatywnych, skumulowanych emocji, to miał prawo boleć przy każdym kolejnym stresie. Po zajęciach byłam dobita. Miałam ochotę wypłakać to wszystko. Nie chciałam robić tego przy grupie. Jednak prowadząca wyczuła mój nastrój. Podeszła i mnie przytuliła. I to wystarczyło, żeby łzy poleciały. Po tych zajęciach byłam już pewna, że to jest metoda, której muszę się nauczyć. I później ją przekazać dalej. Nie spodziewałam się jednak, że ona aż tak przyczyni się do wielkich postępów w moim rozwoju osobistym..

Dodaj komentarz